Opowiadania


 

Szef kompanii

     Tym co w wojsku służyli, nie trzeba tłumaczyć kim jest szef kompanii. Szef kompanii - wiadomo, jest dla żołnierzy jak matka. O wszystkim pamięta, nie skrzywdzi, zadba, o wszystkim pomyśli i nie pozwoli się nudzić, oj nie pozwoli. Szefem kompanii jest zazwyczaj doświadczony chorąży lub starszy podoficer w randze sierżanta. W strukturze pododdziału - jakim jest kompania wojska, rola szefa jest niepoślednia: dba on o zaopatrzenie kwatermistrzowskie żołnierzy, albo jak kto woli logistyczne.
   Usytuowanie służbowe też ma szef nie najgorsze - podlega bezpośrednio i jedynie dowódcy, mimo że w kompanii mogą być jeszcze oficerowie - dowódcy plutonów. Mając pełną świadomość pełnionej roli i "swojego miejsca w szyku" niejeden szef dosadnie potrafił dać do zrozumienia pozostałym żołnierzom - z dowódcami plutonów włącznie, jaką to on jest personą i ile znaczy. Dowódca kompanii zawsze był zainteresowany tym, aby dowodzony przez niego pododdział funkcjonował poprawnie i zazwyczaj nie wtrącał się w poczynania szefa, wychodząc ze słusznego założenia, że jego zadaniem jest dowodzić i szkolić żołnierzy, a od "liczenia gaci" jest szef i kropka. Utarł się zwyczaj, że tylko w wyjątkowych sytuacjach dowódca interweniuje na "terytorium działań" szefa kompanii.

   Taki też model funkcjonowania i zachowania kadry dowódczej funkcjonował w kompaniach akademickich Wojskowej Akademii Technicznej.
   Kompania podchorążych to specyficzny pododdział. Żołnierz tu co prawda inteligentny, zdyscyplinowany i świadomy - wszak sami ochotnicy ze średnim wykształceniem, ale trudny, trudny podwójnie. Po pierwsze: doskonale znający reguły i zasady służby wojskowej - wszak to przyszły oficer, a po drugie nie poddający się absolutnie zupackiemu drylowi, który niestety dość często w zwykłych koszarach zastępuje rozsądne myślenie. Niełatwo było zatem niejednemu szefowi forsować swoje "reguły gry" w takim środowisku. Narażał się co najmniej na "trudne" pytania podchorążych, pytania jak najbardziej zgodne z regulaminem.

   Szef jednej z takich właśnie kompanii, do perfekcji opanował specyficzny styl zachowania, postępowania i traktowania podległych mu podchorążych. Przyznać trzeba, że swoje obowiązki wykonywał rzetelnie i bez zarzutu, nigdy podchorążym niczego nie brakowało, wszystko co potrzeba otrzymywali zgodnie z przepisami i na czas. No może nie wszystko, ale o tym dalej. Tegoż właśnie szefa brać podchorążacka ochrzciła mianem "Belmond". Nie żeby mu dokuczyć, skądże znowu, po prostu dlatego, że stroił miny jak znany francuski aktor o podobnym nazwisku, oraz specyficznie się przemieszczał, tak właśnie przemieszczał, a nie chodził czy maszerował. Na dodatek szef miał na imię Jan, więc wszystko pasowało.
   Belmond uwielbiał przemieszczać się przed szykiem kompanii z rękoma zaplecionymi z tyłu, z tułowiem lekko wychylonym do przodu i nieznacznie zadartą do góry brodą. Idąc tak dostojnie przed frontem wyprężonych podchorążych, od czasu do czasu łypnął groźnie i badawczo okiem, sprawdzając czy aby wszystko jest jak należy. Niestety, przegląd taki praktycznie zawsze kończył się uwagami i utyskiwaniem szefa, a "sprawca" przewinienia był surowo i szczegółowo napiętnowany.
   Erudytą to Belmond zbyt wielkim nie był, ale lubił przemawiać do podchorążych, oj lubił. Miał też zapewne świadomość, że oto stoi przed żołnierzami, którzy oczekują od niego wypowiedzi kwiecistych, precyzyjnych, zwięzłych i poprawnych stylistycznie. Widział, że nie może pozwolić sobie na jąkanie, dukanie, czy nie daj Boże owijanie w bawełnę. Miał ambicję przemawiać wzniośle i patetycznie. Wyszukiwał do tych przemówień zwrotów, jego zdaniem, niepoślednich, ale chcąc zapewne popisać się swoją elokwencją, w najmniej oczekiwanych momentach wplatał wyszukane słowa - co prawda nie zawsze trafnie. Jaki był tego skutek nie trudno przewidzieć, no ale cóż, szef to szef, a szefa słuchać trzeba. Efekty tych "oratorskich" wystąpień bywały różne. Kilka tego typu przykładów utkwiło w pamięci i było przekazywane kolejnym pokoleniom podchorążych.

   Zdarzyło się, że kompania akademicka musiała przenieść się z jednego akademika do drugiego, zapewne z powodu remontu. W sąsiedztwie internatów był budynek poczty. Belmond podsumował akcję przenosin kwiecistą informacją:
   - Widzicie podchorążowie, mieszkaliście do niedawna exeqvo poczty, a teraz mieszkać będziecie apropos poczty.

   Były takie czasy, że wszelkiego rodzaju gry hazardowe były w akademikach podchorążych niedopuszczalne. Nakazami prawdopodobnie usiłowano skłonić wojskowych studentów do wytężonej nauki, tępiąc wszelkie zachowania "rozpraszające" typu gra w brydża, lub, co nie daj Boże, w pokera. Na nic się to jednak zdało. Towarzystwo "rąbało" roberka jednego za drugim. Zdarzyło się jednego razu, że Belmond wszedł na salę właśnie w chwili gdy rozgrywano szlemika w piki z kontrą, a gracze za żadne skarby nie chcieli przerwać rozgrywki. Tego już było dla Belmonda za dużo, skonfiskował talię kart, a na najbliższym apelu skonfudował winowajców mówiąc:
   - Widzicie podchorążowie- rozpasanie na salach żołnierskich się szerzy, są tu tacy pośród was, co to schodzą się do sali po dwóch, trzech, i grają w brydża.

   Ulubionym "konikiem" Belmonda były porządki. Zgodnie z regułą: co musi mieć żołnierz pod łóżkiem? Wiadomo - porządek. No czego jak czego, ale porządku to nigdy podchorążowie nie mieli, a Belmond się na tym znał jak mało kto. Choćby nie wiem jak wyczyścili wszystkie szpary i nawet koce na łóżkach wykrochmalili, to i tak było źle. Tak to już było i koniec. Podczas permanentnych kontroli porządków na salach żołnierskich Belmond zawsze coś znalazł. Każdy z podchorążych miał szafkę nocną z szufladkami, w których przechowywano przybory osobiste, ale .... zgodnie z ustaloną przez Belmonda regułą. Szef uznał, że np. szczoteczce do zębów "należy się leżeć" w górnej lewej przegródce, włosiem skierowanym w prawo, i nie inaczej. Niektórzy za Boga nie chcieli się z tym pogodzić, chcąc zapewne chociaż w szafce z przyborami toaletowymi mieć tę odrobinę prywatności. Nic z tego. Szef konieczność podporządkowania się jego nakazom wytłumaczył obrazowo w sposób następujący:
   - Bo to widzicie podchorążowie, będziecie mieli żonę, a żona jak to żona, czasem w nocy wyrazi zapotrzebowanie, a wy co, podchorążowie? W nocy, w szafce nocnej będziecie grzebać? Nie, wy nie możecie grzebać, wy musicie sięgnąć do szufladki i pewnie namacać te - no co namacać, podchorążowie? - prerogatywy.

   Biada temu, który podczas przemówień szefa nie zachował należytej powagi i zachichotał po kryjomu. Belmond szczególnie był wyczulony na tego rodzaju zachowania, w lot zauważał delikwenta, a nieroztropny podchorąży stawał się jego osobistym wrogiem. Nigdy nie przepuścił żadnemu uśmieszkowi błąkającemu się po obliczu podchorążego. Wszędzie węsząc utajoną kpinę i szyderstwa szef, przechodząc dostojnie wzdłuż szyku, często wykonywał nagły zwrot w tył i lustrował dopiero co miniętych w szyku podchorążych.
   Jednego razu zdarzyło się, że wielkiej poczciwości podchorąży Kazio zaciął się przy goleniu, ale tak jakoś niefortunnie, że krwawienie powstało na czole. To fakt, że raczej trudno się tam zaciąć, ale cóż, zdarzyło się. Kazio szybko zakleił papierkiem krwawienie i biegiem na apel. Papierek przemókł i Kazio wyglądał jak pirat. Nie uszło to oczywiście wnikliwej obserwacji i uwadze Belmonda. Dostojnie przeszedł wzdłuż dwuszeregu, oczywiście za pierwszym razem udając, że nic nie postrzega. Wracając zatrzymał się nagle przed Kaziem i podejrzliwym, syczącym szeptem zapytał:
   - Z kim żeście się podchorąży bili?
   No o co jak o co, ale o bójkę to Kazia nie można było podejrzewać. Ten dusza człowiek zamarł na moment i z trudem wykrztusił:
   - Z nikim, panie sierżancie, zarżłem się przy goleniu.
   Belmond podejrzliwie spojrzał, ruszył kilka kroków do przodu, zatrzymał się, postał chwilę, przemyślał sprawę, po czym błyskawicznie zawrócił i wygłosił tyradę:
   - Wy podchorąży nie oszukujcie szefa, mężczyzna porasta w wielu miejscach, ale nie na czole.

   Jednym z wielu obowiązków podchorążego była punktualność. Nie mogło być mowy o spóźnieniach na wykłady, zajęcia liniowe, stołówkę, do łaźni czy gdziekolwiek. Tak stanowił regulamin, taka była dyscyplina, a podchorążacka brać to przecież przyszli oficerowie. Na co dzień z punktualnością nie było źle. Akademickie życie podchorążych było unormowane we wszystkich prawie obszarach. Stąd wzięło się zapewne powiedzonko: Podchorąży zawsze zdąży.
   Niestety najgorzej było z punktualnym powrotem z przepustek. Już doświadczona Telimena mówiła "Serce nie sługa, nie zna co to pany, przemocą nie da zakuć się w kajdany". Podchorążowie to strasznie kochliwe stworzenia, prawie każdy wzdychał do swojej Heloizy, więc i przepustki były wykorzystywane do maksimum. Belmond, któremu dowódca kompanii poruczył "gospodarowanie" przepustkami, dość niechętnie ich udzielał, robiąc przy okazji ich wydawania swoisty teatr. Prawdziwe tortury przeżywał jednak Belmond gdy się okazywało - zazwyczaj na poniedziałkowym apelu porannym, że oficer dyżurny stwierdził i zapisał spóźnione powroty z przepustek. Spóźnienia zazwyczaj wcale nie były zawinione przez podchorążych, niektórym czas powrotu do akademika determinował po prostu czas przyjazdu pociągu lub autobusu. Nie było to jednak żadnym wytłumaczeniem dla Belmonda.
   Jednego razu, doprowadzony już do rozpaczy z powodu kolejnych sygnałów o spóźnieniach, postanowił drastycznie ograniczyć wydawanie przepustek, chcąc zapewne tym sposobem skończyć z rozpasaniem i brakiem dyscypliny podwładnych. Swój nieutulony ból i wielki gniew postanowił skupić na całkiem spokojnym podchorążym Bartoszewskim, który co prawda permanentnie z przepustek się spóźniał, ale to za sprawą autobusu, nie kursującego niestety punktualnie wg rozkładu, i co najgorsze, nie podlegającego jurysdykcji szefa kompanii. Belmond, chcąc zapewne srodze i przykładowo ukarać tegoż podchorążego całkowitym i absolutnym zakazem wyjścia na przepustki, obmyślił przemówienie. W kolejny feralny poniedziałek, w czasie porannego apelu, szef po raz trzeci przedefilowawszy przed frontem kompanii, nagle się zatrzymał, wykonał zwrot i patrząc groźnie na podchorążych ogłosił:
   - Podchorążowie, przepustki, rozumiecie: za dużo, wszystko, nic. Na przepustki: dwóch, trzech, ewentualnie podchorąży Bartoszewski.

   Sierżant Belmond lubił się napawać swoją władzą, oj lubił. Zgodnie z regulaminem posiadał władzę dyscyplinarną w stosunku do wszystkich podchorążych kompanii akademickiej. Nie była to władza zbyt wielka, ale jak mawiał sam Belmond, wystarczyła aby "nękać niezdyscyplinowanego żołnierza", niezdyscyplinowanego oczywiście w przekonaniu samego szefa kompanii. Podpaść Belmondowi można było za byle co: za uśmieszek na apelu, za "bałagan" w szafce nocnej, za spóźnienie i za wiele innych rzeczy. Unikali go zatem wszyscy jak tyko mogli. Świadom tego stanu rzeczy Belmond wyrobił sobie swoisty sposób "pozyskiwania" ofiar. Często bywało, że po apelu przywoływał do siebie jednego z funkcyjnych - pomocnika dowódcy plutonu, i wydawał dyspozycję:
   - Podchorąży, przygotujcie mi dwóch ludzi do raportu.
  
Raportu oczywiście karnego, ale kogo i za co, tego już Belmond nie raczył mówić, i z czasem podchorążowie losowali, kto tym razem stanie na godzinę lub więcej przed obliczem szefa i będzie wysłuchiwał jego przemyśleń na temat "dyscypliny i porządku w pododdziele".
   Zdarzyło się, że jednego razu po apelu, zdegustowany Belmond wydał polecenie funkcyjnemu:
   - Pomocnik, przedstawcie mi podchorążego - w domyśle oczywiście do raportu karnego, czego już nie raczył jak zwykle dodać.
   Na tak precyzyjne polecenie, rezolutny pomocnik dowódcy plutonu nie stracił rezonu, tylko, jak na dobrze wychowanego młodego człowieka z warszawskiej Pragi przystało, wskazał na stojącego obok w szeregu kolegę i służbiście zameldował:
   - Panie sierżancie, to jest właśnie podchorąży Piłat.
  
Stłumiony, ale wyraźnie słyszalny chichot przebiegł wzdłuż szeregu podchorążych. Gdyby wzrok Belmonda mógł zabijać, nieszczęsny funkcyjny padłby zapewne jak rażony gromem. Całe zajście zakończyło się raportem karnym - tym razem jednak dla pomocnika.

   Belmond bardzo nie lubił aby zadawano mu jakiekolwiek pytania. Wynikało to zapewne z przekonania, że jego działania są tak doskonałe, że nie mogą budzić jakiekolwiek wątpliwości, zaś wydawane polecenia tak precyzyjne, jasne i oczywiste, że nikomu nie może przyjść do głowy aby czegoś nie zrozumieć, czy broń Boże mieć jakieś wątpliwości. Prawdziwe katusze przeżywał jednak w sytuacji gdy podlegli mu żołnierze czegoś chcieli lub o coś pytali. Podchorążowie w lot wyczuli, że to jest słaba strona szefa i postanowili perwersyjnie ją wykorzystać. Wiedzieli, że nic tak nie irytuje szefa jak publicznie zadane pytanie, na które on - zgodnie regulaminem, powinien udzielić odpowiedzi.
   Na zakończenie jednego z przydługich apeli, na którym szef omówił po raz kolejny fatalny stan porządków w salach żołnierskich, totalne rozprzężenie dyscyplinarne, nieprzestrzeganie przepisów mundurowych, itd. itp., Belmond zawiesił głos i dając wyraźnie do zrozumienia że pyta li tylko pro-forma, zapytał regulaminowo, czy aby przypadkiem podchorążowie nie mają jakichś pytań do niego. Zazwyczaj nigdy ich nie mieli, chcąc jak najszybciej udać się do swoich zajęć i nie słuchać dłużej kwiecistych wywodów szefa. Tym razem było jednak inaczej. Jakież było zdziwienie i przerażenie Belmonda, gdy jeden z podchorążych z drugiego szeregu, klepnąwszy regulaminowo poprzednika w ramię, wystąpił krokiem defiladowym przed szyk i zapytał:
   - Panie sierżancie, kiedy otrzymamy logarytmy, bo na innych kompaniach już wydawali?
  
Szefa zamurowało, no bo jak to możliwe, że on nic nie wie o jakichś logarytmach, które na dodatek już gdzieś tam wydawali. Zmieszanie przebiegło przez jego oblicze. Zgodnie jednak ze swoim zwyczajem założył ręce w tył, dostojnie przemaszerował tam i z powrotem przed frontem pododdziału, zatrzymał się przed pytającym i patrząc na niego bazyliszkowym wzrokiem udzielił precyzyjnej odpowiedzi:
   - W swoim czasie podchorąży, w swoim czasie.
  
Logarytmy musieli sobie oczywiście podchorążowie przyswoić sami, na wykładach z matematyki.

   Belmond też potrafił zaskoczyć podległych mu żołnierzy. Bardzo to zresztą lubił. Z przyzwyczajenia bacznie obserwował podchorążych i jeśli mu się coś nie spodobało to zaraz udzielał pouczeń, chcąc wywołać u sprawcy poczucie winy i strach. Zdarzyło się, że jednego dnia zauważył dwóch podchorążych wracających ze stołówki lub biblioteki. Szli sobie alejką roześmiani, a jakże, pasy lekko poluzowane zwisały swobodnie, czapki niedbale przesunięte na tył głowy. Belmond stanął za drzewem i poczekał aż podejdą bliżej. Gdy byli kilka kroków od niego, wyszedł znienacka na żwirowaną alejkę i celując palcem prosto w pierś jednego z podchorążych, głosem zwiastującym głębokie oburzenie zapytał wprost:
   - A was dwóch podchorążowie, to co za jeden?

    Trzeba przyznać, że spod ręki Belmonda "wyszło" wielu oficerów. Niektórzy objęli bardzo eksponowane i odpowiedzialne stanowiska, i jak na jego podopiecznych przystało, doskonale sobie radzą.
   Nie ma chyba jednak takiego spotkania koleżeńskiego byłych podchorążych, na którym nie wspominano by "kwiecistych", osobliwych i niezwykle oryginalnych wystąpień i zachowań niezapomnianego szefa kompanii.

Kazimierz Dymek