Opowiadania


   Podpułkownik dr inż. Kazimierz Dymek mieszka w Warszawie, ale jego korzenie tkwią w Rudniku - stąd bowiem pochodził jego ojciec. To właśnie rodzinne (bo przekazywane przez ojca i dziadka) opowieści stały się kanwą zamieszczonych tu opowiadań autorstwa p. Dymka (m.in. "Koń kawaleryjski", "CK Dezerterzy z Rudnika"). Są one owocem rzeczywistych wspomnień z czasów wojny, malują obrazy dawno już zapomniane lub w ogóle nieznane mieszkańcom Rudnika dlatego szczególnie zachęcamy do ich przeczytania.
 
 

Julka - matka podkuwacza

     Losy Józefa podkuwacza z Sułkowic, uczestnika wojny polsko-bolszewickiej, opisane zostały w opowiadaniu "Cud nad Wisłą i Gościbią".

     Tak naprawdę to nikt nie wiedział skąd pochodziła Julka. Jedni mówili że spod Zatora, inni że z Mucharza, a jeszcze inni, że gdzieś od Lanckorony. Nawet stara kowalka, żona Jędrzeja, nie wypowiadała się jasno na ten temat. Zapytana kiedyś tam przez ciekawską sąsiadkę odburknęła krótko: A z Kalwaryje, a wom po co to potrzebne. Szybko zorientowano się, że o pochodzenie Julki pytać nie należy. Sama Julka, nawet nagabywana, nigdy się na ten temat jasno nie wypowiedziała. Do starej kowalki zwracała się po prostu: Ciotko, a do starego Jędrzeja nie inaczej tylko: Wy. Było to normalne i zrozumiałe, bo w Sułkowicach, tak jak w każdej prawie wsi na Podbeskidziu, bardzo wiele rodzin było ze sobą spokrewnionych, skoligaconych lub połączonych innymi więzami rodzinnymi, a w powszechnym zwyczaju było nazywanie starszych i co zacniejszych gospodyń: ciotką. Ułatwiało to bardzo kontakty zwłaszcza między dziećmi i starszymi kobietami, bo zawsze co ciotka to ciotka, a nie obca osoba. Zwyczaj ten ugruntowywał się przez całe lata, a niewątpliwy wpływ na to miała też pewnie duża liczebność dzieci w przeciętnej rodzinie, a jak wiadomo każde dziecko miało matkę chrzestną, którą często bywała zaprzyjaźniona sąsiadka. Chrześniak miał prawo używać zwrotu Krzesnomatka, ale jego rodzeństwo już nie, i dlatego cieplejszą formą była Ciotka niż Wy, zwrot przysługujący każdej starszej osobie. dalej>>>>

Przez Alpy do Egiptu (c.d. opowiadania Opłatek z Rudnika)

     Ciało majora SS bezwładnie zawisło na zębach bron. Z roztrzaskanej głowy powoli płynęła krew tworząc pod stopami coraz większą plamę.....
     Przerażony Stanisław w pierwszej chwili nie wiedział co się stało. Powoli zaczynała docierać do jego świadomości przerażająca groza sytuacji w jakiej się znalazł, i jakiej tak naprawdę był sprawcą.
     - Rany boskie, co ja zrobiłem, co ja zrobiłem! - zaczął bezładnie powtarzać.
     Pierwsza opanowała się młoda bauerka, która wcześniej z przerażeniem obserwowała starcie zwyrodniałego oficera SS z robotnikiem z Polski, pracującym w jej gospodarstwie. Major, wycofany z frontu wschodniego do Bawarii na rekonwalescencję, to znienawidzona w okolicy kanalia, donosiciel i oprawca. Tego lustratora rejonowego sami Niemcy bali się jak ognia. Wszędzie zajrzał, wszędzie węszył, wszystko sprawdzał, spisywał i donosił do władz. Młoda gospodyni, gospodarująca tylko ze Stanisławem na prawie 90 hektarach wiedziała, że szczególnie jej bauerhof otoczony jest czujną "opieką" kontuzjowanego SS-mana. Mąż na froncie, w gospodarstwie została sama z Polakiem Stanislausem, i tylko od czasu do czasu przysyłano jej do pomocy młodzieńców z Hitlerjugend, z którymi jednak więcej było kłopotu niż pożytku. dalej >>>>

Z Rudnika na .... targ niewolników

     Już pierwsze godziny wojny okazały się tragiczne dla mieszkańców Rudnika. Wkraczające od strony Sułkowic oddziały niemieckie - wg źródeł historycznych 7 Dywizja Strzelców Alpejskich, zostały zaatakowane przez tylną straż oddziałów polskich, wycofujących się w kierunku na Myślenice i dalej na Bochnię. W potyczce z ariergardą sił polskich zginęło dwóch żołnierzy Wehrmachtu. W odwecie Niemcy rozstrzelali 21 osób cywilnych, w tym kobiety. Strach i trwoga padły na wieś i okolicę. Z ust do ust szeptano informację, że będą dalsze represje, że Niemcy aresztują i zdziesiątkują wszystkich mężczyzn powyżej 15 roku życia, że już wkrótce zaczną się publiczne egzekucje. Panika była tak duża, że większość mężczyzn uciekła lub zaszyła się w pobliskich lasach oczekując rozwoju wypadków, a co bardziej przezorne matki poprzebierały starszych synów za dziewczęta, nakazując im zakładać chustki i długie spódnice.
     Rodzina Stanisława mieszkała na Pustce, na skraju wsi, bardzo blisko Jawornika i Dalina. Na wszelki wypadek on też, tak naprawdę wbrew swojej woli, został przebrany za dziewczynę, ale szybko zrzucił babski przyodziewek, nie chcąc narażać się na ewentualne kpiny rówieśników.  dalej >>>>

CK dezerterzy z Rudnika

   Zjawisko dezercji z szeregów znane jest od początku istnienia regularnych oddziałów wojskowych, od początku istnienia zorganizowanej armii. Od tysiącleci traktowane było jako największe przewinienie żołnierza i zawsze surowo karane - z karą śmierci włącznie. Dowódca na polu walki jest wyposażony w szczególne uprawnienia, a wobec dezerterujących może użyć wszelkich środków przymusu, po to, aby zapanować nad sytuacją, przywrócić ład i posłuszeństwo wśród podległych mu żołnierzy. Historia wojen dostarcza szereg na to przykładów.

   Powodów do dezercji było wiele. Pierwszym był zawsze strach przed śmiercią. Niebagatelną i chyba najczęstszą przyczyną był jednak brak odporności na trudy realiów wojskowych. Uciążliwości te były niekiedy wręcz koszmarne, nieludzkie, trudne do wytrzymania i zrozumienia dla zwykłego człowieka. dalej >>>>

Opłatek z Rudnika

   Nastała jesień 1939 roku. Mroczna okupacyjna rzeczywistość położyła się długim cieniem na polskiej ziemi. Nasz kraj znowu wymazano z mapy Europy. Powstała Generalna Gubernia, stanowiąca w planach niemieckich zaplecze siły roboczej dla gospodarki Rzeszy pracującej na rzecz wojny. Na mieszkańców podbitego kraju nałożone zostały duże obciążenia w postaci różnego rodzaju świadczeń i obowiązkowych dostaw.
   Ziemia Myślenicka nie była wolna od tych obciążeń. Już w październiku 1939 roku wydane zostały restrykcyjne zarządzenia. Na każdą wieś nałożono obowiązek dostaw bydła rzeźnego i zboża. Sołtysów zobowiązano do przygotowania list młodych, zdrowych ludzi zdolnych do pracy w Reichu. Jednym z wytypowanych w Rudniku był Stanisław.

Opisywana historia zdarzyła się w roku 1940 w Bawarii, niedaleko Jeziora Bodeńskiego, u podnóża Alp. dalej >>>>
 

Cud nad Wisłą i Gościbią

   W rocznicę tryumfu polskiego oręża - w dniu 15 sierpnia - obchodzimy święto Wojska Polskiego. Wtedy to, w uroczystość Wniebowzięcia N.M. Panny, przypada rocznica "Cudu nad Wisłą". Ziemia Myślenicka ma również swoich bohaterów z tamtego okresu.
   "Cud nad Wisłą" polegał na zatrzymaniu Armii Czerwonej nacierającej na Warszawę z kierunku północno-wschodniego, związanie wojsk walką, z równoczesnym wyprowadzeniem kontrnatarcia znad Wieprza. To kontruderzenie kierowane na północ miało na celu przerwanie linii łączności i zaopatrzenia, a przede wszystkim okrążenie od wschodu uwikłanych w walkę wojsk sowieckich. Zamierzenia te skończyły się powodzeniem. Natarcie sowieckie załamało się całkowicie, nastąpił totalny i bezładny odwrót. Decydujące znaczenie w całej operacji miała Bitwa Warszawska, która powstrzymała postępujące na zachód oskrzydlające natarcie Armii Czerwonej. dalej >>>>
 

Koń kawaleryjski

   Po odzyskaniu niepodległości w 1918r i zwycięskiej wojnie bolszewickiej, prestiż wojska wzrósł niepomiernie. Pobór rekruta, zwany asenterunkiem był dla młodzieży męskiej swoistym egzaminem życiowym. Odbycie służby wojskowej znacząco podnosiło swego rodzaju wartość społeczną młodego mężczyzny. Dalece poważniej traktowany był np. kandydat na męża, jeśli było wiadomo, że jest "po wojsku". Bywało, że z kilkunastu "stających do asenterunku" z danej wsi lub miasteczka, tylko kilku kwalifikowano jako przydatnych do służby.
   Poborowym idącym do wojska organizowano suto zakrapiane "pożegnania". Przy tej okazji powstawały okolicznościowe przyśpiewki... dalej >>>>
 

Poświęcona kula

   Artyleria to królowa wojny. Najstarsze zapiski dotyczące prowadzenia działań bojowych, starć, oblężeń, wspominają o machinach wojennych miotających przedmioty na odległość. Za protoplastę współczesnych armat uznać można katapulty, wyrzucające różnego rodzaju pociski na przeciwnika. Miotano głazy, maźnice zapalające, czasami nawet jeńców wziętych do niewoli. Wszystko to miało na celu osłabić wolę walki przeciwnika. Dziś artyleria to bardzo skomplikowana broń, sterowana komputerowo, precyzyjne lokująca pociski w wyznaczonym miejscu. Bywało że artyleria odgrywała decydującą rolę na polu bitwy.
   Wszystkie armie świata doceniały rolę artylerii. Nasza ma bardzo bogate w tym zakresie doświadczenia. W literaturze narodowej znajdziemy wiele na to przykładów. Któż nie wie że zniszczenie przez dzielnego Kmicica wielkiej kolumbryny uratowało Częstochowę, a powszechnie znana jest historia bohaterskiego kapitana Ordona, którego reduta "... sześć tylko harmat miała..." , ale siała spustoszenie w szeregach rosyjskich: "... Gdy kolumnę od końca do końca przewierci, jak gdyby środkiem wojska przeszedł anioł śmierci ...." [A. Mickiewicz: Reduta Ordona]. Doświadczeni dowódcy rosyjscy przestrzegali młodszych oficerów: ".... Pomnij Ryków kamrat!` Żebyś nigdy na Lachów nie chodził bez armat!'...." [A. Mickiewicz, Pan Tadeusz]. dalej >>>>
 

Garnizon Myślenice

   Ciężki był los prostego żołnierza w szeregach cesarsko-królewskiej armii najjaśniejszego pana cesarza Franciszka Józefa I.
Galicja co roku oddawała okrutny haracz w postaci rekruta. Cesarstwo - ogromne w swych granicach - potrzebowało wielkiej armii do obsadzenia nadgranicznych garnizonów, twierdz, fortów. Regulamin służby, oparty na wzorach niemieckich, był niezwykle rygorystyczny. Za najdrobniejsze jego uchybienie groziły srogie represje. Surowość kar przerastała wyobrażenie normalnego człowieka. Kadra oficerska, a byli to przeważnie Austriacy, traktowała prostych żołnierzy jak istoty gorszej kategorii. Szczególnie dotkliwe było to dla rekrutów innej niż austriacka narodowości, w tym Polaków.
   Cesarz, Franciszek Józef I, postrzegany i opisywany skąd inąd jako dobrotliwy staruszek, był znany ze swej niezwykłej wprost dyscypliny. Nigdy nie pobłażał ani sobie, ani swoim podwładnym. Z tego zapewne powodu nie był zwolennikiem zmiany upiornego drylu wojskowego, a już na pewno nie skłaniał się do złagodzenia regulaminu służby i systemu kar. Historycy piszą, że również trudno go było przekonać do wprowadzania modyfikacji w uzbrojeniu i taktyce działania wojska. Jak to się dla Austrii skończyło - wiadomo. dalej >>>>
 

Potęga Lechistanu

   Okres poprzedzający wstąpienie Polski do NATO to czas intensywnych konsultacji, spotkań i wyjazdów przedstawicieli armii do centrali sojuszu w Brukseli, udział żołnierzy i oddziałów w szeregu ćwiczeniach typu Cooperative, uczestnictwo ludzi nauki w sympozjach i seminariach tematycznych.
   Dane mi było, jako przedstawicielowi instytucji centralnej MON, uczestniczyć w wielu tego typu imprezach. Najbardziej utkwił mi w pamięci wyjazd do Centrum Marschalla - instytucji amerykańskiej - znajdującego się w Garmisch-Partenkirschen w RFN. Odbywało się tam sympozjum zorganizowane w ramach programu: Społeczeństwo Informacyjne Świata. Doświadczenia wojny bałkańskiej i lokalnych wojen w Azji wskazywały na pilną potrzebę opracowania takich metod i technik wzajemnej wymiany informacji między narodami, nacjami, wyznaniami, aby maksymalnie zmniejszyć ryzyko powstawania konfliktów i równocześnie zwiększyć stopień wzajemnego zrozumienia i poznania. dalej >>>>
 

Jaki był ich los...

   Wykształciłem się w czasach PRL-u. Tak jak miliony, za darmo. Wystarczyło tylko chcieć. Ten komfort zawdzięczam pokoleniu moich rodziców, któremu to pokoleniu młodość upłynęła w strachu przed okupantem niemieckim, a dorosłe życie w strachu przed władzą ludową i w czasach ograniczenia wszystkiego co możliwe. Odbudowany z ruin wojennych kraj, tysiące nowych szkół, szpitali i zakładów pracy to ich dzieło.
   Wśród milionów bezimiennych bohaterów pracy i odbudowy Polski po II Wojnie Światowej byli też żołnierze Polskiej Armii na Zachodzie, którzy nie bacząc na zagrożenie represjami ze strony władz powrócili do Polski. Nie wybrali może bardziej nostalgicznego, ale jednak lżejszego, dostatniejszego i bezpieczniejszego życia w Anglii, Kanadzie, Argentynie. Za Polskę walczyli w sposób i tam gdzie było to tylko możliwe. Po wojnie swoje siły oddali Polsce, odbudowując ją i rozbudowując dla następnych pokoleń Polaków.
   W czasach realnego socjalizmu Ojciec był dla mnie najbardziej wiarygodnym źródłem wiedzy historycznej, nie tej szkolno-podręcznikowej, tej prawdziwej. dalej>>>>
 

Szef kompanii

   Tym co w wojsku służyli, nie trzeba tłumaczyć kim jest szef kompanii. Szef kompanii - wiadomo, jest dla żołnierzy jak matka. O wszystkim pamięta, nie skrzywdzi, zadba, o wszystkim pomyśli i nie pozwoli się nudzić, oj nie pozwoli. Szefem kompanii jest zazwyczaj doświadczony chorąży lub starszy podoficer w randze sierżanta. W strukturze pododdziału - jakim jest kompania wojska, rola szefa jest niepoślednia: dba on o zaopatrzenie kwatermistrzowskie żołnierzy, albo jak kto woli logistyczne.
   Usytuowanie służbowe też ma szef nie najgorsze - podlega bezpośrednio i jedynie dowódcy, mimo że w kompanii mogą być jeszcze oficerowie - dowódcy plutonów. Mając pełną świadomość pełnionej roli i "swojego miejsca w szyku" niejeden szef dosadnie potrafił dać do zrozumienia pozostałym żołnierzom - z dowódcami plutonów włącznie, jaką to on jest personą i ile znaczy. Dowódca kompanii zawsze był zainteresowany tym, aby dowodzony przez niego pododdział funkcjonował poprawnie i zazwyczaj nie wtrącał się w poczynania szefa, wychodząc ze słusznego założenia, że jego zadaniem jest dowodzić i szkolić żołnierzy, a od "liczenia gaci" jest szef i kropka. Utarł się zwyczaj, że tylko w wyjątkowych sytuacjach dowódca interweniuje na "terytorium działań" szefa kompanii. dalej>>>>
 

Kontrakt ze Śmiercią (opowiadanie „z krypty”)

   Istnieją podobnież na świecie sprawy, o których się filozofom nie śniło.
    Przywoływane w tym opowiadaniu zdarzenia i osoby, od dawna tkwiły w mojej pamięci, a ich ewentualne podobieństwo do faktycznych, jest absolutnie przypadkowe i niezamierzone. Nie będę ukrywał że był czas, gdy jego wspomnienie mrowiło mi skórę na plecach ...
    
    Są zawody czy funkcje społeczne z góry obdarzane zaufaniem, mające swoją charyzmę, wymagające szczególnych predyspozycji, zarówno mentalnych jak i manualnych. Z pozoru niby takie to oczywiste, a jednak okazuje się, że niestety nie dla wszystkich.
    Kiedyś, w czasach młodości moich dziadków, nie istniały oddziały położnicze. Nowo narodzone dzieci przyjmowane były na świat przez akuszerki, kobiety obdarzone wrażliwością, wyczuciem i delikatnością, ale równocześnie pewnością działania i odpornością nawet na śmierć swoich podopiecznych. Powszechnie uważano je za osoby godne zaufania, i darzono niekłamanym szacunkiem.
    Nic takiej kobiety dziwić nie mogło, nie miała ona prawa odmówić pomocy, czy broń Boże odstąpić od rodzącej, nawet w najbardziej niesprzyjających czy niebezpiecznych okolicznościach. Musiała też chcieć i umieć zachować takt i dyskrecję, ponieważ z natury rzeczy dowiadywała się o różnych, niekiedy nawet bardzo krępujących i osobistych sprawach. To akuszerki, w chwilach największej potrzeby, przychodziły i do prostej izby w chłopskiej chałupie, i do sypialni szlacheckiego dworu. W razie potrzeby to one chrzciły „z wody” słabowite noworodki. dalej>>>>
 

Matczyne korale

   W jednej wsi niedaleko Myślenic mieszkał młody stolarz Janek. Od wielu lat był półsierotą, bo matka odumarła go przy porodzie brata. Ojciec, zajęty zarobkowaniem, nie bardzo miał czas aby zajmować się gromadką dzieci, poruczając opiekę nad nimi babce i najstarszej córce. Łatwo nie było, ale wszyscy razem i pospołu jakoś tam sobie radzili.
    Od małego nakłaniany był Janek do pomagania innym, a w razie potrzeby radzenia sobie samemu. I nauczył się tego. Na początku bywało różnie, a to z powodu dość mikrej postawy. Przyczyną mizerności było ciągłe prawie niedożywienie, spowodowane przebywaniem całymi nieraz dniami w polu. Pasienie krów lub pomaganie w robotach było po prostu koniecznością. W domu Janka nie przelewało się. Ojciec całymi dniami pracował gdzieś u ludzi, a siostra co tam mogła, to ugotowała. Nieraz bywało, że tylko sapkę na mleku. Pochlipali wszyscy z jednej miski i musiało wystarczyć.
    Ta pół nędza prawie skończyła się, gdy w odwiedziny przyjechała ciotka i zarazem matka chrzestna Janka. Była to najmłodsza siostra ojca, którą wydano za mąż za zamożnego stolarza mieszkającego gdzieś za Krakowem.
    Samego wesela ciotki nie zapamiętał Janek prawie wcale, mimo że było ono huczne. U dziadków grała wtedy muzyka, śpiewali i goście i druhny z drużbami, a tańcowano ile wlazło. Nie wiedzieć czemu, ale w pamięci utkwił Jankowi jedynie ceremonialny wyjazd nowo poślubionej z rodzinnego domu. Dwa dni po uroczystościach jej posag załadowano na solidną furę, z tyłu przywiązano powrozem dorodną jałówkę, w okrągłym koszu piulkało stadko gąsiątek.  dalej>>>>
 

Zimnica Teściowej

    Było to jakoś tak na jesieni. Nie było jeszcze zimno przez cały dzień, no co to, to nie, ale z wieczora to już czasem podwiewało. Ranki też już okazywały się coraz chłodniejsze. Jak nie padał deszcz, a jeszcze lepiej, a jak był bezchmurny dzień, to tak koło południa bywało całkiem ciepło. Ot zwyczajnie, jak w październiku.
    Po gorącym i pogodnym lecie trudno jest tak od razu, bez zawahania, wskoczyć w ubrania i kostiumy jesienne. Wynika to raz z powodu niechęci poszukiwania ich w szafie, a po wtóre w nadziei, że na zdecydowaną zmianę sposobu ubierania to jeszcze za wcześnie.
    Tak ja to przynajmniej praktykuję, co nie raz powodowało, że pociągając nosem, a jeszcze gorzej z gorączką lazłem do pracy. Takie nonszalanckie, na własne życzenie przeziębienie, nie raz rzuciło mnie do łóżka. Ileż razy słyszałem: ubierz coś cieplejszego, bo już jest chłodno, kataru się nabawisz. Często bywa że kobieta swoje, a uparty chłop swoje. No tak to i ze mną bywało, ale tym razem nie o sobie chcę napisać, tylko o teściowej.
    Teściową to ja mam ambitną i akuratną. Bardzo akuratną. Nie dane mi było widzieć jej w przysłowiowych papilotach, nie uczesanej, w przydeptanych bamboszach, czy nie daj Boże w lekko przetartym szlafroku. Oj nie widziałem.  dalej>>>>
 

Diabelski Kamień, czyli odtajniona historia Zarośniętego  (opowiadanie z rodzaju szeptanych)

     Rozsiane na pogórzu karpackim tu i tam głazy narzutowe, zyskały sobie miano >diabelskie kamienie<. Prawie wszędzie i nie wiedzieć czemu, ich pochodzenie jest tłumaczone jednakowo: oto diabeł dźwigał ogromny głaz, aby go zrzucić na klasztor lub kościół w najbliższej okolicy.
    Jeden z takich głazów znajduje się w okolicach Rudnika i Sułkowic, a drugi nie tak bardzo odległego Szczyrzyca, gdzie już przed wiekami usadowił się zakon cystersów.
    Opowiadanie „przybliża” nieco historię pojawienia się tychże głazów.

   Od niepamiętnych czasów Zarośnięty rezydował na najwyższym wzgórzu pasma podgórskiego, nazwanego później przez ludzi Pasmem Pisanej, lub Dalina. Miejsce to z daleka wyróżniało się nad krajobrazem, stanowiąc swoisty, naturalny punkt orientacyjny w ogromnej puszczy karpackiej, porastającej kiedyś tereny na południe od dzisiejszego Krakowa.
    Nazwa >Dalin< tak spowszedniała, tak utarła się w potocznym nazewnictwie, że z czasem kartografowie tylko przytaczali na mapach również inne, formalne nazwy geograficzne tego miejsca. To oni wytyczali i wskazywali trasy komunikacyjne dla kupieckich karawan, królewskich poselstw lub kurierów, a zwłaszcza dla przegrupowujących się oddziałów wojskowych.
    Nikt tak naprawdę nie pamięta kiedy u stóp Dalina, nad strumieniami, strumyczkami i ciekami wodnymi pojawiły się najpierw pojedyncze, a potem coraz gęstsze skupiska wiejskich chałup. Chłopi karczowali puszczę, wydzierali ziemi krze i kamienie, zaorywali najpierw małe, a z czasem coraz większe spłachetki ról uprawnych. To również oni i kolejne ich pokolenia urządzały, budowały i reperowały dukty i trakty komunikacyjne, mostki i przejścia nad strumieniami i rzeczkami.  dalej>>>>