Opowiadania


 

Garnizon Myślenice

    Ciężki był los prostego żołnierza w szeregach cesarsko-królewskiej armii najjaśniejszego pana cesarza Franciszka Józefa I.
Galicja co roku oddawała okrutny haracz w postaci rekruta. Cesarstwo - ogromne w swych granicach - potrzebowało wielkiej armii do obsadzenia nadgranicznych garnizonów, twierdz, fortów. Regulamin służby, oparty na wzorach niemieckich, był niezwykle rygorystyczny. Za najdrobniejsze jego uchybienie groziły srogie represje. Surowość kar przerastała wyobrażenie normalnego człowieka. Kadra oficerska, a byli to przeważnie Austriacy, traktowała prostych żołnierzy jak istoty gorszej kategorii. Szczególnie dotkliwe było to dla rekrutów innej niż austriacka narodowości, w tym Polaków.
   Cesarz, Franciszek Józef I, postrzegany i opisywany skąd inąd jako dobrotliwy staruszek, był znany ze swej niezwykłej wprost dyscypliny. Nigdy nie pobłażał ani sobie, ani swoim podwładnym. Z tego zapewne powodu nie był zwolennikiem zmiany upiornego drylu wojskowego, a już na pewno nie skłaniał się do złagodzenia regulaminu służby i systemu kar. Historycy piszą, że również trudno go było przekonać do wprowadzania modyfikacji w uzbrojeniu i taktyce działania wojska. Jak to się dla Austrii skończyło - wiadomo.
   Rejon Myślenic, podobnie jak cała Galicja, musiał oddać coroczny kontyngent rekruta. Byli to z natury rzeczy, młodzi zdrowi mężczyźni, ale niestety dla wielu z nich służba w CK armii kończyła się kalectwem lub nawet śmiercią. Tak było nawet w czasie pokoju. Wspomniany wyżej dryl, opłakane warunki sanitarne, kiepskie wyżywienie - robiły swoje. Wojna rządzi się swoimi, bardziej brutalnymi regułami. Tak się składało, że znaczna część poborowych z rejonu Myślenic trafiała do pułku artylerii. Wg opowiadań, była to chyba najbardziej upiorna służba. Przestarzałe konstrukcyjnie armaty - konstruowane wg wzorów z połowy XIX w. - były niezwykle ciężkie. Drewniane okute koła, grzęzły po osie przy przemarszach po fatalnych drogach pagórkowatej Galicji. Konie nie dawały rady. Niejednokrotnie tonąc po kolana w błocie żołnierze pchali lawety naprzód.
   Mając to wszystko na uwadze, wielu młodych ludzi unikała poboru, wielu dezerterowało, narażając się na ciężkie retorsje ze strony władz. Z czasem najpopularniejszym sposobem uniknięcia branki była emigracja - wyjazd do Ameryki. Doszło do tego, że burmistrz Myślenic, ponaglany zapewne przez władze zwierzchnie zaniepokojone liczną emigracją ekonomiczno-społeczną, wezwał - nie prosił - Urząd Parafialny w Myślenicach do podjęcia działań zmniejszających masowe wyjazdy. Powoływano się obłudnie na argument troski o wyjeżdżających - narażających się na niepewny los. Może w tych okolicznościach właśnie powstała znana przyśpiewka:

Już kuferek stoi zryktowany,
Już tam stoi na stole,
Wynieś mi go, moja najmilejsza
Wynieś mi go, na pole.

   I wyjeżdżały masy młodych ludzi. Powstała z nich Polonia w USA, Kanadzie, Argentynie. Pozostałych czekał los żołnierza CK armii. Wspominał stary weteran, że głód, wszy, dezynteria były częstymi gośćmi w koszarach. Podczas przemarszów wojacy często próbowali się posilać się u chłopów z mijanych wsi. CK żołnierz kojarzył się jednak zawsze z ciemiężycielem i trudno było wytłumaczyć, że pod austriackim szynelem bije polskie serce. Słowak, Czech czy Ukrainiec, często odpowiadał:

Chleba ne mamy,
Buchtu wam ne damy,
A chowno ne zrete.

   Żołnierz ratował się jednak jak umiał. Jak to u Polaków, ucieczką była piosenka. Twarda, dosadna w słowach, hartująca ducha. Jedną z nich była:

Kiedym hergo, szedł na wojnę,
To uciekoł, hergo, wróg.
Teroz, hergo, mom złote medale,
Ale hergo ni mom nóg.

Te chustecke coś mi dała,
Za onuckem, hergo, wziął.
Żebyś sobie, hergo, nie myślała,
Żem cię, hergo, w sercu mioł.

   Zapewne z konieczności i biedy, żołnierz owijał obolałe nogo chusteczką od ukochanej dziewczyny.

   Od zawsze prowadzenie interesów handlowo-usługowych z wojskiem należało do intratnych. Każdy szanujący się kupiec starał się o długofalowe zamówienia z armii. Tak jest do dziś. Na dostawach dla wojska niejedna wyrosła fortuna.
   Wg literatury (Monografia powiatu Myślenickiego) w roku 1908 w całym powiecie było około 500 przedsiębiorstw handlowych (czasem jednoosobowych). Trzeba przyznać, że to pokaźna liczba. Handlowano przede wszystkim płodami rolnymi i były to spore obroty, bo np. codziennie wywożono ok. 100 kop (6 tys. sztuk) jaj. Rozwój handlu ograniczała jednak skutecznie konieczność transportu towarów do większych ośrodków, np. do Krakowa, co przy bardzo lichym stanie dróg było trudne. Wyraźnie brakowało odbiorcy miejscowego. Dla myślenickich kupców byłoby to idealne rozwiązanie. Dużym i pewnym kontrahentem byłoby wojsko, ale takiego w Myślenicach nie było. Lokalizacja garnizonu w mieście zawsze podnosiła jego rangę. Budowano lepsze drogi, dynamicznie rozwijało się zaopatrzenie i usługi. Pracę i zbyt mieli dosłownie wszyscy, od piekarza do rymarza..
   Był czas że nawet na Wawelu stacjonowały wojska austriackie. Istnieje przekaz mówiący o tym, że poczyniono starania, aby uzyskać dla Myślenic lokalizację garnizonu wojsk CK armii. Decyzja tego rodzaju należała jednak do Wiednia.
   W czasach panowania cesarza Franciszka Józefa najpowszechniej stosowanym środkiem transportu w Galicji były konie i własne nogi. Tylko na dalszych trasach wykorzystywano słabo rozwiniętą sieć kolei. Arystokracja powszechnie używała powozów lub karet. Ten środek lokomocji uwielbiała także żona Franciszka Józefa, cesarzowa Sisi. Nie lubiła nadętego dworu wiedeńskiego i jego drobiazgowych konwenansów. Źle się tam czuła i zapewne dlatego uwielbiała podróże. Zdarzało się, że na górskich spacerach po prostu gubiła ociężałą ochronę. Znana była z nowoczesnych poglądów i zainteresowań. Mając cichą zgodę swojego męża - cesarza na swoje eskapady, korzystała z nich do woli. Podróżowała dużo i szybko, a towarzyszył jej tylko nieliczny orszak.
   Zdarzyło się ponoć, że cesarzowa zatrzymała się na popas w Myślenicach. W tym samym czasie oddział piechoty CK armii, od kilku dni maszerujący do Krakowa, zatrzymał się tam na postój. Odpoczynek miał być dłuższy, aby żołnierze odpoczęli, poprawili oporządzenie i w miarę w dobrej kondycji dotarli do celu. Niektórzy ruszyli do szynków napić się piwa lub gorzałki. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, doszło do sprzeczki czy nawet do bójki z szynkarzem, bo żołnierz, jak to żołnierz, nie zawsze ma czym zapłacić. Awantura skończyła się raportem karnym dla wojaka. Srogi dowódca, chcąc pewnie zdyscyplinować innych, ukarał winowajcę straszliwą karą: słupek. Żołnierza zawieszono głową w dół na czas określony przez przełożonego. Gdy mdlał, oblewano go wodą i wisiał dalej. Los chciał, że ukaranego żołnierza spostrzegła cesarzowa Sisi, która postój swojego orszaku wykorzystała na spacer. Przerażona okrucieństwem kary kazała wezwać dowódcę. Ten służbiście wytłumaczył, że występek żołnierza został ukarany zgodnie z regulaminem dyscyplinarnym CK armii. Oburzona monarchini nakazała przerwanie kary. Okazało się jednak, że było już za późno. Żołnierz zmarł w straszliwych męczarniach. Poruszona do głębi cesarzowa miała ponoć powiedzieć: Niech w tym przeklętym miasteczku nigdy nie stacjonują żołnierze, skoro tego biedaka spotkała tu taka straszna śmierć.
   Po pewnym czasie karę słupka zmodyfikowano: ukarany żołnierz stał na baczność, trzymając przed sobą ciężki karabin w pozycji "prezentuj broń". Podobno Legia Cudzoziemska stosuje do dziś tą karę.
   Myślenice zyskiwały na znaczeniu. Stały się ważnym ośrodkiem administracyjnym, rozbudowano drogi, ustanowiono urzędy, sąd, a nawet więzienie. Garnizon w mieście nigdy jednak nie powstał. Czyżby klątwa cesarzowej miała się spełnić?

Kazimierz Dymek