Wiersze


     Dr. nauk humanistycznych Jan Przała - kolejny wybitny człowiek, który wywodzi się z Rudnika.
     Pan Jan Przała emerytem, mgr historii sztuki UJ, a od 20 listopada 1970 r. - doktorem nauk humanistycznych UJ. Pracował ponad 30 lat w muzealnictwie. Opublikował pod prawdziwym nazwiskiem kilkadziesiąt prac naukowych i popularnonaukowych z zakresu historii sztuki, muzealnictwa i historii. Niektóre tytuły są wzmiankowane w internecie. Organizował m.in. Muzeum Piastów Śląskich w Brzegu oraz Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie. Muzeum - Oddział w Będominie tworzył, będąc dyrektorem Muzeum Narodowego w Gdańsku.
    
Jan Dalin - to pseudonim literacki. Opublikował powieść intelektualną "Pięć skoków do nieba, czyli gawędy z bogiem" (MAGNO), Warszawa 2006, i jej wersję poprawioną pt. "Gawędy z Bogiem" (Novae Res, Gdynia 2011).
Nakładem własnym ogłosił kilka tomików wierszy "Reminiscencje" w 2005 r., "Limeryki (666)" w 2006 r., "Sonety" w 2008 r., "Limeryki Polsce nieobce" w 2008r. , poemat "Parnas" w 2009 r. , poemat dla dzieci pt." Wspomnienia z muszelki" w 2009 r., "Wiersze osobiste" w 2010 r., "Limeryki i wiersze wybrane" w 2011 r.

Poniżej prezentujemy wybrane wiersze Pana Jana.               
 

Jan Dalin - Wiersze Wybrane    Gdańsk 2010

    


                      FIAT

Niebo wieczorne krwawi niby polne maki,
Jest cicho i smutno jak w połowie grudnia,
Domy już się nie kryją przed słońcem południa,
Mewy rysują na nim jakieś dziwne znaki.

Pod niebem żyją tłumy nieszczęśliwych ludzi,
Piorą, gotują, mnożą się, swawolą,
Biedzą się jak skazańcy ze swoją złą dolą;
Patrząc na nich z wysoka, Pan Bóg się nie nudzi.

Mój Boże, westchnął człowiek, odjęło mi mowę,
Całe moje życie to walka, trud i jęki...
Odwieczny Bóg, gdy już sprzykrzyło mu się trwanie,

Pomyślał był niegdyś (dam sobie uciąć głowę):
Stworzę byle człowieka na piekielne męki,
I z głębokiej nicości rzekł: Fiat – Niech się stanie*.

Gdańsk, grudzień 2000 r.
* Zob. Jan Dalin, Sonety, Gdańsk 2008.

                     GAJA

Dawno temu nie było nieba ani ziemi,
Nie było bogów, ludzi, a nawet bakterii.
Wtedy istniał tylko jakiś bezład materii.
Nie było słońca, rzeczy, nie było więc cieni.

Z chaosu zrodziła się Gaja – to jej kaprys.
Ona jest stwórcą świata (tak się w mitach baja),
Jej dziełem są Niebo, Morze i bogów zgraja,
A także Olbrzymi i Taumas – ojciec Iris.

Tych Olbrzymów Uranos strącił do Tartaru
Z obawy przejęcia przez nich władzy nad światem
(Jeżeli to oznaczało wówczas cokolwiek),

Choć Olbrzymi nie doszli do tego zamiaru;
Nieraz jeszcze o władzę walczyli syn z ojcem:
Tytani i Giganci – zanim powstał człowiek.


            GARSTKA POPIOŁU

Ogień życia gaśnie, tlą się wspomnienia
W żarze i w dymie tej garstki popiołu,
Co podmuch wiatru czasem rozpromienia.
Ogień życia gaśnie, tlą się wspomnienia,
Stara już dusza nie nieci płomienia;
Gdy ciało umrze, wrzucą je do dołu,
Ogień życia zgaśnie, zgasną wspomnienia
W martwym już żarze, w tej garstce popiołu*.

* Z cyklu trioletów
pt.Reminiscencje.

               BRZDĄC

Brzdąc fikał koziołki w krótkiej koszulce,
Nie zważając, że nagim błyska tyłkiem:
Na żerdzi w płocie, na zielonej łące
Brzdąc fikał koziołki w krótkiej koszulce:
Radość rozpierała promienne słońce,
Kiedy mamusi smyk uciekał chyłkiem,
By fikać na łące w krótkiej koszulce,
Nie zważając, że nagim błyska tyłkiem.

               TĘCZA

Po burzy nad domem pięła się tęcza,
Brama do nieba z naszego ogródka.
Łakomie braliśmy światła naręcza,
Gdy nad naszym domem pięła się tęcza:
W promieniach słońca stała okolica,
Śmiał się słonecznik, łkała niezabudka,
A nad naszym domem pięła się tęcza,
Brama do nieba z naszego ogródka.

               POGRZEB MARSZAŁKA

Nadsłuchiwaliśmy na wsi Zygmunta,
Może z Krakowa doleci tu nuta:
Tam, na Wawelu, jest pogrzeb Marszałka,
J. Piłsudskiego, Wielkiego Człowieka;
Zmarł Wielki Polak, Wielki Patriota...
Tonem żałobnym bije dzwon Zygmunta...

               DZIECIĘCE LĘKI

Kiedyś z młodszymi braćmi, jako małe dzieci,
Tak się złożyło, w domu zostaliśmy sami:
Wieś. Noc. Cisza. Izba i stół ze„Świerszczykamih,
Obok lampa naftowa w ciemności się świeci.

Aby odegnać senność, usiadłszy przy stole,
Oglądaliśmy dziwne rysunki-zagadki:
Wśród listowia wierzby wyrosły krasnoludki,
Stara wierzba-kobieta miała oczy wole.

W pokoju pojawiły się olbrzymie cienie,
Czyhające na nasz lęk – tam, gdzieś za plecami,
Niby straszne wilkołaki z ludowych baśni.

Milcząc, w nocnej ciszy, zerkaliśmy ku ścianie,
Rozmawiając spojrzeniem jak gdyby sercami,
Nie kładąc się z obawy, że nam się Zły przyśni.

               MODLITWA

Pamiętam, to było na rok przed wojną,
Cała szkoła w Święto Niepodległości
Poszła do kościoła zwartą kolumną,
Aby Bóg uchronił Polskę przed wojną.
- „Pobłogosław, Panie, Ojczyznę wolną,
Uchyl czyhającą groźbę napaści,
Uchroń naszą biedną Polskę przed wojną
- Prosiliśmy w Święto Niepodległości.

               PYTANIE DZIECKA

„Strachy na Lachy, wojna to karnawał.
Nie oddamy ani guzika, ni igły,
My zwyciężymy, przy nas będzie sławah –
Mówili w radiu. – „To będzie zabawah.
A mama rzekła: „Będzie wojna krwawa,
Facet z wąsikiem to jakiś pies wściekły.
Wojna to nieszczęście, a nie karnawałh.
– „ Warto bić się o guziki lub igły?h

               WRZESIEŃ'39

Atakując wszystkie nasze granice,
Najechali Polskę w sposób podstępny,
Wtargnęły czołgi, wtargnęły bombowce,
Atakując wszystkie nasze granice...
Za nimi ciągnęły piechoty hufce;
Wrzesień słoneczny, a taki posępny:
Atakując wszystkie nasze granice,
Najechali Polskę w sposób podstępny.

               KLĘSKA

Na obczyznę uciekali żołnierze,
Okurzeni maszerowali dziarsko,
Pod szyją mieli zapięte kołnierze,
Gdy hen uciekali nasi żołnierze,
A każdy niósł ducha walki w tornistrze,
Utrudzony szeptał: „Dla Ciebie, Polsko”;
Na obczyznę uciekali żołnierze,
Okurzeni maszerowali dziarsko.

               WOJNA

Atak na Polskę był początkiem wojny.
Pięć lat walczyliśmy na wszystkich frontach,
Zaś w kraju powstał wielki front podziemny,
Gdy atak na Polskę wciągnął nas do wojny:
Cały kraj objął ruch konspiracyjny –
Był we wsiach, w lasach, w miastach i lagrach;
Gdy napad na Polskę wciągnął nas do wojny,
To walczyliśmy nie tylko na frontach.


               PACYFIKACJA

Kiedyś, to było wczesną wiosną, w nocy,
Jawornik spacyfikowali Niemcy:
Słyszeliśmy strzały, widzieli łuny,
Jakby na wieś spadły gromy, pioruny.
..
Rano oglądałem zwłoki bydlęce,
Co - zamknięte w stajni - spłonęły w męce;
Wieśniacy mieli w sobie tyle woli,
Że wybiegli z chat, by zginąć od kuli.


               NOC WYZWOLENIA

Zima... Od domu do domu plotka się niesie:
„ Niemcy w okolicy opór stawią sowietom”.
Mama więc, z przezornością właściwą kobietom,
Rzekła: „Tę zawieruchę przeczekamy w lesie”.

Noc... Niby jędrusie* zstąpiliśmy do jaru,
Dokoła którego rosły strzeliste świerki.
Tata, by nas ogrzać, rozpalił ogień wielki
I zalśnił śnieżny jar od baśniowego czaru.
Jak dzikie zwierzęta zaszyliśmy się w kniei,
By chronić swoje życie, gnieżdżąc się na wozie,
Pewnością wyzwolenia ogrzani na duchu.
Śniliśmy o wolnej Polsce – pełni nadziei,
I o naszej wolności wyrosłej na mrozie:
Wolność – żołnierze śnieżni wśród śnieżnego puchu.

* Partyzanci, jak Kmicic(Jędruś), walczący z najeźdzcą.

               NA ZACHÓD

Dziś mamy Polskę od Bugu do Odry,
Gdyż triumfują pogromcy Hitlera.
Na mocy umów z Poczdamu i Jałty
Mamy dziś Polskę od Bugu do Odry,
Bo mocarstwa przesiedliły narody;
Zabłysła i zgasła gwiazda fuehrera,
Dziś mamy Polskę od Bugu do Odry,
Gdyż triumfują pogromcy Hitlera.

               
             ZIEMIA RODZINNA

Kocham cię, ty moja ziemio rodzinna,
Kocham pagórki, doliny, strumyki;
O każdej porze dnia jesteś inna
I za to cię kocham, ziemio rodzinna.
Otwórz, moja ziemio, swoje ramiona...
Gdy umrę, pragnę, jak syn, być ci bliski,
Bo kocham cię, moja ziemio rodzinna,
Kocham pagórki, doliny, strumyki...


               INICJACJA

U progu dojrzałości – nastolatkowie i nastolatki –
Bawiliśmy się w grupie, gwarzyli i śmiali;
Tak chłopcy z dziewczętami zwykle flirtowali.
Schodziliśmy się w domu koleżanki matki.

W grach erotycznych była jednak miara:
Ręce chłopców i dziewcząt plątały się w ruchu,
Splatały się na piersi, na udach, na brzuchu;
Dziewczyny przez nogawki muskały cygara.

Raz wieczorem zostałem z córką gospodyni.
Kiedy się ściemniło, usiedliśmy na łóżku,
Liczyliśmy gwiazdy. Marzyli... Było miło...

Byłem tak napięty niby skórka na dyni –
Za wcześnie się spełniło... na panienki brzuszku;
Oto jaką hańbą me szczęście się skończyło.

               MAJ’48

Z żalem żegnałem podtatrzańskie strony,
Tętniące życiem słoneczne pagórki,
Łąkę rodzinną, rodzinne zagony...
Z żalem żegnałem podtatrzańskie strony,
Jadąc NA ZACHÓD przygody spragniony;
Dźwigając na plecach jakieś tobołki,
Z żalem żegnałem podtatrzańskie strony,
Tętniące życiem słoneczne pagórki...*
* Pochodzę z Beskidu Średniego.
               

               HEJNAŁ Z KRAKOWA

Hejnał z Krakowa – znak, że Polska czuwa
(Czeka łem na hejnał w każde południe),
Łagodził tęsknotę bardziej niż słowa,
Hejnał z Krakowa – znak, że Polska czuwa.
Tu, nad Odrą, gdzie znów brzmi polska mowa,
Czuwa dniem i nocą – całe tygodnie;
Hejnał z Krakowa – znak, że Polska czuwa,
Płynął codziennie z radia w południe.

               DNI MŁODOŚCI

Kiedy wspominam lata mej młodości,
Było na świecie więcej dni słonecznych,
A każdy drobiazg dostarczał radości.
Kiedy wspominam lata mej młodości,
Były dziewczęta i były miłostki,
Było wiele słów, uścisków serdecznych;
Kiedy wspominam lata mej młodości,
Było na świecie więcej dni słonecznych.
               

               MIŁOŚĆ NASTOLATKÓW

Miłość, co omotała moje serce,
Odkryłem, gdy poznałem śliczną Hanię:
Gdy bawiliśmy się razem na łące,
To miłość omotała moje serce.
Hania, usiadlwszy, rozpięła spódnicę
(Nie wiem, dlaczego miała taką manię);
Na łące omotała moje serce
Miłość, kiedy poznałem śliczną Hanię.

               HANIA

Mając lat siedemnaście, byłem u krewnego.
W niedzielę przyjechała też jego kuzynka,
Prawie rówieśnica, przeurocza panienka,
Wcięta w talii jak osa, pewna wdzięku swego.

Nigdy jej nie widziałem, doznałem wibracji,
Czułem narastanie więzów między nami,
Zażyłość, jak gdybyśmy byli bliźniętami.
Podziwiałem jej ruchy: gibkie, pełne gracji.

Zabrała mnie do swych rodziców. Była wiosna.
Młoda, piękna Hania, kwitnąca kwiatem wonnym,
Odurzyła mą głowę i dopięła swego:

To była miłość rzewna, tkliwa i zazdrosna:
Hania ma, podejrzewałem, chodziła z innym...
Tak to trwało aż wyszła za mąż – za obcego!

               ODRA

Osiadłem we Wrocławiu, tuż nad Odrą...
Spoglądałem w rzekę w nocy i we dnie,
Nieco kapryśną: raz mętną, raz modrą,
Gdy we Wrocławiu osiadłem nad Odrą.
Oplotła miasto wielogłową hydrą,
Patrząc na Ostrów, rzekła: „Jak tu cudnieh;
Gdy we Wrocławiu osiadłem nad Odrą,
Mój wzrok tonął w rzece w nocy i we dnie.

               WE WROCŁAWIU

Moim celem było gonienie czasu:
Poznałem ulubieńców antycznych muz,
Autora poematu o Stwoszu...
Moim celem było gonienie czasu:
Nie przegapiłem żadnego seansu
(Po operze, teatrze, w kinie był luz);
Moim celem było gonienie czasu:
Poznałem środowisko wrocławskich muz.

               PIERWSZE WIERSZE

Kiedy w poezji próbowałem startu,
Z serca płynęły mi zdroje uczucia,
Ale nie znałem poetów warsztatu,
Kiedy w poezji próbowałem startu.
Teraz znam słowa, formy poematu,
Ale stępiały moje zmysły czucia
Od czasu, kiedy próbowałem startu,
Gdy z serca płynęły zdroje uczucia.

               KONCERT

Tryskały dźwięki jak krople z fontanny:
Largo, furioso, lotem błyskawicy
Albo igrały grzywą morskiej piany.
Tryskały dźwięki jak krople z fontanny,
Unosiły się pod niebo peany,
Gdy Szpinalski dał koncert w Polanicy;
Tryskały dźwięki jak krople z fontanny:
Largo, furioso, lotem błyskawicy...

               KRAKÓW

Tam każda budowla jest zabytkowa,
Tam trzeba studiować historię sztuki:
Wawel i Rynek – dwa serca Krakowa,
Tam każda budowla jest zabytkowa.
Tam jest Alma Mater – duchem światowa.
Tam w Collegium Maius brałem nauki
(To gotycka budowla zabytkowa),
Kiedy studiowałem historię sztuki.

               WAWEL

Wawel – to pierwsze wzgórze na jurajskim szlaku,
Siedziba Kraka i Wandy, co nie chciała Niemca,
Pamiątek narodowych bogata skarbnica,
Niegdyś stolica Polski – perła w słońca blasku.

Wieńczy owo wzgórze świetny królów zamek;
Katedra krakowska tkwi pod jego skrzydłem,
A zamek olśniewa arkadowym dziedzińcem,
Który zbudował król Zygmunt, Bony małżonek.

Chodziłem na zamek, zwiedzając komnaty:
Salę Poselską, Sypialnię, Salę spod Ptaka,
Gotyckie wnętrza, w których bywała Esterka,

Skarbiec: regalia, puchary, Sobieskiego szaty...
Z mojego doznania płynie prawda taka:
Wawel to święte wzgórze każdego Polaka.

               SMOCZA JAMA

Córka księcia Wiślan, niejakiego Kraka,
Szlachetna Wanda, by chronić lud od wojny,
Rzuciła się do Wisły, w jej nurt niespokojny,
Oddała swoje życie, łagodząc pludraka.

Godzi się też pochwalić przezornego Kraka,
Który założył Kraków, a także szewczyka:
Pragnąc, by ludowi zagrała muzyka,
Obaj chytrze zgładzili wawelskiego smoka.

Stwierdza prawdę słów moich tylko Smocza Jama
Nad Wisłą, na skraju wawelskiego wzgórza;
Tam smok mógł pić wodę i myć się, by być czysty.

Dziś Jamę od rzeki dzieli mocna brama,
Byś nie pił jak smok – pijaństwo odurza.
Precz z piciem i strzeżcie się Owieczek Siarczystych,
Panowie.
 


               TYNIEC
Pod Krakowem, nad Wisłą, są strzępiaste skały
(Jura Krakowska składa się z dwóch pasm) –
To Tyniec, położony za szlakiem Orlich Gniazd,
Gdzie rezydował rogacz sławny, Walgierz Wdały.

Teraz jest opactwo, widać je jak na dłoni...
Z wież wzrokiem można Wisłą płynąć do Krakowa.
Tu Zbyszko zakochał się w pannie ze Spychowa,
Mnisi pisali księgi, nie tykając broni.

Benedyktynem z Tyńca był Wolkmar nikczemny,
Zły bohater „Imiennika” Karola Bunscha,
Który głosił miłość bożą, lecz słuchał czarta.

Związana z Tyńcem miłość, to był trud daremny:
Los Walgierza, Danusi, mnicha nieba szansa
Dowodzą, że ta miłość była diabła warta.

               TENCZYN

Zamek Tenczyn – siedziba rodu Toporczyków,
Którzy od syna Nawoja zwali się Tęczyński –
Rozsiadł się na skale, Orlim Gniazdom bliski,
Z wysoka, od Krzeszowic, spogląda na Kraków.

Dziś to piękna ruina, porośnięta lasem,
Która wabi swym urokiem różnych turystów;
W maju przyjeżdżają grupki licealistów,
Co zamiast zwiedzać zamek, ślęczą nad atlasem.

Bywają w tych ruinach zakochane pary
(Kiedyś był tam z młodą panną pewien teatyn) –
Ofiary Erosa, które mieszkają kątem...

Na dziedzińcu jest w czerwcu trawa jak szuwary,
Położyć się na niej można, by zrobić ten czyn:
Pieściłem tam Joasię, gdy byłem studentem.


               OCZEKIWANIE

Jakaś dziwna tęsknota mnie ogarnia,
Uczucie lęku. To na ciebie czekam...
Świta mi w głowie myśl niepowszednia,
Że ciebie kocham, kocham, kocham, kocham.
Czekam na ciebie co noc i co rana.
Gdzie jesteś, pani, moja ukochana?
Czekam i czekam. Czy ty do mnie przyjdziesz?
Kiedy? Pojutrze, jutro, a może dziś?
Nie znam cię nawet. Miła jesteś, piękna?
Zjaw się, odpowiedz, kochana-przeklęta,
Gdyż mnie już gniewa to oczekiwanie...
Może to nie miłość, lecz pożądanie?

Kraków, wrzesień 1956 r.

               PRAGNIENIE

Serca nasze, zmysły, łakną miłości,
Pragną się kochać jako boże dzieci,
Ale, wyznaję, że nie mam śmiałości,
By ją poprosić o chwilę miłości,

Gdyż nie chcę ujawnić mojej małości.
Może jej zmysły pieszczota roznieci,
Kiedy nasze serca łakną miłości,
Pragną się kochać jako boże dzieci?

               RANDKA

Po lekcjach dźwigaj dziewczynie teczkę,
Możesz poprosić ją o chusteczkę,
Zaprosić do cukierni na lody,
Przejawiać troskę o jej wygody,
Widzieć w niej człowieka, a nie suczkę...*

* Z cyklu Garstka limeryków
dla chłopców i podlotków.


               POCAŁUNEK

Zerwałem płatek róży,
Piękny, czerwony, duży,
Z wilgotnych ust dziewczęcych,
Z ust cudownie gorących.

Świeża jak kwiat dziewczyna,
Pchnięta przez Kupidyna,
Otwierała ramiona
Jak gdyby zalękniona.

To pierwszy pocałunek,
Ulotny jak skowronek,
Jak płatek wonnej róży,
Piękny, czerwony, duży...

Kraków, paźdz. 1954 r.

               MANIERY

Ma dziewczyna
Ubóstwiana
Ma maniery
Jak z opery.

               JUNONA

Była ze mną w nocy piękna Junona,
Bardziej klasyczna niźli Maja naga:
Spośród ud wystawał rąbek jej łona,
Które skryła naga, piękna Junona,
Wabiąc piersiami jak Wenus Tycjana;
Piękna kobieta, arcydzieło Boga,
Śniła mi się jako Śpiąca Junona,*
Bardziej klasyczna niźli Maja naga.

* To obraz Briułłowa, zm.w 1852 r.


               GOŁOWĄS

Śni wciąż o żonie wielkiej urody
Jak o zdobyciu głównej nagrody.
Marzyciel bierze piękno za cnotę,
Nie znając kobiet ani na jotę.

Nie powiem, że go mam za idiotę,
Ale na pewno zdradza głupotę,
Śniąc wciąż o żonie wielkiej urody
Jak o zdobyciu głównej nagrody.

Weźmie za żonę piękną miernotę
Albo po prostu próżną kobietę,
Bo chłopiec nim się doczeka brody,
Jak o zdobyciu głównej nagrody,

Śni wciąż o żonie wielkiej urody.


               BIAŁA FLOTA

Może ktoś nie wie, że w Gdańsku, na Motławie,
Między Zieloną Bramą a starym Żurawiem,
Znajduje się przystań floty (że tak powiem)
Dla tych, którzy na morze zerkają ciekawie.

Popłynąć stąd można na trzy strony świata:
Do Helu, Elbląga, do Gdyni i Sopotu,
Słuchając szumu morza, bandery łopotu
I subtelnej fali, co wabi jak kobieta...

Na katamaranie jak na transatlantyku
Nie kołysze, a nad wodą – horyzont siny;
Możesz całą piersią wdychać zapachy morza,

Możesz sobie pomarzyć, żeś na Atlantyku
I przy burcie obejmujesz kibić dziewczyny,
Szepcąc: Miła, taka jesteś jasna ... jak zorza*.
* Z cyklu Sonety gdańskie.


               EROTOLOGIA

Aby zrozumieć miłość, żądzę, pożądanie,
Powinniśmy coś wiedzieć o płci różnicy,
Umieć oddzielić samca od damy-samicy;
Takie erotologia stawia nam zadanie.

Na ziemi są psy, suki, synowie i córy,
Jest jeleń, jest łania, gołąb i gołębica...
Czy w tym prawa natury, czy boża prawica,
Niektórzy chcą rozstrzygnąć, wychodząc ze skóry.

Wciąż się flora i fauna odradza na nowo.
Kapłan ich nie obwinia, strojąc mądrą minę,
Widząc w szatanie-wężu grzechu praprzyczynę.

Ja radzę ruszyć głową i zacząć ab ovo:
Za erotyzm człowieka ten ponosi winę,
Co dał panu fallusa, a pani vaginę.

               
        W PAŁACU W PSZCZYNIE

W Sali Zwierciadlanej, porą zimową,
Tańczyłem w blasku szklanych żyrandoli,
Tuląc do siebie jej suknię balową:
W Sali Zwierciadlanej, porą zimową,
Tańczyłem na balu w noc sylwestrową
Z panną w diademie z aureoli;
W Sali Zwierciadlanej, porą zimową,
Tańczyłem w blasku szklanych żyrandoli.

               KASZTANY

W jesienny wieczór na Plantach w Krakowie
Śpiewaliśmy przebój Zylskiej „Kasztany”,
A wicher mierzwił jej włosy na głowie
W jesienny wieczór na Plantach w Krakowie,
Włosy, błyszczące niby złotogłowie;
Wówczas nuciła: „Kochany, kochany...”
W jesienny wieczór na Plantach w Krakowie
Dała mi serce z piosenką „Kasztany”.

               MIŁOŚĆ DOJRZAŁA

Miłość dojrzałą dała mi Halinka,
Córka Wenery, istna czarodziejka,
Niewinna, czysta niby czysta szklanka.
Miłość dojrzałą dała mi Halinka:
Już była zamężna, nie miała wianka.
Wbiłem się w nią – to była rajska bajka...
Dojrzałą miłość dała mi Halinka,
Córka Wenery, istna czarodziejka.

               ROZSTANIE I

Niszczę fortepian, miłość niszczę,
Kwiat jabłoni, białe klawisze
I sen o ukochanej niszczę,
I niszczę myśli o panience;
Kiedy zniszczę, pójdę, odejdę.

Brzeg, grudzień 1958 r.

               ROZŁĄKA

Halka walczyła, Halka była dzielna,
Skłonna była zetrzeć z drogi trudności.
To moja postawa, chyba zbyt bierna,
Osłabiła Halkę, choć była dzielna.
Rozdzieliła nas zła siła piekielna;
Świat nie miał dla nas ni cienia litości,
Choć Halka walczyła i była dzielna,
Chciała zetrzeć z drogi wszystkie trudności.


               TEN DZIEŃ

Dzień siódmy, miesiąc siódmy, rok n-ty siódmy,
Dzień beznadziejny...
Godziny mijają, przypominają, że istnieję,
Że jestem:
Że jestem, że jestem,
Tik-tak, tik-tak, tik-tak,
Że jestem, że jestem...
Jestem nikomu niepotrzebny,
Istnieję...
Jestem. Ludzie, ja jestem!
Słyszycie?!
Kraków, 7 lipca 1957 r.

               BIAŁA I CZARNA

Biała, biała w romby firanka
Jak mgła pochłania świat,
Z białej, ślubnej sukni i wianka
Nie pozostał ni ślad...

Na mej firance mucha siedzi
Spokojnie. Śpi może?
Czarna jak moje czarne myśli,
Co chcą przebić nożem.

Moja biała firanka w romby
Nie przyjdzie z pomocą
Biało-czarnej mej duszy krnąbrnej,
Dzisiaj znaczonej rozpaczą...

Kraków, luty 1953 r.

 

               ŚWIT

Nowy Rok... Ranek.
Wszyscy po balach uśpieni,
Ja czuwam jak halabardnik
Przy bramie,
Słońca czekam pierwszych promieni...
Ogniste na horyzoncie,
Witam cię,
Witam cię, Re,
Witam cię, Życie.
Szczęśliwego Nowego Roku, Słońce!

Kraków, 1 stycz. 1957 r.

               TORUŃ

Domy, dużo domów,
Rynek, ratusz, rzeka,
Dym dosiada dachów,
Człowiek czegoś czeka.

Proszę, panie Piorun –
Dodaję w domyśle –
Taką to twarz Toruń
Widzi wiosną w Wiśle.

Tropi tłum turystów
Przeszłości pamiątki,
Astra astronomów,
Przepyszne pierniki.

Nocą nic nowego:
Leżeć lubią ludzie,
Ktoś koocha kogoś,
Rabują rabusie...

Ranek: Rosa rosi,
Słońce skośnie świeci,
Dzwonek dzwoni. Dzieci
Raz radość roznosi:

Spieszą się do szkoły,
Bardzo, bardzo biegną
Przerabiać „Popiołyh,
Powieść patriotyczną.

Proszę, panie Piorun –
Dodaję w domyśle –
Taką to twarz Toruń
Widzi wiosną w Wiśle.

               EGO

Niby kometa krążę dokoła,
By znależć brata, co mnie wysłucha -
Bratnią duszę, drugie ego zgoła!
Jak planeta wędruję dokoła,
Mówiąc sobie: "Sprawa niewesoła,
Nie widzisz, ludzkość na ciebie głucha,
Przestań więc już krążyć dookoła,
Nie znajdziesz brata, co cię wysłucha".

               ARKADIA

Altana: Adonis, Afrodyta –
Boskie bachanalia...
Chwile chimeryczne chętnie chwyta,
Ćwierkając ćwierćnuta.
Drzewiasta dolina Dionizosa –
Eden Europy:
Flora, fontanny, fluid fikusa,
Góry, gejzer, groty...
Hop, hedoniczne hasają harce;
Igraszki, idylla.
Jezioro: Jokasta jest już w jolce,
Kiksuje kapela.
Lais, leżąc, lamentuje largo,
Łzawi, łkając łoza,
Miłość mityczna mija:matactwo
Nieszczęsne Nessosa...
Orfeusz organizuje orgię
Pod pasterza Pana:
Radosne ról rozkosznych rozdanie,
Szczęśliwość, sielanka...
Śmiech. Światło świetliście świeci światu,
Tespis tworzy teatr,
Urwis układa udział umizgów,
Wieje wiosenny wiatr.
Zeus z Zefirem zaczną zabawę:
Żeglują żarliwie,
A bóg czy duch Edenu – Feb, głowę
Hebe ima jaskrawie...

               PROŚBA

Panie, użycz nam swej życzliwości
I naucz nas współczucia, empatii
(Burzą mi krew przejawy podłości).
Panie, użycz nam swej życzliwości,
Udziel swej dobroci i miłości,
I naucz nas wzajemnej życzliwości,
W biedzie - solidarności i empatii*.

* Z cyklu trioletów
pt. Szara jesień.

               JEDNA BABA DRUGIEJ BABIE...

Baba babę piekła, pozując na draba,
Baba wypieczona urosła do nieba:
Baba kształt atomowego miała grzyba;
Baba ta jest lepsza od zwykłego chleba.

Baba-chłop to taki niedojda lub trąba.
Baba-herod mówi, że to śnięta ryba,
Baba więc niby kafar na niego dyba,
Baba-jędza stale leje go po zębach.

Baba handlowała na targu jak trzeba:
Baba miała żaby, ryby, kolby, kraba.
Baba uboga, taka bez zęba,
Babie tej zawdzięcza pół suchego chleba.

Baba kamienna (dowodzi diatryba):
Baba taka na pewno nie stanie dęba,
Baba będzie w muzeum jako ozdoba;
Baba z wykopalisk wszystkim się podoba.

Baba kwękała, że boli ją wątroba:
Baba wściekała się na nas jak choroba...
Baba ją też leczyła – ziołami chyba,
Baba litościwie wysłała ją do nieba.

               CUMBERLAND

Cumberland – słowo, co brzmi dźwięcznie:
Słowo ulubione i śliczne,
I nazwisko majestatyczne,
I nazwy, które tchną bezpiecznie.

Cumberland – biskup-moralista,
Wymyślił smaczny sos do mięsa:
To taka cumberland-pokusa,
Wszak to był prawy idealista.

Cumberland (w Cieśninie Davisa)
To zatoka, która się wcina
Od morza w głąb Ziemi Baffina;
To część Kanady, nie USA.

Cumberland – to także hrabstwo,
O którym mówił Anglik jeden:
Posiada wszystko – nawet Eden;
To czysta prawda, nie oszustwo.

Cumberland w Stanach Zjednoczonych:
Wyżyna, rzeka, góry, jezioro...
Można rzec, że jest tego sporo
Jak na jankesów zubożonych.

               WARTOŚCI

Ludzi dzielą gusta, cele życia.
Wielu uznaje proste wartości:
Dom, auto, ciuchy, gra w brydża,
Sens życia widzi w życiu dla życia,
Obcy im problem bytu i bycia.
Gdy o nim mówię, to ich to złości;
Dzielą nas gusta i cele życia,
Imponderabilia, vel wartości.

 

               OJCÓW

Na wysokiej skale, nad nurtem Prądnika,
Z zamku wzniesionego przez króla Kazimierza
Zachowała się, po wiekach, ośmioboczna wieża, Samotna i bezradna jak człowiek-kaleka.
Ów Kazimierz – ostatni z rodu Piasta,
Skutecznie się zajmowwał Ojczyzny obroną:
Po swych rządach zostawił Polskę murowaną,
Wznosząc zamki obronne, kościoły i miasta.

W Dolinie Prądnika przebywał, sądzę, chętnie;
Szedł śladami ojca ku Jaskini Łokietka,
W Dolinę prowadziła go Brama Krakowska...

Dolina, skały, brzozy – Bon Dieu, jak tu pięknie!
Roland powiedziałby: To kraina słodka...
A ja zwyczajnie powiem: Oto nasza Polska.


               PIESKOWA SKAŁA

W Pieskowej Skale król Kazimierz Wielki
Wzniósł zamek na skale imieniem Dorotka:
Dziewczyna rzuciła się z niej (głosi plotka),
Rozpryskując się w dole na drobne muszelki.

Potem zamek przeszedł na własność Szafrańców,
Którzy na cyplu wznieśli modną rezydencję:
Dziedziniec arkadowy nadał jej prezencję,
Zaś loggia nad przepaścią – to coś dla straceńców.

Z loggi w ryzalicie – widok na Sokolicę
W Dolinie Prądnika i Wernyhory Skały,
Na pasma zieleni, co zdobią wapień biały...

Wielokrotnie zwiedzałem tamtą okolicę,
Czasem porównując do niej Panieńskie Skały,
Wśród których dziewczyny się cnoty pozbywały...


               RABSZTYN

W Rabsztynie były dwa zamki: rycerski, górny,
I wczesnobarokowy – Myszkowskich fundacji.
Kozak, Hołubek, w górnym bronił Polski racji,
Gdy napadł nas ze Śląska Austriak dumny.

Z woli królewskiej zamek był w rękach Bonera;
Próbuję odgadnąć, co za przyczyna,
Że żałował on pieniędzy na rozwój Rabsztyna.
Jedno mam wyjaśnienie: ten bankier – to sknera.

Dziś zwietrzałe kikuty porastają wzgórze,
Pojedyncze drzewo przy nich – to niby piąstka.
W ich okolicy chłopi sieją złote zboże,

Dalej – las, rozległy jak poetyczne morze...
Przypomnijmy: Tu była strażnica królewska;
Widać każdą potęgę uparty czas zmoże!

               NA ŚMIERĆ TUWIMA

Odszedł... Nie został dłużej z nami,
Mistrz, co nas obdarzył nas Kwiatami...
Odszedł, a myśmy tak prosili,
By żył. Nie mógł zostać ni chwili?

Pragnął zostać na drugie życie
Jak uczeń na drugi rok w klasie,
Lecz Bóg odmówił jego prośbie;
Chciał go, jak my, mieć obok siebie.

***

Mistrzu, lubię Cicer cum caule.
Na bok kładę po Tobie żale,
Albowiem z Łodzi do Koluszek
„ B” w pociągu rozbolał brzuszek.

Mistrzu (za życia i po zgonie)
Wielki jak słoń zapominalski,
Jak lokomotywa, co w wagonie
Wiozła łakomych na kiełbaski.

Prosiłeś niby ojca dziecię:
„Boże, zostaw mnie na drugie życie
Jak ucznia na drugi rok w klasieh.
Życia pragnąłeś wciąż uczyć się?

Nie miałeś szans na drugie życie
Jak na drugi rok w siódmej klasie:
Pojąłeś życie należycie
Na skróconym czas wojny kursie.

Niech nam się Twoje słowo święci:
Twe wiersze przetrwają w pamięci
Przez wieki, nie przez jedno życie,
Obiecuję Ci uroczyście!

***
Odszedł... Nie został dłużej z nami.
Nasze oczy rosiły łzami...
Odszedł... A myśmy tak prosili,
By żył... Nie mógł zostać ni chwili?

Kraków, 30.XII.1953 r.

               MORD MATURZYSTY

W majowy wieczór przyjaciół kilku
Wysiadło gdzieś na przystanku
I poszli razem laskiem na górę,
Aby świętować maturę.

Kiedy bawili się niby dzieci,
Napadli na nich bandyci,
Pobili chłopców – tak dla rozrywki;
Jednego wzięli dla dziwki,

Gdyż rej wodziła wśród nich dziewczyna,
Moralnie – licha ruina...
Chłopca wciągnęli do jej mieszkania,
Choć, zbity, ledwie się słaniał.

Tam katowali go przez dni kilka
(To taka miła rozrywka),
A potem panna, swym własnym nożem,
Zarznęła chłopca jak kozę...

Zwłoki wynieśli, ukryli w krzakach,
A każdy z nich się zaśmiewał:
To pierwsza taka fajna zabawa,
Nawet na dowcip zakrawa...

Trzeba ją będzie powtórzyć jeszcze,
Podrzucić jajo kukułcze...
Niechaj się biedzi nad nim policja,
Niech wyjdzie jej indolencja.

Pobici chłopcy, ci maturzyści,
Gdy pozbierali swe kości,
Zgłosili w domach i na policji
Uprowadzenie z zarośli...

Rozpoczęło się mozolne śledztwo:
Opisywano to bractwo,
Które napadło na maturzystów,
Szukając w aktach portretów.

Ponieważ wszyscy są notowani,
Zostali więc rozpoznani...
A kiedy odkryto w krzewach zwłoki,
Bandytów wzięto do paki.
Pannę sąd skazał na dożywocie,
Jej kumpli na lat piętnaście.
Już prawomocne są te wyroki:
Zbirów wsadzono bez zwłoki.

Rodzice chłopca żyją w żałobie
Po dziecku, które jest w grobie.
Im żadna kara nie odda syna,
Nie ulży matce w cierpieniach....*

* Z cyklu Ballady.

               NAPAD

Raz w pewnym banku z samego rana
Stała się rzecz niesłychana:
Czterej bandyci (wśród nich ochroniarz)
Napadli na bank jak zbrodniarz.

Ochroniarz-strażnik rzekł do kolegi:
„Chcę mundur, bo w nim wyłogi...”
Strażnik uwierzył, wyłączył dzwonki,
Wprowadził go do skarbonki.

A za nim paru bandziorów w maskach
Zaraz wtargnęło do środka
I strzałem w serce kładą go trupem,
Gdyż zapachniało im łupem.

Jeden z bandytów był za strażniki,
Gdy przyszły trzy kasjerki:
Wpuścił i kazał otworzyć sejfy,
Pieniędzmi napchać chcąc kufy...

Znaleźli forsy ze sto tysięcy,
Lecz spodziewali się więcej;
Rozczarowani, za to – ze złości –
Zemścili się bez litości:

Strzałami w głowę zabili panie,
Choć były całkiem niewinne;
Już cztery trupy leżą na sali,
Z każdego struga krwi wali...

Zbrodniarze z łupem uciekli fiatem,
Może ktoś złapie ich cudem...
Nasza policja poszła ich tropem,
I nie wiem, jakim sposobem,

Pewnie nie szczędząc swojego sprytu,
Złapała zgraję bandytów.
Czeka ich śledztwo, sądowa sprawa
I kryminalna ... zastawa.

Jeżeli wyjdą z paki za życia,
Zapłaczą za rodzicami...
Może nie zechcą więcej zabijać:
Mordercy będą starcami.

Cztery osoby ”zasnęły w Panu”,
Cztery przepadły w więzieniu;
Oto do czego prowadzi zbrodnia –
Półpolska, a półzachodnia...


               SKÓRKOJADY*

Sam poniosę swą skórę do nieba
Jak na obrazie święty męczennik,
Łapiducha-kata mi nie trzeba,
Sam poniosę mą skórę do nieba;
Grzech tak sprzedawać starego grzyba!
To prawda, jestem już stary piernik,
Lecz swą skórę poniosę do nieba
Jak na obrazie święty męczennik.**

*Pracownicy Pogotowia w Łodzi.
** Św. Bartłomiej.

               GANGSTERZY

Wojny gangsterów to nie zabawa,
Spada co roku niejedna głowa;
Ale nie kryję, że to mnie cieszy,
Gdy strzelają do siebie gangsterzy...

Tu sprzątną kogoś z automatu,
Tam samochodzik rozrywa bomba,
Gdzieś knajpa płonie niby pochodnia;
Czasami kraksa bardziej wygodna...

Bandziory szkolą się na Zachodzie:
Gangsterskie filmy są u nich w modzie,
Także praktyki w ramach współpracy;
Wszystko na serio, nie ma w tym hecy...

Tu padnie „Pershingh, tam zginie „Nikoś”,
„Szklankah też pęknie przez delikatność,
Zaś ktoś przebiegły gdzieś zdmuchnie „Bańkę”,
Potem zabierze jego kochankę...

Walczą bossowie niby lwy srogie,
Dopóki martwi nie legną w grobie:
Walczą o wpływy, teren działania,
O twarde, miękkie i panowanie...

W półświatku bez nich nic się nie stanie;
Wciąż pragną poszerzyć swe władanie
W drodze korupcji oraz szantaży –
Ministrów, a nawet komisarzy...
Pieniądze nie śmierdzą, vel: non olet,
Kupisz za nie dziwkę i pistolet,
Przyjmie je także metropolita,
Odprowadzi bandytę na cmentarz...*

Ostatnio tak coś dziwnie się zdarza,
Że kupić łatwo też dygnitarza,
Co się zadaje gdzieś z „Baraninąh
I podesłaną przezeń dziewczyną...

Pieniądze nie śmierdzą, vel: non olet;
Ktoś opodatkował przecie szalet,
A prane pieniądze prawie że pachną,
Nawet gdy jeszcze dobrze nie wyschną...

Tego nie kryję więc, że mnie cieszy,
Gdy strzelają do siebie gangsterzy.
Zaoszczędzimy na celach, kratkach,
Sądach, straży i innych wydatkach...

* Nikosia odprowadził na cmentarz
arcybiskup T.Gocłowski.

               BOCIANY

Na łące zebrały się dumne bociany.
Każdy zadowolony, syty, rumiany.
To jest naszego zoo reprezentacja,
Parlament, gdyż w zoo gości demokracja.
Wszyscy pokładali w nich swoje nadzieje,
Okazało się, że wielu – to złodzieje.
Mieli uszczęśliwiać swą radą wyborców,
Ale każdy z posłów chce władzy i dolców.
Wciąż kłócą się i oskarżają nawzajem,
Zamiast debatować poważnie nad krajem...
Ogląda w TV te kłótnie całe zoo,
Niektórzy, źli, pięściami biją się w czoło.
Także sowa, która z loży śledzi łąkę,
Z rozpaczy zacisnęła w pięść swoją rękę:
„To gady, to nie turkawki, lecz jaszczurki,
A jeden drugiego obdarłby ze skórki.
A przecież wiadomo, że zgoda buduje...
Wyborco! Dobrego wybierz sobie posła.
Jeśli nie ma takiego, daj głos na osła.
Lepszy poczciwy osioł niż ci cwaniacy,
Wśród których trafiają się szubienicznicyh* .

* Z cyklu Bajki.

               ŻAKO

Żako ludzkim głosem namawia sowę:
„Ty słyniesz z rozumu, ja znam ludzi mowę,
Załóżmy jakąś spółkę usługową.
Co ty wymyślisz swoją mądrą głową,
Ja sprzedam ludziom za żywą gotówkę;
Rozum – nie wszystko, trza mieć jeszcze główkęh.
A sowa na to: „Na mądrość Ateny,
Powiadam ci, że rozum nie ma ceny.
Coś paplać potrafi każda papuga,
Powtarzać za kimś to żadna zasługa.
Mam już ze sto lat, darmo daję wiedzę,
Jak Kant, wybrałam rozum, nie pieniądze;
Żadne papugi, nawet mocne w pysku,
Nie wykorzystają mnie dla wyzyskuh.

               CIETRZEWIE

Cietrzewie zapragnęły męskiej przyjaźni,
Przyrzekły nie wszczynać między sobą waśni.
Dotrzymały słowa aż do nowej wiosny,
Ale kiedy nadszedł ów okres radosny,
Opanowawszy halizny i polanki,
Świtem zacietrzewione stały do walki.
Zamiast wtedy odmawiać ranne paciorki,
Wyrywały sobie piórka o cieciorki;
Każda przyjaźń męska niewątpliwie pryska,
Gdy o kobiety albo o władzę chodzi
(Co prawda, jeśli panowie są jeszcze młodzi),
Bowiem cietrzew bywa cietrzewiowi wilkiem
Jak mały człowieczek, co mieni się wielkim.

               ZŁOTORYJA
W ciemności że oczy wykol szedłem sam szosą,
Wracając do Złotoryi z dworca w Legnicy,
Bez mapy, w ogóle nie znając okolicy,
Żeglowałem, jakby rzec, gdzie oczy poniosą.

Wtedy piękne Plejady stanęły za sterem,
Wiodły mnie przez skrzyżowania, strzegły u brodu,
Doprowadziły cało do Złotego Grodu,
Gdzie przy wejściu witały mnie lipy szpalerem.

Odprowadzałem na kolej Morelowskiego,
Który naukowo dowiódł (dziś to już truizm),
Że nad Mozą źródła swe miał polski romanizm.

Upłynęło pół wieku od zdarzenia tego;
Ten Profesor wpajał nam rzetelny humanizm,
A dziś szerzy się wśród nas cynizm i egoizm.
               

               KRET

Kret kopie dołki pod naszym zoo,
Bawiąc się nieźle, nawet wesoło:
Gardłuje w sejmie, gada i gada,
Ale jest ślepy, więc nie dogląda
Czy w dobrą stronę biegną podkopy,
Aby odgrodzić nas od Europy;
Co tam dołki – to żadna przeszkoda,
Kret nie pamięta, kto w dołki wpada.

               O SIKORKACH

„Dziś w południe widziałem sikorki w ogrodzie.
Kąpiąc się, trzepotały skrzydełkami w wodzie –
Rzekł cap. – Były młodziutkie i takie radosne
Jakby nosiły w sobie życia pełną wiosnę...
Pani sowo, zakochałem się w tych dzierlatkach,
Takich zgodnych i wesołych, przemiłych trzpiotkach”.
- „Udzieliłabym im – rzekła sowa – pochwały,
Ale te czyścioszki stąd już gdzieś odleciały.
Wam mogę rzec: Uczcie się od sikorek, capy,
Umyjcie się, nim pójdziecie do Europy”.

               WIEWIÓRKA
Gdzieś pod lasem, przy młynie, żyła wiewiórka,
Dumna ze swojego rudego futerka.
Była gibka i zwinna ta panna Ewka,
Latała odważnie od drzewka do drzewka.
Nikt nie zaprzeczy: Była piękną kobietą,
Faunie imponowała puszystą kitą...
Lubiła siadać na drzewie nad jeziorem,
Przeglądać się w wodzie rano i wieczorem,
A kiedy usiadła wysoko nad młynem,
Jakby była na balu, machała trenem.
Ostrymi ząbkami chrupała orzeszki
Albo rozłupywała świerkowe szyszki,
Na deser zaś zjadała leśne jagody,
Aby się odżywiać wedle nowej mody.
Chroniąc przed ubrudzeniem swój mały brzuszek,
Ubrała, jak kucharka, biały fartuszek.
Nikt nie mówił o niej Ewa, lecz „ta ruda”,
Z zazdrości, oczywiście, gdyż jej uroda:
Figura, futerko oraz duże oczy,
Niejednemu samcowi śniły się w nocy;
A sowa rzekła, bez wyrozumiałości:
„Szkoda, że uroda jest źródłem próżności”.

               O KUKUŁCE
„Wie panih – rzekła sroka – „to egoistka.
Kukułka, gdy dorośnie, nie wije gniazdka,
Ale z samcami to zabawia się chętnie,
Oddając się tym drabom bardzo namiętnie...
A jaja, suka, podrzuca w cudze gniazdka,
Sama nie wysiaduje... Wyrodna matka!
Kukułka jako żona ma tę zaletę,
Że dziób trzyma stale zamknięty na kłódkę.
Kuka – mówią – tylko samiec, jej kochanek
(Nie powiem przecie o nim, jej małżonek,
Bo też go nie obchodzi jego potomstwo),
Którego bawi również wielkie lenistwo.
Przez to lenistwo wymierają w świecie
(Może to i dobrze, bo to ptasie śmiecie).
Pani sowo, ich działania są przestępcze:
Podrzucają dzieci w rodziny zastępcze!
Gdy się z jaja wykluje młoda kukułka,
Od razu wychodzi, że to lepsze ziółka:
Wyrzucają inne pisklęta z gniazdka,
Zżerają wszystko, co im przyniosła matka!h
A sowa powiedziała: „Prawdę mówi pani:
Niedaleko spada jabłko od jabłoni,
Zgadzam się, że są wśród nas niegodne matki,
Lecz po co zaraz te wyzwiska i plotki?
Jeżeli chcesz kukułkę etyki uczyć,
To powiedz jej, sroko, wszystko prosto w oczy”.

               ŻABKA
Żabka zakochała się w żyrafie-samcu:
Choć żabka nie lubi przebywać na słońcu,
Poleciała do żyrafy do Afryki,
Jak białe ladyfs , turystki erotyki.
Zapałała do niego taką miłością,
Że chciała mu oddać swoje udka z cością,
Ale ów żyraf popatrzył na nią z góry,
I skubał liście z drzew, sztywny i ponury.
Chciała dać mu całusek – żabi, namiętny,
Ale nie dosięgła mu nawet do pięty...
A sowa rzekła: „Żabko, to nie ma sensu,
Nic dobrego nie będzie z mezaliansuh.

               NA POLAKA
„Pijany jak Polak” – plotą złośliwi,
A niejeden przy tym mordę wykrzywi.
Ja powiadam, wbrew tej haniebnej plotce,
Że pijanego nie widziałem w Polsce.
U nas brak sklepów, co sprzedają wódkę,
A wszystkie knajpy – zamknięte na kłódkę.
Oczywiście, zdarza się sporadycznie,
Że jakiś facet urżnie się prześlicznie,
Ale to ktoś obcy, z innej planety;
Gdy go widzę w lustrze, pytam go: „Ktoś ty?h

               CZY PIJĄ?

Może w stolicy piją politycy,
Może na prowincji piją rolnicy,
Może na plebaniach piją kapłani;
Piją artyści z muzami zbratani:
Muza pracuje tylko przy kieliszku,
Straciłaby wenę o suchym pysku;
Ja lubię usiąść z panną przy kominku
I poflirtować uroczo przy drinku...



               NA KOBIETY

Czy duża, czy mała,
Każda taka miła,
Każda daje ciała
I za to im chwała;
Im bardziej kobieca,
Tym mocniej podnieca.
               

               WYZNANIE POSŁANKI

Gdy z Warszawy wracam na wieś,
To śni mi się stołeczny seks,
Który lubię... jak koń owies.

               DANKA BEZ WIANKA

Rozwódka, ulegając namiętnej naturze,
W łóżku – żabka, suczka – trzymała łapki w górze.
Nie skąpiła panom swego drobnego ciała,
Tym się stale oddając, których mocna pała;
Kpiła z nich: „Nawet kot umrze przy jednej dziurzeh.

               PRZYSŁOWIE

Panie, na frajera
Nie trza komputera.

               NA MISTRZA ŚWIATA

Sukces Małysza w Predazzo
To nie jest takie byle cco
22.02.2003.

               MAŁYSZ

Choć Małysz kocha Hanniego jak brata,
To pobije go też w Pucharze Świata.
22.02.2003.

               PENDERECKI

Pendercki w stronie Błoni
Gorliwie szuka harmonii,
Bo gdy ma już swą buławę,
Muzyk drży o swoją sławę –
Chce być na wizji i fonii.*
* Jan Dalin, Limeryki, Gdańsk 2006.

               JANUSZ DRZEWUCKI

Bóg do spraw poezji w „Twórczości”
Nie ma dla nas, twórców, litości:
Niby Bóg zbył milczeniem grzeczne
Moje prośby o życia wieczne;
Zoil byłby hojny w złośliwości...

               GRZECHY PYCHY

Rzekł pewien przechodzień:
„Licho nadało Licheń
I kilka wielkich świątyń.
Opoka – nie kamień...
Za świątynie-giganty
Bóg da komuś baty;
Panie, jak mi Bóg miły,
Na pychę nie ma siły”.

               WIZJA

Marzę o wielkiej Unii Europy,
Od Rosji aż po Heraklesa Słupy*.
Mogły by to być stany zjednoczone,
Państwa narodowe mądrze scalone;
Niech Europy nie ranią okopy.
* Z Gruzją i Turcją.


               RYM: LA-DA

"H dwa O" - woda,
Słońce to gwiazda,
Sala - aula,
Deszcz - to zła pogoda;
Oj, mądremu biada.

               CZAS

Prawdę mówią, że "Czas goi rany";
Goi całkiem, kiedy umieramy...
Ale rzecz nie kończy się na ranie -
Więcej nie powiem, głowy baranie,
Bo chcę być od czasu niezależny!.

               NOCNY SPACER

Gdy bezsenność poniosła mnie pomiędzy stawy,
Gdzie w maju pachną trawy i kwitną dmuchawce,
Ogarnęła mnie ciemność jakby zgasły świece,
W pomroku głos dawały kumkające żaby.
Księżyc w stawach leniwie kapał swe promienie,
Gwiazdy w głębinie nieba mrugały do siebie,
A mój cień miękko, cicho uciekał ode mnie,
Tam, gdzie krzewy i drzewa kładły blade cienie.
W taką noc ja, włóczęga, chciałbym być poetą,
Mieć umysł filozofa, który patrzy w gwiazdy,
Powtarzać stale za Immanuelem Kantem:

Ogromne, nocne niebo gwiaździste nade mną,
We mnie głębokie, rozumne, moralne prawdy,
Prawo moralne we mnie... Tak. Chcę być wagantem.

               SOBÓTKA

Noc świętojańską czcimy przy wielkim ognisku,
Dobrze nam tu razem w zaprzyjaźnionym gronie:
Panie siedzą, siedzą panowie – mąż przy żonie,
Podekscytowani, jak bywa po kieliszku.

Mimo żaru ognia i fluidów Erosa,
Nikt się nie przystawia do żony przyjaciela,
Nie ma wśród nas zdrajcy ani uwodziciela,
Nikt tu się nie gniewa i nie zadziera nosa.

W pustce nocy jawimy się w blasku ogniska,
Wyłaniamy się z mroku w manierze Rembrandta,
Śpiewając pieśń harcerską, która huczy lasem.

Pieśń – wspomnienie lat szkolnych – serca nasze ściska, W każdym z panów czujemy brata i kamrata;
To są takie wspomnienia, co pięknieją z czasem.

               PIERWSZY DZIEŃ LATA

Wiatr mierzwi moje włosy, robi to bez złości,
Żyto faluje na polach, słońce je srebrzy, złoci,
Drzewa szumią uroczyście, a wiatr kołysze gałęzie,
Co dźwigają ciężarne liście – ciemnozielone, soczyste,
Liście w rozkwicie.
Słoneczne chmury na niebie, powietrze – takie czyste,
Świeża zieleń owładnęła przyrodę...
Wiatr – jak poeta – pisze wiersze, unosi je w powietrze...
Polną drogą wieszcz idzie, skręcił na miedzę,
Spogląda w chmury, które nieśmiało suną po niebie,
Wydłużając się niby tren panny młodej, co się za nią wlecze...
Słoneczny, letni dzień. Drzewa szumią uroczyście,
Falując, dźwigają ciężarne gałęzie,
Co je obsiadły soczyste, ciemnozielone liście;
Chciałbym złożyć głowę na falującym biuście...


               CZARCIA NOC

Leci nade mną oszalały masyw gór,
Gnany wichurą, igra z błądzącym światłem gwiazd,
Jakby groźny czart rozpędził ich światowy zjazd,
Zmagając się z księżycem, co błyska spośród chmur.
To chyba czarcia noc, przesycona duchami,
Które błądzą po polach (śniąc, jak za młodu
O szczęściu), by od męki doznać ziemi chłodu,
I dopóki kur nie zapieje, pobyć z nami.

Błąkam się jak Zły, co opuścił niebo,
Może między łanami spotkam ducha mamy,
Tej, którą bardzo kocham, czy żywa czy martwa,
Czy młoda i piękna, czy jak to straszne bobo,
Które od dziecięcych lat jeszcze pamiętamy;
Mamo, przez moją miłość zdjęta z ciebie klątwa.

               JESIEŃ I

Nade mną ptactwa gromadne odloty,
Chcę lecieć jak Ikar śladem żurawi,
Gdzie ludzi nie gnębią jesienne słoty,
Gdzie wiodą ptactwa gromadne odloty.
Już jesień życia, już widzę zaświaty,
Szczęśliwe kraje, które Bóg objawi,
I widzę ptactwa gromadne odloty;
Chcę lecieć jak Ikar śladem żurawi.

               STAROŚĆ I

Życie przemknęło jak nawałnica, Życie, rzucone gdzieś we Wszechświecie
Jak śmieć, którym brzydzi się ulica.
Młodość minęła jak nawałnica,
Już zmarszczki szpecą szyję i lica,
I w samotności kończy się życie,
Które przemknęło jak nawałnica,
Życie, rzucone gdzieś we Wszechświecie.

               MAŁŻEŃSTWO

Wedle reguł gry, zajmuję się polityką
I od czasu do czasu sobie piszę wiersze,
Żona ma na swej głowie dom i całą resztę,
Nie porywam się przy niej na słońce z motyką.

Małżonka jest, tak sądzę, dobrą gospodynią.
By uniknąć w rodzinie wielu komplikacji,
Uzgodniliśmy, że ja nigdy nie mam racji;
Ten układ wymusiła żona babską bronią.
Zgoda panuje wówczas, gdy mąż jest spokojny,
Opiekuńczy, schludny i w miarę przystojny,
(+) uległy, potulny i nie schodzi z obłoków.
Nawet pacholę wie, pouczał rycerz zbrojny,
Że kiedy miecz jest w pochwie, wtedy nie ma wojny;
Oto sposób na zgodę skłóconych małżonków.

               WIARA W PREMIERA

Moja żona sucha
Taka jak kostucha,
Gdyż wierzyła w Jurka
Z AWueSu – Buzka.
Dziś w Leszka Millera
Wierzy co niemiara;
Z tej jakby miłości
Odda co ma – kości.

               PAMIĘĆ

„ Idź po chleb i masło do sklepiku,
Kup tylko dwie rzeczy, sklerotyku,
A nie przynieść mi, jak kiedyś, świecy.
Zapamiętaj, masz kupić dwie rzeczy” –
Rzekła stara do swojego męża;
Starość pamięć człowieka zwycięża:
Mąż poszedł i wrócił z puszką farby,
By pomalować wielbłądzie garby.
Wtedy żona: „Mówiłam, dwie rzeczy
(Nie garb się, dziadku, wyprostuj plecy.
Trzeba było zawiązać gdzieś węzeł.
Przyniosłeś farbę, a gdzie pędzel?”


               JESIEŃ II

Rok się zestarzał, pożółkły liście,
Klony jak starcy świecą łysiną,
Brzozy jak panie w stołecznym mieście
Podmalowują swe stare liście;
W życiu bywa słonecznie bądź mgliście,
Z czasem wspomnienia gdzieś we mgle giną,
Usychają jak jesienne liście,
Powstaje pustynia – pod łysiną.

               PRZYJAŹŃ

Takiego chciałbym mieć przyjaciela,
Przed którym mógłbym otworzyć serce:
Druha, brata i nauczyciela –
Takiego chciałbym mieć przyjaciela,
I realistę, i marzyciela...
Dusza moja gubi się w rozterce,
Gdy szukam wiernego przyjaciela,
Przed którym mógłbym otworzyć serce.


               OCZAROWANIE

Blondynka, czterdziestolaka, wdowa,
Smukła niby figura w kościele,
Uśmiechnęła się do mnie bez słowa,
A w tym jej uśmiechu – bólu tyle.

Ustąpiła mi miejsca w poczekalni,
Domyślając się, że mam lat wiele,
Serce podając mi jak na dłoni,
Ale w tym jej sercu – bólu tyle.
Poczuliśmy gotowość kochania,
Nasze serca kwitną niczym ziele,
Jej piękny uśmiech – radość spotkania,
Lecz w tej jej radości – bólu tyle.
Powiedziała, że ma imię Ewa,
Wspominając o raju i diable,
I spytała: „Jak się żona miewa?” –
A w tym jej pytaniu – bólu tyle.

Odparłem: „Och, mówiąc między nami,
Od lat jak w niedziele:
Minęła jej chęć razem z latami”;
A w tej świadomości – bólu tyle.

– „Ha, nie bylibyśmy przyjaciółmi,
Wiem, masz to wypisane na czole;
Ja, panie, nie bywam z żonatymi” –
Rzekła – a w jej głosie – bólu tyle.

– „Tak... Trzeba mieć zasady” – wyznała –
„ Niestety, miną przyjemne chwile:
Byłbyś wolny, młody – to bym cię chciała”
– A w tym jej wyznaniu – bólu tyle.

– „Serce ciąży mi w piersi kamieniem,
Oboje liczyliśmy... na wiele” –
Dodała. – Przyjąłem to milczeniem;
W tym moim milczeniu – bólu tyle.

               1 MAJ’04

Pierwszy Maja. W blasku słońca rozkwitły wiśnie,
Natura wita Polskę w Europejskiej Unii,
Czujemy się jak dzieci po pierwszej komunii,
Uświęceni marzeniem, co spełnia się we śnie.

Ziemio polska, brzemienna pąkami jabłoni,
Rozśpiewana pracą i świergotem ptactwa,
Ciesz się z przyjęcia do świetnego bractwa,
Co przyspieszy twój rozwój, od wojen uchroni...

Na ten dzień przystroiła się cala przyroda,
Cała Europa wita nas kwieciście...
Powitajmy uroczyście Unię, rodacy,

Bo Stara Europa jest, jak wiosna, młoda,
Zjednoczona, wyda z kwiatów owoców kiście,
Lecz gdy po świętowaniu oddamy się – pracy.

Już nie będą naszej ziemi ranić okopy.

               MOJA POEZJA

Prześliczne wnuczki: Kasia i Dorotka,
To dziś moja ukochana poezja.
Harryfego Pottera wzywam na świadka,
Że poezją są Kasia i Dorotka.
Wielkiego Mugola wzywam na świadka,
Że we wnuczkach moja cała nadzieja:
Starsza – to Kasia, a młodsza – Dorotka,
Wnuczki – moja ukochana poezja.

               ERATO

Posłałem miłej kilka zbiorków wierszy,
By mi pomogła odświeżyć wspomnienia,
Nie będąc pewny, czy mnie nie ośmieszy.
Ucieszyła się z moich zbiorków wierszy:
„Wróciłeśh – rzekła – mój rycerzu z Orszy...
Łatwiej wspomnienia wykrzesać z kamienia...
Lecz chcę być muzą twoich nowych wierszy,
Skoro te wiersze utrwalą wspomnienia;
Pośpiesz się, chłopcze, mamy mało czasu,
Nie ma autostrad na szczyt Parnasuh.

               MODLITWA II

Panie, zatrzymaj życia zegary,
Nie chcę żyć, kiedy sczezła nadziej,
Albo daj spełnić cele-zamiary
Nim staną mego życia zegary.
Nie dla mnie Eos sławy, bom stary,
Fortuna zabiła kołodzieja;
Zatrzymaj, Panie, życia zegary,
Nie chcę żyć, kiedy sczezła nadzieja.

               STAROŚĆ II

Na nic podchody do kobiecego raju,
Panie ustęoują mi miejsca w tramwaju;
Uświadomiła mi ta piękna maniera,
Że me szanse na podryw spadły do zera -
Cyba nie wyglądam jak młody sad w maju.

               SAPPORO

Ammann i Morgi - jak przyjaciele -
Uznali mistrza w Małysza ciele:
Po skoku wzięli go na ramiona
I nieśli „wroga”, co ich pokonał;
To gest sportowy, jakich niewiele.
03.03.2007 r.

               NAIWNOŚĆ

Ich bin neunundsiebzig Jahre alt,
Żyję już siedemdziesiąt dziewięć lat,
Wszystko robiłem, by zbawić nasz świat,
W swej naiwności przez wszystkie lata
Chciałem coś zrobić dla dobra świata:
Kiedy oddawałem się nauce,
Także kiedy pisałem o sztuce,
Kiedy wiodłem dyskurs z moim bogiem*,
Gdy sonety zwałem dekalogiem,
Marzyłem o ziemskim szczęściu ludzi,
O nawie świata, o wielkiej łodzi,
Na której popłynie cała ludzkość,
Respektując wzajemną lojalność;
Zachowywałem się jak idiota,
Licząc, że ta paskudna hołota
Poskromi chciwość i chęć władania
Na rzecz zbliżenia ludzi – zbratania.
Z żalem wyznaje – Niby-poeta.

* J. Dalin, Pięć skoków do nieba...
Wyd. Magno, Warszawa 2006.

               POCHWAŁA JAZZU

Gdy gardzą mną dziewczyny,
Gdy zbrzydły mi banany,
Gdy cały świat jest winny,
Że jestem sfrustrowany,
Pozostał mi jazz jeszcze,
Jak te wiosenne deszcze,
Przywracający życie
I to, co kocham w świecie:

Tomasz Stańko - złota trąbka,
Wojciech Karolak - pianista,
Urszula Dudziak - wokalistka,
Irek Dudek, co śpiewa bluesa,
Ewa Bem - wokalistka kusa,
Kurylewicz, Nalepa,
Niemen (z dziwnego świata)
I cała jazzowa hałastra...

Gdy nudzą monitory,
Gdy nudzą też ekrany,
Gdy miłe, młode panny
Nie chcą mi wejść do wanny,
Gdy książka jest za droga,
Gdy już zgubiłem Boga,
Szukając w życiu sensu,
Powracam znów do jazzu.

A poza tym jest wokalistka,
Polka, gwiazda amerykańska,
Cudowna Grażyna Auguścik,
Co gdy śpiewa, unosi biuścik:
Ukochana, nasza Grażyna,
Ostra niby leśna jeżyna....

Gdy napadną mnie smutki,
To - jak Janusz Drzewucki -
Piszę pochwałę jazzu -
Taką w formie pastiszu*.
Kończąc ten pastisz-biedę,
Kreślę inicjał J.D. -
Ukrywam swe nazwisko,
Aby odkryć serduszko.

Gdańsk, 28.03.2007 r.
* Por. Wiersz w "Jazz Press"
z grudnia 2006.

               ODA DO NADZIEI

Ty, co krzepisz nasze dusze,
Co ochraniasz instynkt życia,
Kiedy trzeba znieść kausze,
Kiedy troski szpecą lica,
Co dodajesz nam otuchy,
Gdy błądzimy niby w kniei,
Gdy świat jest ślepy i głuchy,
W głowie ma niepokolei,
Gdy niebo sypie gromami,
Gdy w życiu mamy dzień chmurny,
Ty, nadziejo, jesteś z nami,
Od beciku aż do trumny.

Kiedy kochana dziewczyna
Pogardzi naszą miłością,
Gdy świat się walić zaczyna,
Gdy wszystko zda się nicością,
Kiedy nas dopadły stresy,
Kiedy nas naszły złe chwile,
Kiedy się splątały losy,
Gdy myślimy o mogile,
Gdy nie widać życia sensu,
Gdy walczymy z depresjami,
Gdy siły dobiegły kresu,
Ty, nadziejo, jesteś z nami.

Kiedy nas wyrzucą z pracy,
Kiedy nas zawiedzie zdrowie,
Kiedy odrzucą wydawcy,
Kiedy nam się miesza w głowie,
Gdy rozpacz dusi za gardło
Jak gdyby wisielcza pętla,
Kiedy się rozpadło stadło,
Kiedy nas diabeł opęta,
Ty jesteś czujna jak matka,
Nie dajesz zalać się łzami,
Ty prz nas trwasz do ostatna,
Ty, nadziejo, jesteś z nami.

„Nadzieja - głupich matka” -
Powiadają pesymiści -
„Szczęście tafia się jak gratka,
Niby fart, gdy gramy w kości”;
I głupi też pragnie szczęścia,
Szuka go jawnie i skrycie,
Wciąż czeka jego nadejścia -
W Tokio, w Warszawie, w Madrycie;
Szczęście jest tylko marzeniem,
Wszyscy żyjemy marzeniami,
Borykamy się z cierpieniem,
A Ty, nadziejo, jesteś z nami.

               BILANS

Nie pamiętam, skąd się wziąłem,
Podobno się urodziłem...
A może gdzieś zawsze byłem
Nim się na ziemi zjawiłem?

Nie wiem, czy się nie spóźniłem,
Nie wiem, czy się pospieszyłem:
Byłem mały, nie chodziłem,
Nic o świecie nie wiedziałem.

Całe życie się uczyłem...
Pierwsze, co zapamiętałem,
To jak pod tęczą marzyłem...
Nim się spostrzegłem, urosłem.

Myślałem, że jestem orłem,
Ciągle jeszcze będąc osłem...
Żyłem z podniesionym czołem,
Tyrałem jakbym był wołem...

Nie piłem, by paść pod stołem,
A Pana Boga prosiłem
O litość nad tym padołem,
Czasem wadząc się z Kościołem.
Tylko z żoną spałem społem,
Innych pań gardziłem ciałem.
Bliźnim chciałem być aniołem,
Oni łamali mnie kołem...
Opisałem, co przeżyłem.
Nie pamiętam, jak umarłem,
Co zyskałem, kiedy żyłem,
Jaką część życia straciłem?
Wielkich marzeń nie ziściłem,
Nieczęsto szczęśliwy byłem
(Od szczęścia też VAT płaciłem);
Saldo na nul wyliczyłem.

Serce dla bliżnich wydarłem,
Teraz jestem białym karłem...

               PLUSQUAMPERFECTUM

Mój aniele z białego marmuru,
Czy dlatego masz taką smutną twarz,
Że cię wyrzucili z niebios chóru
I kazali ci na mym grobie stać?

Może ci smutno, że leżę w ziemi?
Może wiesz, że moja dusza cierpi?
Nie martw się, ja jestem między swymi;
Tutaj nikt z ludzi już się nie chełpi.

Mogłeś mnie lepiej strzec w moim życiu,
Każdego dnia, a zwłaszcza w niedziele:
Raz działać jawnie, a raz w ukryciu;
Dziś twoja służba zda się niewiele.

Bądź spokojny, mój biały aniele.
Stało się. W życiu straciłem wiarę:
W diablim młynie czart mą duszę miele,
A ty, stróżu, sterczysz tu... za karę.

Brzeg, wrzesień 1958 r.

               NA JANA DALINA

Nie wybitny,
Lecz ambitny.



               POSTSCRIPTUM

Nikt – to autor, co nie ma imienia,
Kogo nikt nie chce ni w piekle, ni w niebie,
Ten, co nie zaznaczył swego istnienia,
Co nie dał potomnym swego imienia...
Nikt – to taki kwiat, co nie wydał nasienia;
Nikt, jak Odys, po morzach się kolebie,
Gdyż to ktoś taki, co nie ma imienia,
Kogo nikt nie chce ni w piekle, ni w niebie.*

* Z cyklu trioletów. Por. Jan Dalin,
Reminiscencje, Gdańsk 2005.