Opowiadania


 

Koń kawaleryjski

   Po odzyskaniu niepodległości w 1918r i zwycięskiej wojnie bolszewickiej, prestiż wojska wzrósł niepomiernie. Pobór rekruta, zwany asenterunkiem był dla młodzieży męskiej swoistym egzaminem życiowym. Odbycie służby wojskowej znacząco podnosiło swego rodzaju wartość społeczną młodego mężczyzny. Dalece poważniej traktowany był np. kandydat na męża, jeśli było wiadomo, że jest "po wojsku". Bywało, że z kilkunastu "stających do asenterunku" z danej wsi lub miasteczka, tylko kilku kwalifikowano jako przydatnych do służby.
   Poborowym idącym do wojska organizowano suto zakrapiane "pożegnania". Przy tej okazji powstawały okolicznościowe przyśpiewki, np.:

A kiedy z wojska wrócę
karabin kupię sobie
i powystrzelam wszystkie panny złe,
a sobie nic nie zrobię.

   Prawdziwą nobilitacją dla poborowego był przydział do ułanów. Nie byle kto tam się dostawał. Może dlatego, że najpiękniejsze karty w historii wojny bolszewickiej zapisała waleczna kawaleria. Dzielna piechota była "szara", a ułani to przecież "malowane dzieci". Kultywowana była tradycja polskiej jazdy i powstały przepiękne, pełne wzruszenia, pieśni bojowe, np.:

Jak to było ładnie,
kiedy do Lublina,
na karkach Moskali
wjechał pan Belina,
wjechał pan Belina.

Warczą karabiny
i świszczą pałasze,
pan Piłsudzki ruszył w pole,
a z nim chłopcy nasze,
a z nim chłopcy nasze.

   Swoisty fason i prawdziwe poczucie humoru nie opuściło kawalerzystów również w czasie pokoju. Każdy pułk ułanów otrzymał kpiąco żartobliwą łatkę, w postaci tzw. "żurawiejki". Te, obowiązkowo dwuwierszowe, fraszki-prześmiewki powstawały zapewne w kasynach oficerskich, gdzie przy grzanym winie towarzystwo zacieśniało kontakty. Nie uchronił się przed tym nawet sławny pułk kawalerii, który pod Jazłowcami stoczył zwycięski bój i powstrzymał natarcie Kozaków z Armii Konnej Budionnego. Otrzymał za to nazwę 11 Pułk Ułanów Jazłowieckich. Żurawiejka dotycząca tego pułku brzmiała:

Hej dziewczyny w górę kiecki,
Jedzie ułan jazłowiecki.

Tradycja ułańska nakazywała używania zwięzłego, acz soczystego języka. Przykładem może być kolejna żurawiejka:

Na przeszkodzie dupa w chmurach,
To jest pułk w Tarnowskich Górach.

albo

Za pogrzebem szarżą leci,
To jest pułk ułanów trzeci.

   Były inne, równie dosadne.
   Ambicją młodzieży męskiej, zwłaszcza tej wywodzącej się ze szlachty ziemiańskiej lub arystokracji, było zostać oficerem kawalerii, oczywiście rezerwy, ponieważ stopień oficerski był bardzo dobrze widziany na salonach. Wielu młodych mężczyzn po ukończeniu studiów wyższych starało się o przydział do Szkoły Oficerów Kawalerii w Grudziądzu. Tam, po odbyciu stosownego szkolenia i praktyki, otrzymywali szlify oficerskie, a następnie zasilali szeregi oficerów rezerwy. Naturalną regułą było, że do Grudziądza trafiali tylko tacy, którzy od dziecka mieli kontakt z siodłem. To w Grudziądzu szlifowali formę niektórzy zwycięzcy zawodów jeździeckich w kraju i zagranicą, wielu uczestniczyło w znanych gonitwach np. Wielkiej Pardubickiej. Nie wystarczyło to jednak kasynowym kpiarzom. Przykleili im łatkę pisząc:

Dupy mają jak z mosiądza,
To ułani są z Grudziądza.

   Ułanom wpajano rzetelność, szacunek do przełożonych, poszanowanie konia. Po odbytym marszu czy ćwiczeniach, zmęczony ułan w pierwszej kolejności czyścił konia, futrował go, konserwował sprzęt. Nawet na jednodniowe wypady kawalerzysta zabierał wszystko co potrzeba ze sobą, łącznie z owsem i kostką siana, które ciasno pakował w juki-troki przy siodle. Stąd zapewne wzięło się przysłowie: Wsadzić/zabrać dupę w troki. Na postoju karmiono konia z ręki. Szacunku do przełożonego uczono w praktyce. W czasie galopu niejeden niedoświadczony ułan wyłamał szyk i wysforował się w przód. Szabla wachmistrza, puszczona płazem, lądowała na pośladkach delikwenta. "Nie wychodź przed gospodarza". To wystarczało za cały komentarz. Być może z tej tradycji kawaleryjskiej wzięło się znane powiedzenie, że: "Należy znać swoje miejsce w szyku".

   Istnieje opowieść o zdarzeniu, które miało miejsce w okresie międzywojennym. Młody porucznik kawalerii w ramach rutynowych ćwiczeń miał odbyć ze swoim szwadronem marsz patrolowy z Suchej Beskidzkiej do Radziszowa. Wyruszono bladym świtem. Szli na wprost. Popas południowy wg marszruty wyznaczono w rejonie skrzyżowania w Jaworniku. Ułani karmili konie z ręki, z pobliskiej studni przynosili wodę. Obok drogi chłop orał pole. Koń człapał powoli, łeb opuszczony, boki zapadłe. Gromada dzieci z zaciekawieniem obserwowała postój szwadronu. Po godzinie oficer zakomenderował: Panie wachmistrzu - ruszamy, ogłosić zbiórkę. Według rozkazu, panie poruczniku! Trębacz do mnie! Wachmistrz z trębaczem stanęli na skraju drogi. Graj na zbiórkę! Błysnęła złota trąbka w ręku trębacza. Tratata, tratata! Po chwili wzdłuż drogi stał już równy szereg koni i jeźdźców. Wachmistrz z zadowoleniem spojrzał wzdłuż szeregu. Dobrze, tak jak uczył, jeden łeb koński, wodze lekko ściągnięte, ułani wyprostowani jak struny. Stanął na czele. Raczej dla zasady niż z potrzeby wydał komendę: Równaaj! Młodsze konie nerwowo zadreptały w miejscu, ale ściśnięte lekko kolanami i poklepane po karku przez ułanów wnet się uspokoiły. Wachmistrz jednym szwungiem wyciągnął szablę z pochwy, skręcił o ćwierć obrotu i przepisowo opuścił wzdłuż strzemienia. Zaraz podjedzie oficer, wtedy zasalutuje i złoży meldunek: Panie poruczniku wachmistrz ... melduje szwadron gotowy do wymarszu! Porucznik spojrzał na szyk, już stoją. Zauważył jednak na końcu szwadronu poruszenie. Co tam się dzieje? Ruszył konia, minął wachmistrza. Ten ani drgnął. Oficer sprawdza szyk, to jego prawo, zaraz podjedzie i wtedy przyjmie meldunek. Zdumiony porucznik spostrzegł, że jako ostatni w szeregu stanął koń z chomontem, za nim chłopski pług. Łeb dumnie podniesiony, chrapy przepisowo rozdęte. Co to znaczy? Na skraj drogi podszedł chłop i miętosząc czapkę, nieśmiało zakomunikował: To mój koń, panie oficerze, uciekł mi z pola. Porucznik natychmiast rozpoznał w zabiedzonej chabecie kawaleryjskiego wierzchowca. Chłopie, skąd go masz i coś ty z nim zrobił? Panie, szwagier kupił go od wojska, a ja muszę orać. Oficer zdecydowanym ruchem sięgnął po portfel, nie licząc wyjął zwitek banknotów i wręczył go chłopu. Kup sobie innego konia. Ja tego zabieram, on już nigdy nie pociągnie pługa. Chłop schował pieniądze, zdjął z konia uprząż. Oficer, nie odbierając meldunku, wyjechał na czoło szwadronu. Za mną marsz! Ułani wykonali zwrot w miejscu. Wyciągnął się szyk pododdziału. Równo anglezując jeźdźcy ruszyli za swoim dowódcą. Wachmistrz w milczeniu obserwował zdarzenie. Z podziwem spojrzał na porucznika, poznać prawdziwego koniarza. Zawrócił konia na koniec szyku. Na widok zabiedzonej szkapiny ścisnęło się serce starego kawalerzysty. Tylko dzieci zauważyły jak ukradkiem otarł łzę. Panie Wachmistrzu, to nie wstyd, taka łza nie przynosi ujmy!
   Powiadano, że sterany koń trafił do pułku, gdzie rozkazem dowódcy wcielono go powtórnie na stan. Otrzymał przydziałowy furaż i miejsce w stajni. Dokończył swoich dni, nie przekazany do rzeźni jak nakazywała reguła.

Kazimierz Dymek