Opowiadania


 

Poświęcona kula

  Artyleria to królowa wojny. Najstarsze zapiski dotyczące prowadzenia działań bojowych, starć, oblężeń, wspominają o machinach wojennych miotających przedmioty na odległość. Za protoplastę współczesnych armat uznać można katapulty, wyrzucające różnego rodzaju pociski na przeciwnika. Miotano głazy, maźnice zapalające, czasami nawet jeńców wziętych do niewoli. Wszystko to miało na celu osłabić wolę walki przeciwnika. Dziś artyleria to bardzo skomplikowana broń, sterowana komputerowo, precyzyjne lokująca pociski w wyznaczonym miejscu. Bywało że artyleria odgrywała decydującą rolę na polu bitwy.
   Wszystkie armie świata doceniały rolę artylerii. Nasza ma bardzo bogate w tym zakresie doświadczenia. W literaturze narodowej znajdziemy wiele na to przykładów. Któż nie wie że zniszczenie przez dzielnego Kmicica wielkiej kolumbryny uratowało Częstochowę, a powszechnie znana jest historia bohaterskiego kapitana Ordona, którego reduta "... sześć tylko harmat miała..." , ale siała spustoszenie w szeregach rosyjskich: "... Gdy kolumnę od końca do końca przewierci, jak gdyby środkiem wojska przeszedł anioł śmierci ...." [A. Mickiewicz: Reduta Ordona]. Doświadczeni dowódcy rosyjscy przestrzegali młodszych oficerów: ".... Pomnij Ryków kamrat!` Żebyś nigdy na Lachów nie chodził bez armat!'...." [A. Mickiewicz, Pan Tadeusz].
   Chyba najsłynniejszym polskim artylerzystą był gen. Józef Bem. Dowodząc oddziałami artylerii konnej zasłynął w walkach o niepodległość Polski i Węgier.
   Bogatą ma artyleria kartę w historii wojen. Długo by można na ten temat dywagować.
   Niełatwa jest służba w artylerii. Wiedzą to ci którzy pchali działa, godzinami czyścili lufy po strzelaniu, ogłuchli od wystrzałów, ci którzy wymiotowali od gazów prochowych. Nie dla mięczaków armaty.

   Nastał rok 1920. Wojna polsko sowiecka rozgorzała w pełni. Front Północny łamał się pod naporem wojsk Tuchaczewskiego. Okrążano Warszawę. Front Południowy opierał się armiom marszałka Jegorowa. Kilka miesięcy wcześniej na terytorium całego kraju ogłoszono powszechną mobilizację. Wszystkie rezerwy na front. Trzeba za wszelką cenę zatrzymać bolszewika.
W kościele w Głogoczowie, przy bocznym ołtarzu odprawia się cicha msza św. Do mszy usługuje dorosły już mężczyzna. Głowa pochylona nisko, skupiony, modli się żarliwie. Mszę odprawia kanonik, ale nie tutejszy. Zawiadomiony listem przyjechał ze swojej parafii, pożegnać i wyprawić na wojnę swojego siostrzeńca - chrześniaka. Przy każdym obrocie ksiądz z troską spogląda na ministranta. Już jutro jego ukochany Tomasz opuści rodzinny dom. To już kolejny raz. Poprzednio cesarz austriacki pognał go na wojnę wraz z tysiącami młodych Polaków z Galicji. Teraz to wojna o niepodległość Polski. Rozumie to stary kanonik i rozumie to Tomasz. Po mszy ksiądz pobłogosławił młodzieńca, na szyję nałożył medalik, ucałował go i rzekł:
   - Poleciłem cię synu w modlitwie Matce Przenajświętszej, niech cię ma w swojej opiece i ochrania. Weź również i to, ale pamiętaj: możesz go użyć tylko w najwyższej potrzebie, do obrony życia. Jest poświęcony. - Z fałdów sutanny wyjął rewolwer i wręczył go Tomaszowi. Ten ucałował ze czcią rękę kanonika, a rewolwer schował za pazuchę.

   Oficer rekrutacyjny bystro spojrzał na stojącego przed nim poborowego.
   - W wojsku byłeś? -
   - Tak, na wojnie przez dwa lata, w 15 Pułku Artylerii CK Armii. -
   Oficer już wie że ma przed sobą doświadczonego żołnierza, sporządził odpowiednią adnotację - przydział do artylerii ciężkiej.    Podczas rozmowy na stół wypada błyszczący rewolwer.
   - Skąd go masz? - To od wuja kanonika. Dał mi go jak wychodziłem na wojnę. -
   Oficer uważnie obejrzał pistolet. Doskonała broń. Sześciostrzałowy, samopowtarzalny Brauling wzór 1911. Na oksydowanej rękojeści inicjały T P. Bez słów oddał rewolwer.
   Tomasz wkrótce otrzymał przydział do działonu artylerii jako koniowodny. Przy przejmowaniu działa kwatermistrz bezradnie rozłożył ręce.
   - Nie mam koni. Nie mogę więcej dać. Musicie sobie jakoś radzić. -
  
Armatę obsługuje 4 żołnierzy: bombardier-dowódca, koniowodny i dwóch kanonierów. Każdy ma ważne zadania od spełnienia, każdy ma swój zakres odpowiedzialności. Bombardier dowodzi i kieruje ogniem, kanonierzy troszczą się o całość armaty - w czasie prowadzenia ognia donoszą amunicję, koniowodny opiekuje się zaprzęgiem. Ciężka armata składa się z dwóch członów: lawety z działem i solidnego jaszcza na amunicję. Etatowo ciągną taki zestaw 4 konie. Działon Tomasza otrzymał tylko dwa.
   Wyruszyli na front. Ciężki, pagórkowaty teren wyczerpuje siły. Na bardziej stromych podjazdach, podmokłym terenie lub piachu artylerzyści pomagają pchać armatę, żeby choć trochę ulżyć koniom. Nie zawsze jednak dają rady. Często trzeba rozprzęgać jaszcz i przeciągać pojedynczo. Opóźnia to znacznie marsz pułku. A czas nagli, bolszewicy nacierają.
   Forsowny marsz trwa już kilkanaście dni. Po wyczerpującym dniu, pod wieczór konie osłabły całkowicie. Dowódca dywizjonu zarządza postój. Każdy artylerzysta zabiera się za swoje sprawy, jeden sprawdza stan kół i smaruje osie, drugi rozpala ogień i zaczyna warzyć strawę, po łyżce kaszy na głowę, i czarna zbożowa kawa. Tomasz krzątał się koło koni. Zdjął uprząż, przetarł wiechciem siana kark i boki końskie, obejrzał kopyta, zasypał obrok do worków. Lichy ten obrok, owsa tylko po garści, reszta to sieczka. Muszą dojeść trawy z przydrożnego rowu.
   Od strony pobliskich zabudowań podszedł do biwakujących żołnierzy starszy jegomość. Już posunięty w latach, ale czerstwy, postać wyprostowana, błyszczące oficerki do kolan.
   - Niech będzie pochwalony - uchylił czapki. - Na wieki wieków - odpowiedzieli żołnierze i dalej krzątali się koło działa. Mężczyzna podszedł do koni, obejrzał je uważnie, poklepał po zadzie.
   - Sterane, za ciężko pracują - powiedział ze znawstwem. - Ano sterane, powinny być cztery, ale koni brak i te muszą ciągnąć armatę. -
   - Jestem Koniecpolski, - tam to mój majątek, a dokąd Bóg prowadzi? - Za Lwów panie, tam ma być bitwa - poinformował dowódca działonu.
   - Uciekinierzy ze wschodu mówią że tam rzezie i pożogi, dacie rady bolszewikowi? -
   - Na bolszewika mamy armaty. -
  
Pan Koniecpolski przywołał wyrostka który podążał za nim z kobiałką.
   - Pożywcie się panowie żołnierze, przyniosłem trochę domowego jedzenia. Skocz no migiem po furaż - wydał polecenie chłopcu. Po chwili konie otrzymały solidną porcję owsa i wiązkę suszonej koniczyny.
   Artylerzyści z ochotą przystąpili do pałaszowania wiktuałów: pachnącej wędzonki, świeżych konfitur i wspaniałego wiejskiego chleba. Przybyły obserwował ich w milczeniu. Na koniec wyciągnął z kieszeni piersiówkę, z drugiej zestaw myśliwskich kieliszków i nalał dla każdego. Mocna nalewka przyjemnie rozgrzała całe ciało.
   - Mój syn - taki jak wy - zginął w tamtą wojnę koło Przemyśla. Zabili go żołdacy rosyjscy - smutno zaczął wspomnienia pan Koniecpolski.
   - Pamiętam te czasy - odezwał się dowódca działonu - służyłem wtedy w załodze cytadeli. Obsługiwaliśmy działa forteczne. Boje o twierdzę trwały kilka miesięcy. Zginęły tysiące, zarówno naszych jak i Rosjan. Wzięci do niewoli Rosjanie śpiewali:


Car Mikołaj, chatieł wajewat,
Słał sołdaty na Karpaty
Kurwa jego mać.
Kiwiej Pieriemysl, żałko mi tiebia,
Matuszka Rasyja, pabiła tiebia.


   - A nas pchali wtedy z armatami na Bałkany - dodał Tomasz - przez całe tygodnie przedzieraliśmy się przez górzyste tereny Bośni i Hercegowiny. Ludzie marli jak muchy. Konie padały z wycieńczenia. Głód, wszy i zimno. Doszło do tego że zjedliśmy wszystkie nasze konie. We wsiach nic nie można było dostać do jedzenia. Wszędzie wrogo nastawieni chłopi. Słyszeliśmy nieraz: Chleba ne mamy, buchtu wam ne damy, a chowno ne zrete. Na koniec większość zdezerterowała.
  
- Taki był niestety los Polaka pod panowaniem zaborców - westchnął pan Koniecpolski. -Teraz bolszewik chce nam postawić but na karku. -
   Rozmowa ucichła, młodsi żołnierze znużeni całodniowym marszem ułożyli się na legowisku pod działem. Konie raźno chrupały owies. Podniósł się stary pan Koniecpolski i powoli odszedł w stronę dworu.
   Nastał świt. Trąbka zagrała na pobudkę. Rozpoczęto krzątaninę przed wymarszem, zwijano biwak, koniom zakładano uprząż.
   Do działonu Tomasza podszedł znany im już pan Koniecpolski. Za uzdy prowadził dwa konie. Jen krępy kasztan, a drugi to wspaniała dorodna klacz.
   - Wasze konie nie dadzą sobie długo rady. Przyprowadziłem wam swoje. Jak Bóg da pobić bolszewika i będziecie wracać tędy to oddacie. Ten - wskazał na kasztanka - to konik polski, może nie wygląda okazale, ale to wspaniała rasa, niezwykle wytrzymały i niewymagający, byle czym go nakarmicie. A to Siwa, bardzo mądra, najlepszy koń cugowy z mojej stajni. Sama wam poprowadzi zaprzęg. Jak trzeba będzie to i pod siodłem pójdzie jak należy. -
   Nowe konie wprzęgnięto do zaprzęgu i działon raźno podążył w dalszą drogę. Tomasz szybko obłaskawił podarowane mu konie. On - gospodarski syn - dobrze wiedział co dla konia najlepsze, czym można go kupić. Żołnierski, żytni chleb to wspaniały przysmak. Siwa z początku nieufnie spoglądała na nowego woźnicę, ale czując dobrą rękę uspokoiła się i wnet pokazała co potrafi. Tak jak powiedział jej pan, potrafiła prowadzić zaprzęg, omijała dziury i wykroty w drodze, nie szarpała uprzęży. Pozostałe konie szybko się jej podporządkowały. Kasztanek okazał się potulnym i pracowitym koniem.

   Wkrótce osiągnięto rejon walk. Pułk artylerii rozmieszczono na linii wzgórz, tworząc rozciągniętą rubież obrony. Działa ustawiono w wykopanych działobitniach. Jaszcze z amunicją wycofano przepisowo kilkanaście metrów do tyłu, dla bezpieczeństwa. Na przedpolu piechota zaczęła ryć linię transzei i okopów. Zapowiedziano że lada moment może nastąpić atak sowietów. Do przodu wysunięto stanowisko obserwacyjne.
   Natarcie sowietów przyszło szybciej niż się spodziewano. Walka rozgorzała na całej linii frontu. Z punktu obserwacyjnego przesłano komendę: Położyć zaporę ogniową na rubieży 4000. Armaty grają. Huk wystrzałów miesza się z komendami.
Dowódca działonu ustawia celowniki, odpala działo. Kanonierzy donoszą pociski. Tomasz odprowadził konie do niewielkiego zagłębienia. Grzmot wystrzałów wywołał niepokój u zwierząt. Kasztanek ze strachu chowa łeb pod pachę koniowodnego, drży cały, wyraźnie się boi. Siwa patrzy rozszerzonymi oczami na swojego pana, jakby chciała powiedzieć: Chroń nas, nie daj zrobić krzywdy. Klepanie po karku i spokojne słowa robią swoje. Po kilkunastu minutach konie uspakajają się.
   Kanonada trwa już od godziny. Działa rozgrzane, artylerzyści ogłuchli, coraz trudniej nadążać z dostarczaniem pocisków. Należałoby przerwać ogień, dać wytchnienie działonon, ostudzić lufy. Z punktu obserwacyjnego przysłano jednak sygnał: skrócić ogień. Doświadczony artylerzysta rozumie co to znaczy: przerwali się, lada moment dojdą do linii okopów własnej piechoty lub ominą transzeje i zasieki. Ogień wzmaga się. Wszyscy uwijają się jak w ukropie, twarze osmalone dymem, ręce mdleją od ciężkich pocisków. Niestety na nic to wszystko. Sowieci przerwali linię obrony. Działa, jedno po drugim, milkną, nie można razić własnych oddziałów walczących już w bezpośrednim starciu z przeciwnikiem.
   - Przygotować się do walki wręcz - pada komenda.
   Bombardier i Tomasz spojrzeli po sobie, już wiedzą, zaraz nastąpi uderzenie na artylerię. W bezpośredniej walce nie mają żadnych szans. Jeżeli piechota nie zatrzymała natarcia, to oni tym bardziej. Artyleria zawsze jest celem ataku. Wyeliminowanie jej z walki to sukces atakujących, zawsze tak było. Bagnety nasadzono na sztorc.
   - Stajemy plecami do działa! - poucza dowódca niedoświadczonych kanonierów.
   Konnica zaatakowała znienacka, z wielu stron. Działon Tomasza otoczyła grupka jeźdźców. Wełniane czapy, zarośnięte, dzikie twarze, oczy skośne. Ich broń to piki i szable. Po tatarsku zaczęli okrężny taniec śmierci wokół broniących się artylerzystów. Pierwsze ciosy sparowano. Nie pomoże jednak bagnet przeciwko pice. Jeden z kanonierów ugodzony w skroń pada martwy. Bombardier dzielnie odpiera atak dwóch napastników. W końcu pada przebity na wylot. Drugi kanonier widząc śmierć kolegów zrywa się do ucieczki. Nieszczęsny. Po kilkunastu krokach dopada go jeździec, unosi się w siodle i z znad głowy zadaje straszliwe cięcie szablą. Tomasz przyparty do koła armaty stara się unikać ciosów i samemu pchnąć wroga bagnetem. Atakujący widząc że załoga działa praktycznie wybita rozbiegają się po polu szukać następnych. Z Tomaszem walczy jeden, na szczęście nie ma piki, szablą usiłuje zadać cios. Jeździec z dziką pasją naciera koniem na broniącego się, ten odbija ciosy jak może, ale wie że marne są jego szanse. Zmęczony śmiertelną walką nurkuje pod armatę. Solidne koła odgradzają od napastnika, laweta i działo chronią od góry. Bronić się jednak nie można - za mało miejsca, pozostaje tyko unikanie ciosów. Furia i wściekłość ogarnęły bolszewika, nie może dobić jednego Lacha. Na koniec zeskakuje z konia i z wyciągniętą szablą doskakuje do leżącego pod działem Tomasza.
   - Nie zabijaj mnie, ja nic ci nie zrobiłem! - prosi leżący. Dziki wrzask i wyszczerzone zęby są jedyną odpowiedzią. Pozycja i prośba Polaka podniecają go jeszcze bardziej, doskakuje aby dokończyć dzieła zabijania.
   W tym momencie powalony już praktycznie Tomasz słyszy poważny głos wuja-kanonika:
- Pamiętaj, możesz go użyć tylko w obronie życia. -
   Szybko sięga za pazuchę, wyczuwa twardą rękojeść Braulinga, odwodzi kurek, wyszarpuje i pali wprost w pierś czającego się już do sztychu napastnika. Bolszewik pada jak rażony gromem.
   Pogrom artylerii kompletny, załogi wybite, działa wysadzone.
   Atakujący sowieci jako trofeum zabierali przede wszystkim konie. Wszak dla jazdy to zdobycz najcenniejsza. Z jednym nie poszło im jednak łatwo.
   Na grzbiet Siwej usiłuje wskoczyć skośnooki napastnik. Jest brutalny, jego burka przesycona potem, dymem i smrodem wojennym cuchnie strasznie, odór uderza w nozdrza, drażni. Nie jestem dla ciebie, nie będziesz mnie ujeżdżał ty śmierdzący capie. Klacz wykonuje półobrót i całą mocą swego dorodnego zadu uderza - celnie. Z roztrzaskanym kolanem Kazach wali się na ziemię wyjąc z bólu.
   Po bitwie Tomasz pościągał w jedno miejsce poległych, kontuzjowanego bolszewika przywlókł w rejon działobitni. Nagle rżenie konia wzbudziło jego niepokój. - Wrócili, zaraz mnie dobiją - z niepokojem rozgląda się po okolicy. Nieopodal znajoma sylwetka konia, to Siwa.
   - O Boże, wróciłaś, nie zostawiłaś mnie. - Klacz ufnie kładzie łeb na ramieniu Tomasza, rży cicho.
   Pod wieczór zza wzgórz wypada szwadron kawalerii. Na lancach furkoczą proporczyki. To Polacy.
   - No kolego widzę że strasznie was poharatali. Nie zdążyliśmy z odsieczą. To konnica Budionnego, tam za lasem leżą ich trupy, była bitwa, dał Bóg zwycięstwo. - Rotmistrz z uwagą obejrzał pobojowisko, zabrał rannego jeńca i ułani galopem odjechali.

   Bitwa o Warszawę, zwana Cudem nad Wisłą odwróciła losy wojny polsko-sowieckiej. Tomasz ze swoją Siwą podążał dalej, ale w walkach już nie uczestniczyli. Artyleria nie nadążała za cofającym się na wschód frontem.

   Po powrocie z wojny Tomasz przy najbliższej nadarzającej się okazji odwiedził swojego chrzesnego. Stary ksiądz siedział na werandzie, na widok siostrzeńca wstał i szeroko otworzył ramiona. Łzy wzruszenia zrosiły policzki obu mężczyzn.
   Tomasz wyjął z zanadrza rewolwer, z sześcionabojowego magazynka wypadło pięć kul. Poważnie spojrzał w oblicze kanonika. Ten zamyślił się przez chwilę, ujął głowę chrześniaka i rzekł:
- Chodźmy synu do kościoła, pomodlimy się za duszę tego nieszczęśnika. -
  
Powrócił Tomasz do rodzinnej wsi, do Głogoczowa. Długo gospodarował, miał wiele koni. Tak się jednak jakoś składało, że zawsze w jego gospodarstwie była klacz - Siwa.

Kazimierz Dymek