Opowiadania


 

Potęga Lechistanu

   Okres poprzedzający wstąpienie Polski do NATO to czas intensywnych konsultacji, spotkań i wyjazdów przedstawicieli armii do centrali sojuszu w Brukseli, udział żołnierzy i oddziałów w szeregu ćwiczeniach typu Cooperative, uczestnictwo ludzi nauki w sympozjach i seminariach tematycznych.
   Dane mi było, jako przedstawicielowi instytucji centralnej MON, uczestniczyć w wielu tego typu imprezach. Najbardziej utkwił mi w pamięci wyjazd do Centrum Marschalla - instytucji amerykańskiej - znajdującego się w Garmisch-Partenkirschen w RFN. Odbywało się tam sympozjum zorganizowane w ramach programu: Społeczeństwo Informacyjne Świata. Doświadczenia wojny bałkańskiej i lokalnych wojen w Azji wskazywały na pilną potrzebę opracowania takich metod i technik wzajemnej wymiany informacji między narodami, nacjami, wyznaniami, aby maksymalnie zmniejszyć ryzyko powstawania konfliktów i równocześnie zwiększyć stopień wzajemnego zrozumienia i poznania.
   Trudne to zagadnienie. Podczas obrad dało się wyraźnie odczuć że do niedawna istniał podział polityczny świata, że ZSRR rozpadł się na kilkanaście nowych państw, że nie tak dawno istniał Układ Warszawski. To wszystko kładło się długim cieniem na obradach. W całej tej atmosferze często powracał temat aspiracji do NATO nowych krajów, w tym przede wszystkim Polski.
W obradach uczestniczyli przedstawiciele 27 krajów. Z Europy reprezentowane były prawie wszystkie, przyjechali również przedstawiciele USA i kilku krajów azjatyckich. Jako najstarszy stopniem szefowałem delegacji polskiej. Z tej zapewne racji spotkał mnie zaszczyt, który głęboko utkwił mi w pamięci.
   Trzeciego dnia obrad zorganizowana została oficjalna kolacja. Taka kolacja ma specjalną oprawę, miejsca przy stole są z góry określone, obowiązuje określony strój. Na kilka godzin przed rautem organizatorzy poinformowali mnie, że będę zasiadał przy stole głównym wraz z ambasadorem Stanów Zjednoczonych, oraz przedstawicielami Rosji, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. W ten właśnie sposób Polska została wyróżniona spośród krajów starających się o wejście do NATO.
   Nie potrzebuję chyba mówić że dołożyłem starań aby mundur nie miał najmniejszej zmarszczki, a buty przypominały lusterka. Zgodnie z sugestią na pięć minut przed oficjalnym rozpoczęciem zjawiłem się w foyer restauracji hotelu Dorint.
   Goście zostali przedstawieni oficjalnie, przy stole po mojej lewej stronie zasiadł ambasador USA, po prawej przedstawiciel Ukrainy. Przedstawiciele Wielkiej Brytanii i Rosji siedzieli po lewej stronie ambasadora. Przyznam że miałem świadomość w jakim towarzystwie i w jakim miejscu usadzono mnie przy podwyższonym stole. W towarzystwie przedstawicieli największych potęg militarnych współczesnego świata.
   Ambasador powitał przedstawiciela Polski, kraju który zapewne niedługo dołączy do rodziny Sojuszu Północnoatlantyckiego. Podziękowałem za te kurtuazyjne słowa. Przyszłość pokazała jak blisko prawdy był ambasador. Nie będę ukrywał, radość i duma rozpierały mi serce. Podczas tej kolacji praktycznie nic nie zjadłem.
   Oficjalna część tego typu imprez nie trwa długo. Ambasador wstał, powstali wszyscy i spotkanie potoczyło się dalej w swobodnym tonie. Przy rozstawionych na sali bankietowej stolikach rozpoczęły się luźne rozmowy. Nie ochłonąłem jeszcze po pierwszej części tego spotkania kiedy podszedł do mnie Belg i zaproponował toast: Vival'a Polonge!. Vival'a Belgu'e! - odpowiedziałem.
   - Pamiętamy w Belgii waszych pancerniaków, pamiętamy generała Maczka. W miastach które wyzwalał ulice i szkoły noszą jego imię. -
   Pamiętają, po tylu latach pamiętają. Zrobiło się bardzo sympatycznie. Wspomniał Belg, że - w rocznice wyzwolenia - miejscowości dekorowane są też i flagami polskimi.
   - Czekamy na was w Brukseli, w Kwaterze Głównej NATO - zakończył rozmowę.
   Było to drugie niezwykle przyjemne doznanie tego wieczora. Nie koniec jednak na tym.
  - Jestem Mustafa, nazwisko rodowe El Hatim - śniady oficer sympatycznie się uśmiecha. - Chciałbym zamienić kilka zdań z oficerem armii polskiej. - Po oznakach na mundurze rozpoznałem oficera tureckiego.
   - Z przyjemnością, nasza wspólna historia jest bardzo bogata i długa. Przed wiekami Rzeczpospolita graniczyła z Imperium Otomańskim. Bywały wspaniałe okresy współpracy. -
   - Tak, ma pan rację, sądzę że nadchodzą czasy że ta współpraca i kontakty na nowo będą szerokie i owocne. -
   Turek zaznaczył że jest potomkiem wezyrów, którzy przez całe pokolenia służyli na dworze sułtana jako jego najbliżsi urzędnicy i doradcy. Okazał się pasjonatem historii stosunków polsko-tureckich.
   Chyba najbardziej pamiętacie klęskę, którą zadał wam nasz król Sobieski pod Wiedniem - zagadnąłem.
   - O było ich więcej, ale i wy nieraz ustępowaliście pola - odparował z uśmiechem.
   - W naszej literaturze narodowej mamy monumentalną powieść - Trylogię, która opisuje dość szczególny okres w stosunkach między naszymi krajami. -
   - Znane jest i u nas to dzieło. Autor jednak, wydaje mi się, przemilczał dość istotny wątek. Czy pan wie jaki był jeden z ważnych powodów naszych najazdów na Lechistan? Otóż nie tylko zdobycze terytorialne i rozszerzenie wpływów brano pod uwagę. Jednym z głównych było zdobycie jasyru, przede wszystkim kobiet do haremów. Ambicją każdego paszy było posiadać w swoim haremie przynajmniej jedną Laszkę. Piękne macie kobiety, jasnookie, szerokie w biodrach. Jedną Laszkę wymieniano niejednokrotnie za kilka koni. -
   Zdziwiła mnie taka wypowiedź: albo źle zrozumiałem, albo ten Turek gada coś nie tak. Kobietę porównywać do konia? Widząc widocznie grymas na mojej twarzy zareagował spokojnie:
   - Proszę zrozumieć, mówimy o innych czasach. Wtedy powszechnie kupowano kobiety w Turcji, a konie miały szczególną wartość. Był taki rytuał, że król Polski otrzymywał w darze od sułtana najpiękniejsze rumaki. To dlatego macie dziś wspaniałe hodowle koni arabskich. Faktem jest, że tyko wy Polacy potrafiliście docenić i utrzymać tę rasę koni nie zmienioną. Dziś my kupujemy od was konie, które w prostej linii są potomkami sułtańskich ogierów. Swego rodzaju ewenementem jest również to, że nigdy Polacy nie byli prostymi żołnierzami w szeregach doborowych jednostek piechoty sułtańskiej, mianowicie w janczarach. Urodzeni z Laszek służyli tam, ale jako dowódcy różnych szczebli, ponieważ byli pół krwi Turkami. Okrutne to były czasy, podbite kraje, takie jak dzisiejsza Bułgaria, Mołdawia, Rumunia, płaciły straszliwy haracz - każda rodzina co pięć lat oddawała chłopca przeznaczonego do janczarów. Z czasem jednak oddziały te, a zwłaszcza ich dowódcy, odgrywali coraz większą rolę, aż doszło do przewrotu i obalenia tronu.-
   - To może sarmacka krew dała tu znać o sobie? - Niewykluczone - skitował Turek.
   Powróciłem do dyskusji o wojnach.
   - Czy to prawda, że wezyr Kara Mustafa po klęsce wiedeńskiej otrzymał od sułtana jedwabny sznur? -
   - Tak, prawda, ale to nie koniec historii, historii która dla was Polaków jest szczególnie interesująca. Otóż czując nadchodzący kres życia, stary sułtan wezwał najważniejszych swoich dostojników i przekazał im ostatnią wolę i przestrogi. Jedna z nich brzmiała:
   - Niech na wieki będą przeklęci ci, co zapomną o potędze Lechistanu. -
   Zabrzmiało to mocno. Zapewne klęska wiedeńska mocno wryła się w psychikę władcy imperium.
   - A jak to naprawdę było z pustym fotelem dla polskiego posła? -
   Oficer turecki usadowił się wygodniej i z dużą satysfakcją zaczął opowieść.
   Rzecz miała się w czasach gdy na mapie Europy nie było państwa polskiego. Turcja faktycznie nigdy nie uznała rozbiorów, raz ze względu na tradycyjny respekt dla Polski, drugi raz z powodu ciągłych wojen i sporów z Rosją, chcąc jej w ten sposób okazać, że nie uznaje dokonanych przez nią aneksji terytorialnych.
   W tradycji tureckiego domu panującego już od dawna było zwoływanie audiencji generalnych wszystkich dyplomatów przebywających na dworze sułtana. Audiencjom takim nadawano wielką rangę i oprawę. Jej nadzwyczajność polegała też i na tym, że to panujący przechodził wzdłuż szeregu zebranych, a dopiero potem zasiadał na tronie. Bywało, że ambasadorzy, konsulowie czy posłowie wyjeżdżali wcześniej na konsultacje, aby właściwie wystąpić na takiej audiencji. Rangę tego typu spotkań władcy z korpusem dyplomatycznym podkreślał fakt, że nie odbywały się one regularnie, organizowano je zazwyczaj w sytuacjach szczególnych, np. z okazji intronizacji, wielkich wydarzeń lub rocznic państwowych. Akredytowani przy dworze, i występujący w pełnej gali dyplomaci, zbierali się wtedy w wielkiej sali audiencyjnej, a służby pałacowe już wcześniej ustalały ścisły przebieg audiencji i kolejność powitań.
   - Panujący przechodził wzdłuż szeregu zebranych, witał się i zamieniał lub nie kilka zdań z wybranym dyplomatą. Ważna była kolejność w szeregu i odległość od tronu sułtana. Było to wyznacznikiem stosunków jakie łączyły Turcję z danych krajem. Im bliżej tronu, tym cieplejsze stosunki. -
   - A gdzie ustawiano fotel dla przedstawiciela Polski?-
   - Zapewniam pana że niezbyt daleko od tronu. -
   Ustawiony wcześniej szereg ambasadorów i posłów czekał na sułtana. Po jego pompatycznym wejściu na salę audiencyjną, szef protokołu dyplomatycznego przedstawiał mu kolejno zebranych. Swoim zachowaniem władca demonstrował stosunek tronu do kraju reprezentowanego przez danego dyplomatę. Wskazując pusty fotel - przeznaczony dla przedstawiciela Rzeczpospolitej - szef protokołu spokojnie relacjonował:
   - Poseł z Lechistanu nie przybył. -
   Sułtan zawsze się zatrzymywał, kiwał głową i w milczeniu przechodził dalej. Trzeba przyznać, że to piękna demonstracja uznania dla kraju wymazanego przecież z mapy Europy.
   - U nas istnieje pogląd, że być może Turcja w ten sposób chciała upokorzyć Rosję, demonstrując że nie uznaje jej polityki wobec Polski - zasugerowałem delikatnie.
   - Zapewniam pana że istniał cały arsenał możliwości, aby Rosji to okazać. Sądzę, że pański kraj w pełni na takie traktowanie zasłużył, a poza tym zapewne przestrzegano wskazówek umierającego sułtana. -
   Tak zakończyła się opowieść tureckiego oficera.

   Długo nie mogłem zasnąć tej nocy. Na myśl przychodzi wspaniałe opowiadanie Ksawerego Pruszyńskiego - Trębacz z Samarkandy. Opowiadanie jakżeż zbieżne z opowiadaniem nowo poznanego Turka. Zbyt wiele wrażeń było tego dnia. Tu w sercu Alp, w niemieckim mieście Garmisch-Partenkirschem, w amerykańskim Centrum Marschalla, trzykrotnie byłem świadkiem i bezpośrednim odbiorcą prawdziwych dowodów szacunku i uznania dla Polski.
Dlaczego było mi to dane?
   Refleksja przyszła natychmiast:
   - Jak to dlaczego? Jesteś polskim oficerem - spadkobiercą potęgi Lechistanu.

Kazimierz Dymek