Opowiadania


 

Cud nad Wisłą i Gościbią

   W rocznicę tryumfu polskiego oręża - w dniu 15 sierpnia - obchodzimy święto Wojska Polskiego. Wtedy to, w uroczystość Wniebowzięcia N.M. Panny, przypada rocznica "Cudu nad Wisłą". Ziemia Myślenicka ma również swoich bohaterów z tamtego okresu.
   "Cud nad Wisłą" polegał na zatrzymaniu Armii Czerwonej nacierającej na Warszawę z kierunku północno-wschodniego, związanie wojsk walką, z równoczesnym wyprowadzeniem kontrnatarcia znad Wieprza. To kontruderzenie kierowane na północ miało na celu przerwanie linii łączności i zaopatrzenia, a przede wszystkim okrążenie od wschodu uwikłanych w walkę wojsk sowieckich. Zamierzenia te skończyły się powodzeniem. Natarcie sowieckie załamało się całkowicie, nastąpił totalny i bezładny odwrót. Decydujące znaczenie w całej operacji miała Bitwa Warszawska, która powstrzymała postępujące na zachód oskrzydlające natarcie Armii Czerwonej.
   Bitwa Warszawska określana jest przez historyków wojskowości jako 18-ta co do ważności bitwa w dziejach wojen. Niektóre zagraniczne akademie wojskowe analizę tej właśnie bitwy umieściły w swoich programach nauczania, uznając, że jest to przykład doskonałych posunięć i rozwiązań strategicznych w sytuacji wyjątkowo niekorzystnej, wręcz kryzysowej, a które to posunięcia całkowicie odmieniły dalszy przebieg wojny.
   Zostawmy historykom głębsze analizy oraz oceny postaw i zachowań rządów państw ościennych. Wspomnieć jedynie warto, że pomimo iż działania przeciwko Polsce traktowane były przez ideologów sowieckich jedynie jako etap na drodze do rozniecenia rewolucji komunistycznej w całej Europie, to jednak nie udzielono nam właściwego i oczekiwanego wsparcia, a zwłaszcza w początkowym okresie wojny Polska spotkała się z postawą co najmniej niechętną czy nawet wrogą.
   Bitwa Warszawska to prawie dwutygodniowe zmagania wojsk polskich z przeważającymi siłami sowieckimi. Rejon bitwy to okolice Radzymina, Ossowa i Zielonki - kilkanaście kilometrów na północny-zachód od Warszawy. Stratedzy sowieccy w wojnie z Polską wyróżnili dwa fronty: Front Północno-Zachodni - dowodzony przez Michaiła Tuchaczewskiego i prowadzony na kierunku Smoleńsk-Warszawa-Berlin, oraz Front Południowo-Zachodni - pod dowódzctwem Aleksandra Jegorowa - postępujący na kierunku karpackim. W ramach tego drugiego działała m.in. słynna Armia Konna S. Budionnego. Ze strategicznego punktu widzenia szybkie natarcie wojsk Tuchaczewskiego mogło zakończyć się oskrzydleniem i zajęciem Warszawy, osiągnięciem rubieży zachodnich granic Polski i zamknięciem w kleszcze armii polskich skutecznie stawiających opór na południu kraju. Polscy dowódcy, m.in. gen. Lucjan Żeligowski i Władysław Sikorski, przewidzieli zamierzenia Tuchaczewskiego i zrozumieli zbliżające się zagrożenie. Obrona Warszawy to bój o Polskę, o niepodległość.
   Bitwa Warszawska to wiele dużych operacji i setki lokalnych potyczek i starć. O jednej z takich wspominał z rozrzewnieniem stary kowal ze Sułkowic, ciężko ranny pod Radzyminem, cudem ocalały od śmierci. Kowal Józef do wojska powołany został jeszcze za czasów cesarza Franciszka Józefa. Jako młody czeladnik trafił do kuźni polowej. Gdy wybuchła wojna polsko-sowiecka powołano go do kawalerii, został pokuwaczem i opiekował się polowym warsztatem kowalskim, prawdziwą kuźnią na kołach. W armii, w której była duża liczba koni, a jako środki transportu przeważały wozy i lawety, nie brakowało zajęcia dla niego i innych kowali. Opowiadał, że taki warsztat, to prawdziwe dzieło rzemiosła kowalskiego, mały mocny wóz, komplet narzędzi kowalskich, dwa kowadła, pełny zestaw podków i elementów metalowych. Warsztat podążał wraz z przegrupowującą się kawalerią. Tylko prawdziwy kowal jest w stanie ocenić co to znaczy na postoju okuć konia "na ostro", w czasie zaledwie kilkunastu minut. Kowal Józef z dumą wspominał, że nigdy nie zdarzyło mu się "zagwoździć" konia. Coś takiego było w kawalerii niedopuszczalne i karane przez przełożonych.
   Gdy Józefa powołano na wojnę, jego matka złożyła w intencji jedynaka wotum w kościele w Sułkowicach. Nie mając nic cennego, biedna kobieta złożyła u stóp ołtarza pierwszą, samodzielnie wykutą przez syna podkowę, z nieporadnie wykonanymi jeszcze wykończeniami, modląc się żarliwie o jego pomyślny powrót z wojny.
   Nie pamiętał Józef w jakim pułku kawalerii służył. Nic w tym dziwnego, w tamtym czasie spontanicznie tworzono nowe oddziały z resztek już rozbitych, lub części wydzielonych przez istniejące. Po kilkudniowym marszu oddział kawalerii podkuwacza Józefa znalazł się w rejonie Radzymina. Szwadrony ułanów po krótkim postoju natychmiast skierowano do walki. W obozowisku zostały tabory i szwadrony wsparcia. Kuźnię polową rozwinięto na skraju polany. Wszyscy, zarówno oficerowie jak i szeregowi żołnierze czuli że nastała chwila szczególna, że zbliża się bój o ocalenie wolności, wiary i życia. Tego szczególnego przeświadczenia u polskiego żołnierza nie trzeba było wyzwalać. Patriotyzm wsparty religijnością i wiarą to potęga, z której zapewne żaden ideolog sowiecki nie zdawał sobie sprawy.
   Postój nie trwał długo. Do taborów na spienionym koniu wpadł goniec z rozkazem od dowódcy pułku, polecającym natychmiast organizować obronę.
   - Wszyscy do boju! - to komenda która nakazywała pozostawić wszystko i stanąć w gotowości. Podkuwacz Józef chwycił swój ciężki karabin, nasadził bagnet i pobiegł do szwadronu ckm-mów, gdzie miał z góry ustalony przydział.
   - Taczanki na lewe skrzydło, blokować przesiekę! -
Taczanki to zwrotne mocne wózki z zamontowanymi na nich ciężkimi karabinami maszynowymi, i doczepioną z tyłu biedką amunicyjną. W otwartym terenie niewiele narobią szkody nacierającej kawalerii, ale w wąskim przejściu, np. na przeprawie, dukcie leśnym czy przesiece, to broń straszliwa.
   Konie w galop. Biedki podskakują na wybojach. Błyskawicznie osiągnięto wyznaczony rejon obrony. Droga przez las w lekko zagłębionym wąwozie. Idealne wprost miejsce dla karabinów maszynowych. Szybko wyprzęgnięto konie i wycofano w głąb lasu. Strzelcy nakierowali lufy karabinów na drogę w kierunku spodziewanego ataku, zajęli stanowiska.
   - Zwiad rozpoznać przedpole! -
   Wyznaczony do zwiadu podkuwacz Józef wyjechał kilkaset metrów w przód, gdzie otwierała się kolejna polana po wyrębie. Na jej przeciwległym krańcu dostrzegł, ku swojemu przerażeniu, wyłaniających się z lasu jeźdźców. To oni! Wełniane czapy na głowach, nisko osadzeni na koniach, gnali co sił w kierunku widniejącej przesieki. Józef zawrócił konia ku swoim. Skulił się w siodle bo kule świszczały mu nad głową i grzęzły w gałęziach drzew.
   - Są, jest ich cala chmara! Idą wprost na nas! -
Niebawem, z konieczności zbici w gromadę na leśnej drodze, groźnie wymachując krzywymi szablami, pojawili się nacierający bolszewicy.
   Zagadały szczekliwie dobrze ugrupowane ckm-y. Pierwsi jeźdźcy zwalili się w piach. Kolejni wpadali na nich tworząc kłębowisko. Atak zdawał się być zatrzymany. Kozacy, widząc że szarżą nie dadzą rady, zsiedli z koni i przedzierając się lasem zaatakowali jako piechota. Tu taczanki na nic się nie zdały. Doszło do walki wręcz. Polski piechur uzbrojony w karabin z bagnetem to twardy przeciwnik. Umiejętnie fechtując nie dopuści atakującego do siebie, nie pozwoli zadać ciosu, równocześnie sam rozdając groźne sztychy.
   Opowiadał Józef, że oparty plecami o grube drzewo powalił dwóch, trzeci zadał mu jednak groźny cios w głowę. Krew zalewająca oczy sprowadziła ciemność. Omdlewając pomyślał o matce, która żegnała go płaczem przed kościołem w Sułkowicach. Obudził się w lazarecie.
   - Kolego, dobrze żeś się wreszcie obudził. Bitwa wygrana. Pogoniliśmy bolszewika. Matka Boska nam pomogła. Czy wiesz, że ksiądz Skorupka sam poprowadził jeden atak! -
   Żołnierz z sąsiedniej pryczy radośnie informował o wszystkim rannego podkuwacza z Sułkowic.
Cudem ocalały Józef wrócił do rodzinnej miejscowości. Uradowana matka opowiedziała mu o podkowie pozostawionej w kościele. Młody kowal postanowił wotywną podkówkę oprawić w ozdobną ramkę, poświęcić, i powiesić gdzieś na bocznej ścianie świątyni.
Podkówki jednak nie odnaleziono. Może kościelny ją uprzątnął, a może lśni gdzieś w koronie Przenajświętszej Panienki jako cenny dar od biednej matki, proszącej o ocalenie jedynego syna - prostego polskiego żołnierza?
Cud zdarzył się nie tylko nad Wisłą.

Kazimierz Dymek