Opowiadania


 

Jaki był ich los...

   Wykształciłem się w czasach PRL-u. Tak jak miliony, za darmo. Wystarczyło tylko chcieć. Ten komfort zawdzięczam pokoleniu moich rodziców, któremu to pokoleniu młodość upłynęła w strachu przed okupantem niemieckim, a dorosłe życie w strachu przed władzą ludową i w czasach ograniczenia wszystkiego co możliwe. Odbudowany z ruin wojennych kraj, tysiące nowych szkół, szpitali i zakładów pracy to ich dzieło.
   Wśród milionów bezimiennych bohaterów pracy i odbudowy Polski po II Wojnie Światowej byli też żołnierze Polskiej Armii na Zachodzie, którzy nie bacząc na zagrożenie represjami ze strony władz powrócili do Polski. Nie wybrali może bardziej nostalgicznego, ale jednak lżejszego, dostatniejszego i bezpieczniejszego życia w Anglii, Kanadzie, Argentynie. Za Polskę walczyli w sposób i tam gdzie było to tylko możliwe. Po wojnie swoje siły oddali Polsce, odbudowując ją i rozbudowując dla następnych pokoleń Polaków.
   W czasach realnego socjalizmu Ojciec był dla mnie najbardziej wiarygodnym źródłem wiedzy historycznej, nie tej szkolno-podręcznikowej, tej prawdziwej. To od niego dowiedziałem się, jeszcze jako dziecko, co oznacza data 17 września 1939r, jakiego mordu dokonano na polskich oficerach w Katyniu i lasach koziogórskich, jak władza ludowa "przywracała porządek" w Poznaniu, jak wyglądała "bratnia pomoc" w Budapeszcie. Takie były czasy że ówczesne podręczniki historii o tym milczały, nauczyciele też. Od niego dowiedziałem się również jaki był los żołnierzy, którzy po wojnie uznali, że czas opuścić szeregi Armii Polskiej na Zachodzie i wrócić do Ojczyzny.

   Przed tymi ludźmi, a jest ich niestety coraz mniej, staję dziś na baczność i dziękuję za to co zrobili. Tym ludziom dedykuję, zapisane w pamięci, wspomnienia mojego Ojca, żołnierza 7 Dywizji II Korpusu. Może odnajdą w nich cząstkę historii swojego życia.

   Świt. Nad morzem wstaje nowy dzień, poranna mgła snuje się tuż nad wodą, zaraz opadnie... .
   ORP Błyskawica równo pruje fale Bałtyku. Na horyzoncie majaczą zarysy lądu. Wachta poranna już od godziny na mostku. Sternik prowadzi okręt nowo wyznaczonym przez oficera nawigacyjnego kursem, maszyny pracują całą mocą. Na górnym pokładzie zaroiło się od żołnierzy, rej wodzi rosły Kaszub. Żołnierze pokazują sobie palcami zarysy lądu.
   - Czy to już Polska? -
   - Tak, to Rozewie, tam trochę dalej nad zatoką mój Puck, już dziś zobaczę matkę i ojca! - głośno cieszył się Kaszub.
   Niestety, ani w tym, ani w następnym dniu, nie dane mu było przywitać rodziców.
   Na pokładzie tego okrętu, wraz z innymi, wrócił z Anglii również mój Ojciec. Jedynym ekwipunkiem był żołnierski plecak, strojem - wytarty piechociński mundur, beret, kurtka z dywizyjną naszywką.
   Po ominięciu cypla helskiego maszyny stop - ustała charakterystyczna wibracja pokładu, okręt zwolnił bieg. Z portu wojennego z Gdyni wyszła motorówka straży granicznej. Po kilku godzinach ORP Błyskawica przycumował do nabrzeża obstawionego przez uzbrojone wojsko. Nie było orkiestry. Tak przywitano w Gdyni powracających po latach z Anglii żołnierzy II Korpusu.
   Trudno było podjąć decyzję o powrocie. Do żołnierzy armii gen. Andersa docierały listy od rodzin i emisariusze z kraju. I rodziny i oficjalni przedstawiciele z kraju przedstawiali niewyobrażalny ogrom zniszczeń wojennych. Polska na Was czeka i Was potrzebuje - to hasła z ulotek rozdawanych przez emisariuszy. Apelowano do sumień i serc, informowano że brakuje co prawda wszystkiego, ale najbardziej młodych rąk do pracy. Docierały też niestety i inne pogłoski. Ostrzegały one przed aresztowaniami, represjami i szykanami ze strony nowej władzy. Niektóre z nich wręcz ogłaszały, że nie ma już Polski, że to republika sowiecka.
   Nie zastanawiał się Ojciec długo. Nie umiał i nie potrzebował kalkulować politycznie, w domu czekali na niego rodzice i młodsze rodzeństwo. Ich listy były wystarczającą zachętą. Nie tylko zresztą on miał dość beznadziejnego czekania na coś, co nie mogło się ziścić. Zapewne z tego powodu pojawiła się wśród żołnierzy piosenka:


Choć wino Vermouth ciągle stoi koło nas,
Oby się to skończyło raz... .

   Po zgłoszeniu chęci powrotu do Polski, trafił do obozu repatriacyjnego, gdzie po kilkutygodniowym oczekiwaniu rejs do Liverpoolu, a potem do Gdyni. Dla Ojca bardzo bolesnym i niezrozumiałym było rozstanie z kompanią w której służył. Na odchodnym dowódca pożegnał go słowami: - Idź, nie trzeba nam tu zdrajców sprawy polskiej. - Na co czekał i jaką "sprawę polską" miał na myśli ten oficer - nie wiem, wiem natomiast że nikt nigdy nie interesował się potem losem tego który postanowił wrócić do kraju. Żołnierze gen. Berlinga mieli swój ZBOWID, na zachodzie istniały stowarzyszenia żołnierskie, były władze na uchodźctwie... .

   - Wysypuj wszystko co masz - krzyknął kapral z charakterystycznymi wężykami na sztywnym granatowym kołnierzyku munduru. Takie przed wojną nosili ułani. Ale to nie ułani rewidowali w porcie przybyłych.
   - Tak jest panie kapralu! -
   - Obywatelu kapralu! -
   Z plecaka wypadły dwie konserwy, karton chiesterfildów, dwie czekolady, drobiazgi osobiste.
   - Gdzie broń! -
   - Nie mam, Thomsona zabrali mi już we Włoszech. -
   Kapral sprawdził jeszcze kieszenie, zabrał papierosy i amerykańskie konserwy, resztę pozwolił zebrać z powrotem do plecaka. Bardzo szybko Ojciec zorientował się, że to nie ułan, ale podoficer Urzędu Bezpieczeństwa.
   Przesłuchujący oficer chciał wiedzieć wszystko. Nazwiska i charakterystyki dowódców, struktury organizacyjne oddziałów, rodzaje uzbrojenia, itp. O to samo pytał po kilka razy. Chwila zawahania lub brak odpowiedzi kończyło się wrzaskiem przesłuchującego: - Odpowiadaj, a co, przyjechałeś tu może na przeszpiegi! - Najważniejsza rzecz jakiej się chcieli dowiedzieć to kontakty. Z kim ma się spotkać i co przekazać. Nie pomagało proste tłumaczenie, że tęsknota za domem to było to, co kazało wracać. Wielokrotnie był też pytany jak dostał się do Armii Polskiej na Zachodzie. Być może ta historia uchroniła mojego Ojca od dalszych przesłuchań i szykan. Być może oficer KBW, deklarujący się jako frontowiec, potrafił ocenić czyny młodego człowieka.
   Po kilku dniach przesłuchań komendant UB pozwolił jechać dalej. Nic nie dali na drogę, żadnych pieniędzy, kartek żywnościowych, czegokolwiek - niech sobie dzielny żołnierz Andersa radzi sam. Trzy dni trwała podróż z Gdyni do Krakowa. Pierwszą czekoladę zabrał kolejarz za wpuszczenie do wagonu, drugą zamienił Ojciec za bochenek chleba, gdzieś na obrzeżach Warszawy.
   Do Rzeszy wywieziono Ojca zaraz na początku wojny. Na roboty trafił do Bawarii - w okolice Wangen, blisko jeziora Bodeńskiego. Dużo napisano o morderczej pracy polskich robotników wywiezionych na przymusowe roboty. Ojca to nie ominęło. Wspominał że najgorszym było wstawanie o 3 rano i praca do 11 wieczór. Gdyby nie tradycyjnie obfite i tłuste jedzenie bawarskie, nie byłby w stanie tego przeżyć.
   Prostych Niemców nie wspominał źle. Matka gospodarza - stara bauerka - intuicyjnie rozumiała tragedię młodego człowieka, współczuła, że wojna przygnała go tak daleko od rodziny. Zwykli gospodarze z reguły nie pastwili się na robotnikach, może typowo po niemiecku doceniając ich praktyczną przydatność do prac polowych. Stosunek do polskich robotników odczuwalnie zmienił się po tym, jak w miejscowości Untermooweiler, w kościele na tablicy ogłoszeń pojawił się długi rząd czarnych żołnierskich krzyżyków, z jednym tylko słowem komentarza: Stalingrad.
   Po powołaniu bauera na front, gospodarstwo otoczone zostało opieką i kontrolą lustratora rejonowego. Był nim kontuzjowany major SS, przybyły prosto z frontu wschodniego, gdzie stracił oko i stopę. Szybko zasłyną w okolicy jako zaciekły wróg Polaków i Rosjan. Wielu wysłał do obozu koncentracyjnego lub na śmierć. Egzekucje były publiczne. Zgonionym z okolicy robotnikom przymusowym pokazywano jak Rzesza rozprawia się z niepokornymi. Każda lustracja gospodarstwa, w którym pracował mój Ociec, kończyła się uderzeniem go w nos, tak mocno by polała się krew. Major z dziką radością stwierdzał że bardzo lubi takie zabawy, a nos Polaka idealnie się do tego nadaje. W sierpniu 1944r usiłował kolejny raz się zabawić. Była to jednak ostatnia jego próba. Już nigdy potem nie uderzył żadnego Polaka.
   Po ucieczce z gospodarstwa, Ojciec przez miesiąc przedzierał się do Konstanz w Szwajcarii, idąc nocami wzdłuż brzegów jeziora Bodeńskiego. W dzień ukrywał się po stogach i szopach, nocami maszerował ku granicy szwajcarskiej. Jedynym pożywieniem były owoce z sadów i warzywa z pól. Do ucieczki przygotowywał się od kilku miesięcy. Wg atlasu geograficznego bauera wybrał trasę, nazw miejscowości wyuczył się na pamięć, a oznakowanie dróg już wtedy Niemcy mieli dobre. Decyzję o ucieczce podjął po egzekucji Polaków w Wangen, w lutym 1944 roku. Tam właśnie widział jak skatowany, stojący już na szubienicy skazaniec zdobył się na ostatni okrzyk: "Niech żyje Polska".
   Po kilku miesiącach Ojciec znalazł się w Aleksandrii w Egipcie. W Palestynie dochodził do siebie. Polskę przypominały mu niektóre obejścia żydowskie, po polsku poogradzane płotem, obsadzone kwiatami. Był żołnierzem 21 batalionu 7 Dywizji Piechoty II Korpusu.
   Po zakończeniu wojny stacjonował we Włoszech, skąd powrócił do Polski. Jak tysiące jemu podobnych uznał że trzeba wracać, że jego ręce potrzebne są w kraju.

   Podczas obchodów Święta Wojska w 1998r., przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie, rozmawiałem z oficerami II Korpusu, którzy po wojnie wyjechali do Argentyny i Kanady. Na pytanie dlaczego niektórzy nie wybrali wtedy Polski tylko Argentynę, Kanadę, lub zostali w Anglii, odpowiedzieli mi: "Myśmy się po prostu po ludzku bali". Życie wykazało, że ich obawy niestety nie były bezpodstawne.
   Rodzi się w tym miejscu jednak trudne pytanie, co było większą odwagą: zostać na zachodzie, czy wracać do kraju na niepewny los? Może warto się nad tym głębiej zastanowić.

   Rodzinną wsią Ojca był Rudnik, niedaleko Myślenic. W tamtym czasie szalał terror Urzędu Bezpieczeństwa, który gorliwie stosował zasadę Dzierżyńskiego: lepiej aresztować stu niewinnych, niż pominąć jednego wroga władzy ludowej. Wszędzie szukano podejrzanych, a nowo przybyły z zachodu żołnierz Andersa znalazł się pod ich troskliwą "opieką". Z tego też powodu nie sypiał Ojciec spokojnie. Urodzony na wsi, wyszkolony na zwiadowcę-szperacza - umiał nasłuchiwać odgłosów nocy.
   Zdarzyło się to w jasną księżycową noc, w kilka tygodni po jego powrocie do domu. Śpiącego na sianie Ojca obudziło dziwne zachowanie psów wioskowych, które inaczej niż zwykle wykazywały dziwny niepokój. Po rozsunięciu dachówek, zauważył że od strony Dalinu skokami ku zabudowaniom podąża schylona grupka ludzi. Pod lasem i na polu pozostała czujka ubezpieczenia. To żołnierze, i to doświadczeni. Na pewno nie UB, ci nie potrzebowaliby się kryć. Po kilku chwilach zdecydowane pukanie do drzwi.
   - Staszek uciekoj, przyśli po ciebie - Dziadek zaalarmował Ojca. W tym czasie nocne wizyty UB nie należały do rzadkości.
   - Spokojnie tato, to nie UB-owcy. - Po wyjściu na próg Ojciec zobaczył grupkę młodych uzbrojonych ludzi. Do przodu wysunął się postawny mężczyzna.
   - My z lasu. Ty jesteś od Andersa? -
   - Tak, ja. -
   - Czy masz nam coś przekazać? Kiedy Anders przyjedzie na białym koniu? -
   Nie potrafił Ojciec odpowiedzieć na tak postawione pytania. Chwila konsternacji, po chwili dowódca przybyłych zdławionym głosem poprosił:
   - To daj nam chociaż coś na pamiątkę. -
   Orzełek z koroną, odpięty od beretu, zniknął w dłoni, przybysze rozpłynęli się w poświacie księżyca.
Nigdy się Ojciec nie dowiedział, kim byli ludzie, którzy wtedy go odwiedzili. Może jeszcze żyją? UB nie przesłuchiwało go na tę właśnie okoliczność, co by świadczyło że nie była to ich prowokacja, a leśni kontaktu nie ujawnili.

   Koniec lat 40-tych obfitował w wiele sztandarowych budów. Była nią też Nowa Huta pod Krakowem. Miała dostarczać stal tak bardzo potrzebną zrujnowanej gospodarce, miała również dać pracę i możliwości rozwoju tysiącom młodych ludzi z Małopolski. Dała jedno i drugie. Tylko ten kto mieszkał w chacie krytej strzechą, kto wodę nosił na koromysłach, a do szkoły chodził boso, jest w stanie docenić przytulne mieszkanie w bloku, ciepłą wodę w kranie i praktycznie nieograniczony dostęp do edukacji. Rzesze młodych ludzi przysłowiową biedę galicyjską zamieniło na ludzkie warunki życia i uzyskało niespotykane dotąd możliwości rozwoju i awansu społecznego.
   Hutę budowano w szczerym polu. I znowu daje się dostrzec diametralną odmianę opinii. Kiedyś, w czasach propagandy sukcesów, gloryfikowano jakość produkcyjną i osiągnięcia Huty im. Lenina, a jeszcze nie tak dawno słychać było głosy potępiające sens jej powstania, lokalizację, zastosowane technologie, itp. Nikt nie wspomina, że prości budowniczowie huty gubili buty w błocie, pracowali po 12 godzin, bili rekordy wydajności, nie dostawali ciepłych posiłków. Ojcu i jego kolegom to wszystko było dane. Jednak nie takich jak oni odznaczano orderami, nie takim jak oni przyznawano talony. Obecnie Huta Sendzimira należy do czołowych w Polsce.
   Może warto dziś, w dobie wielkiego bezrobocia, oddać należny szacunek szeregowym budowniczym hut, zakładów, portów. Zbudowali setki tysięcy - jeśli nie miliony- nowych miejsc pracy dla Polaków, mojemu pokoleniu stworzyli warunki do nauki. Najwyższa na to pora, bo jest ich już coraz mniej. Oni nie mówią o swoim poświęceniu i kombatanctwie.
   Zwracam się do tych co mówią i piszą dziś o powojennych losach polskich żołnierzy. Nie zapominajcie i doceńcie również i tych z armii Andersa, którzy nie ulękli się represji, wrócili z zachodu, odbudowywali i modernizowali kraj, kształcili nowe pokolenia, ale nie doczekali się jednak sprawiedliwej oceny, ani kiedyś, ani dziś. Swoi jakby o nich zapomnieli, władza ludowa zawsze im niedowierzała, a oni w rzeczywistości całe swoje życie wiernie służyli tylko Polsce.

Kazimierz Dymek