Opowiadania


 

Opłatek z Rudnika

   Nastała jesień 1939 roku. Mroczna okupacyjna rzeczywistość położyła się długim cieniem na polskiej ziemi. Nasz kraj znowu wymazano z mapy Europy. Powstała Generalna Gubernia, stanowiąca w planach niemieckich zaplecze siły roboczej dla gospodarki Rzeszy pracującej na rzecz wojny. Na mieszkańców podbitego kraju nałożone zostały duże obciążenia w postaci różnego rodzaju świadczeń i obowiązkowych dostaw.
   Ziemia Myślenicka nie była wolna od tych obciążeń. Już w październiku 1939 roku wydane zostały restrykcyjne zarządzenia. Na każdą wieś nałożono obowiązek dostaw bydła rzeźnego i zboża. Sołtysów zobowiązano do przygotowania list młodych, zdrowych ludzi zdolnych do pracy w Reichu. Jednym z wytypowanych w Rudniku był Stanisław.

   Opisywana historia zdarzyła się w roku 1940 w Bawarii, niedaleko Jeziora Bodeńskiego, u podnóża Alp.
   Te okolice to chyba najbardziej katolicki rejon Rzeszy. Bawaria, Tyrol to bogate w tradycje religijne krainy alpejskie. Wszak w tym rejonie w roku 1812, w miejscowości Oberndorf powstała jedna z najpiękniejszych - jeśli nie najpiękniejsza - kolęda świata: Cicha noc. Twórcami byli katolicki ksiądz Joseph Mohr i Franz Xaver Gruber.
   Niedaleko Wangen, w kościele w miejscowości Untermooweiler, po odprawieniu Bożonarodzeniowej mszy, ksiądz kończył właśnie zdejmowanie szat liturgicznych, gdy do zakrystii weszła cicho starsza kobieta.
   - Grüß Goott - pochwaliła Pana Boga.
   Kapłan zwrócił twarz w stronę wchodzącej i uśmiechając się ciepło odpowiedział:
   - Grüß Goott, Frau Jarde, Grüß Goott. A z czymże to przychodzi pani do mnie w Boże Narodzenie tak zaraz po mszy.
   Kobieta milczała chwilę, aż w końcu wykrztusiła.
   - Przyniosłam Komunię Świętą, którą dał mi Polak pracujący w naszym gospodarstwie.
   Ksiądz zdziwił się niepomiernie. Stojąca przed nim parafianka, to poważna gospodyni z odległego nieco przysiółka Reute, pobożna katoliczka która nigdy nie pozwoliłaby sobie na zawracanie kanonikowi głowy byle czym. Zna ją od lat.
   Frau Jarde gospodaruje na prawie stu hektarach tylko wraz synem. Zaraz po wybuchu wojny przydzielono im robotnika z Polski. Pochodził z Rudnika, niedaleko od Myślenic. Niemcy nie nauczyli się poprawnej wymowy słowiańskiego imienia Stanisław. Mówili po swojemu: Stanislaus. Jemu samemu wcale to jednak nie przeszkadzało. Na początku pobytu bywało bardzo źle. Słaby, młody, ogromnie zestresowany i nie rozumiejący mowy niemieckiej robotnik z Polski nie spełniał oczekiwań gospodarzy. Bauerka rozumiała to po kobiecemu i starała się jak umiała zasymilować młodego Polaka. Jej syn Gebhard wielokrotnie tracił jednak cierpliwość i często gęsto rozmowa z nowym robotnikiem kończyła się krzykiem i poszturchiwaniami. Z czasem stosunki zaczęły układać się coraz lepiej. Czy to z powodu szybkich postępów w nauce języka, czy też z powodu narastającej tężyzny fizycznej, Stanislaus stał się przydatny, wręcz niezbędny w gospodarstwie i zaczął stanowić istotne jego wsparcie. Nie wysługiwali się nim gospodarze, sami bardzo ciężko pracowali, od świtu do nocy. Rozumieli chyba okrutny, niewolniczy los młodego Polaka. Nie okazywali mu jednak szczególnych sympatii, ale nigdy też nie okazali wyniosłości i pogardy, jakże forsowanej przez propagandę niemiecką w tamtym czasie. Byli to prości, ciężko pracujący ludzie, którzy nawet w stosunku do siebie nie byli zbyt wylewni.
   Praca w tak dużym gospodarstwie trwała od świtu do późnego wieczora, w okresie letnim od trzeciej rano do jedenastej wieczór. Gdyby nie tradycyjnie obfite jedzenie bawarskie, trudno byłoby tej pracy podołać. Niebłahe znaczenie miało w stosunkach między starą Niemką a młodym Polakiem ich silne przywiązanie do wiary katolickiej. Tradycyjna, krótka modlitwa przed każdym posiłkiem, niwelowała twarde realia życia codziennego i pozwała - chociaż na moment - tworzyć atmosferę domowego ciepła. Dla Stanisława miało to duże znaczenie.

   - Jak to Komunię - głośno zdziwił się ksiądz - przecież Komunię konsekruję się w czasie mszy w kościele.
   Wyraz bezradności i powagi pojawił się na twarzy Frau Jarde. Powoli wysupłała z zakamarków ubrania białe zawiniątko. Ostrożnie i z nabożnością rozwinęła nakrochmaloną chusteczkę. Ksiądz z powagą przyjrzał się zawartości.
   - Dostaliście to od Polaka. - raczej stwierdził niż zapytał.
   - Tak, wczoraj, po wieczornym obrządku usiedliśmy jak zwykle do kolacji, a że to Wigilia i Boże Narodzenie nazajutrz, to zaśpiewaliśmy z Gebhardem Cichą noc. Nie wiadomo czemu Stanislaus się rozpłakał i dał nam właśnie to.
   Ksiądz zastanowił się chwilę, po czym spokojnie wytłumaczył zatroskanej parafiance, że żadnego świętokradztwa nie popełniono.
   - To nie Komunia, to polski opłatek - rodzaj chleba, którym Polacy dzielą się w czasie uroczystej wieczerzy wigilijnej przed Bożym Narodzeniem. W czasie tej wieczerzy siadają wszyscy uroczyście do stołu i życzą sobie wszystkiego co najlepsze. Gest Polaka ocenić należy jako wyraz serdeczności i szacunku do was, on nie ma tu nikogo bliskiego, a w ich tradycji Wigilia to dzień pojednania i serdeczności. W tym symbolicznym dzieleniu się opłatkiem zawiera się życzliwość do ludzi.
   Bauerka z uwagą i ze skupieniem wysłuchała swojego kanonika i głęboko wzruszona ruszyła ku domowi. Nie bardzo mogła pojąć że ją właśnie - Niemkę przecież - teraz w tych ciężkich czasach wojny, spotkał tak głęboko wzruszający i katolicki, ludzki i ciepły gest serdeczności ze strony Stanislausa, traktowanego przez władze tak okrutnie, a który tak ciężko pracuje dla niej i jej syna. Po powrocie z kościoła długo rozmawiała z nim na ten temat. Stanisław opowiedział jej ze szczegółami o przepięknej polskiej tradycji związanej z Wigilią Bożego Narodzenia. Opłatek wraz z życzeniami otrzymał z rodzinnego domu.
   Tak to w czasie wojny polski opłatek z Rudnika trafił pod Alpy do rodziny niemieckiej.
   Być może to ten opłatek spowodował że zmienił się znacznie status i pozycja polskiego robotnika. Gospodarz Gebhard wystarał się w Arbeitsamt'cie o specjalną przepustkę dla Stanisława. Od tej pory mógł on poruszać się po okolicy sam, a nie jak do tej pory tylko razem z bauerem. W tamtym czasie, a był to rok 1941 - najczarniejszy chyba rok wojny, nawet tak prozaiczny wydawałoby się gest, był dla Stanisława bardzo istotny. Poczuł się pewniej, pozbył się wiecznego strachu przed otoczeniem .
   Czas mijał, a młody Polak bardzo szybko nauczył się języka. Ta umiejętność pozwalała mu potem czytać gazety bauera, słuchać radia, dzięki czemu zaczął orientować się w sytuacji na frontach. Zauważył że racjonalnie myślący Bawarczycy szybko zorientowali się że deklarowane przez propagandę wyrównywanie linii frontu to nic innego tylko odwrót wojsk. Niektórzy z nich - zwłaszcza ci którym zagrażało wysłanie na front - zaczęli narzekać i wymyślać sposoby jak się uchronić od powołania. Bauer Stanisława postanowił się nie żenić - bo jako rolnik, jedyny mężczyzna w gospodarstwie, kontraktujący ogromne dostawy mleka, był regulaminowo zwalniany ze służby wojskowej. Jego stara matka rozumiała postępowanie syna, ale czując zapewne nadchodzący kres swoich dni rada by widziała młodą gospodynię w gospodarstwie.
   Zawsze należy oddać sprawiedliwość prawdzie. Propaganda gebelsowska to jedno, a realia to drugie. Wspominał Stanisław że nie tylko u starej bauerki dostrzegał przyzwoite, ludzkie zachowania i reakcje. To dzięki takim postawom i gestom nie czuł się niewolnikiem, mimo że faktycznie taki los hitlerowskie państwo zgotowało jemu i tysiącom innych. Kobiety niemieckie, jak to kobiety, ciężej przeżywały okropności wojny. To one zostawały same na ogromnych gospodarstwach, to one przeżywały tragedie po śmierci syna, męża, brata. Wojna jest okrutna dla wszystkich, a wojna wywołana przez własny kraj musiała boleć podwójnie. Matki niemieckie nie mogły na to nic poradzić, pozostawała im tylko beznadziejna rozpacz. Po klęsce feldmarszałka Paulusa pod Stalingradem, w tymże samym kościele w Untermooweiler pojawił się długi rząd czarnych żołnierskich krzyżyków, a podczas mszy szloch i łkanie kobiet w czerni był jedyną słyszaną modlitwą. Tylko tam i tak mogły okazać swój ból i rozpacz. Hitler niszczył nie tylko podbite narody.
   W czasie gdy armia niemiecka odnosiła sukcesy na wszystkich frontach, propaganda w Rzeszy wszystko co dobre - kojarzyła z Hitlerem. Nawet ładna pogoda określana była jako: Hitlerswetter. Ukryta opozycja przeciwko reżimowi istniała jednak od początku. Wielu intelektualistów niemieckich opuściło kraj, wielu trafiło do obozów koncentracyjnych. Gdy załamał się front wschodni, gdy ciężkie bombardowania zrównały z ziemią Wilhelmshafen i inne miasta, gdy praktycznie każda rodzina utraciła kogoś bliskiego, nawet zwykli ludzie zaczęli przeklinać upiorną nazistowską ideologię. Von Moldke i von Staufenberg to chyba najbardziej znane postacie opozycji antyhitlerowskiej. Pragmatycznie rozumujący Niemcy pojęli że walka z całym światem doprowadzić może tylko do totalnej katastrofy. Podjęto w końcu działania zmierzające do fizycznego wyeliminowania Hitlera. Nie udało się. Koniec opozycji antyhitlerowskiej był tragiczny - haki rzeźnicze i struny fortepianowe. To także realia tamtych czasów.

*

   Zdarzyło się że Stanisław uległ wypadkowi i w efekcie trafił do szpitala w Wangen. Wspominał że lekarze nie traktowali go gorzej od innych, a średni personel medyczny po cichu wręcz solidaryzował się z prześladowanymi przez władze robotnikami przymusowymi. Podczas pobytu w szpitalu miało miejsce wydarzenie po którym Stanisław i jego koledzy z sali - też Polacy, mogli co najmniej trafić do obozu koncentracyjnego. Otóż na ścianie wisiał portret Fürera, któremu jeden z Polaków dla kawału dorysował sumiaste wąsy, a drugi wydrapał źrenice. Powstała okropna karykatura Hitlera, obiekt ogólnego pośmiewiska. Pech chciał że w tym dniu generalną wizytację szpitala przeprowadził wysoki dostojnik SS. W obecności Oberartza i grupy lekarzy odwiedził również salę Polaków. Już w czasie jego obecności na sali, starsza pielęgniarka, niepostrzeżenie wspinając się na chybotliwe krzesło, w ostatniej chwili zdjęła fatalny portret ze ściany i schowała pod fartuchem. Po zakończeniu obchodu wróciła i ze łzami w oczach powiedziała:
   - Meine Kinder, nie róbcie tego więcej bo was wszystkich do obozu wyślą.
Aby oddać sprawiedliwość prawdzie należy chyba wspomnieć także i takie zachowania Niemców.

   Przyszedł czas że gospodarz Stanisława postanowił się jednak ożenić. Cóż, serce nie sługa, a i stara matka nalegała coraz bardziej. Wesele po bawarsku było huczne. Przy suto zastawionych stołach usiadło wielu gości. Stanisława nie pozostawiono na uboczu, zasiadł przy stole weselnym na równi z innymi. Rozpoczęło się typowo bawarskie biesiadowanie, dużo piwa, wspólne śpiewy, rytmiczne kołysanie. Matka pana młodego poprosiła Stanisława o polską piosenkę. Nie dał się długo prosić. Mając całkiem niezły głos zaśpiewał:

Hej od Krakowa jadę,
W dalekie obce strony
Bo mi nie chcieli dać - hosa dyna
Dziewczyny ulubionej


   Bawarczycy to muzykalny naród, rozśpiewany, od dzieciństwa za pan brat z muzyką. Każda prawie rodzina tworzy małą orkiestrę ludową. Piosenkę Stanisława pierwszy podchwycił akordeonista, bo taka przecież ładna i skoczna melodia. Jeszcze, jeszcze - wołali weselni goście.

Hej szerokim gościńcem
Hej jedzie wóz za wozem
Jak mi cię nie dadzą - hosa dyna
Pojadę hen za morze.

   Po odśpiewaniu kolejnej zwrotki już cała orkiestra grała skocznego Krakowiaka. Na tym niemieckim weselu zagrano jeszcze kilka polskich melodii ludowych.
   Co sprawiło że w ten wojenny, ponury czas, na weselu Niemca zaśpiewał Polak, że siedzieli razem przy jednym stole, zapominając jaka ich dzieli przepaść. Co spowodowało, że jeden zapomniał krzywdy, a drugi odrzucił propagandowe uprzedzenia? A może sprawił to opłatek wigilijny przysłany z dalekiego Rudnika?

   W Reute życie toczyło się dalej. Po ożenku bauera prawie natychmiast powołano go na front. Wszak w gospodarstwie przybyło rąk do pracy. Cóż z tego że młoda gospodyni była brzemienna, że stara bauerka żadnej ciężkiej pracy wykonywać już nie mogła. Machina wojenna działała jeszcze bez zarzutu i potrzebowała ciągle nowych zasobów. Wojna niszczyła także Niemców. Mimo odwołań Gebhard - tak jak inni - poszedł na front. Był to rok 1943. Prości Bawarczycy zaczęli coraz częściej przeklinać Hitlera i jego NSDAP.
   Wzrosła ranga i znaczenie Stanisława, poczuł się po części gospodarzem w niemieckim bauerhofie. To on planował prace, opiekował się inwentarzem, wykonywał główne naprawy. Po polsku zaczął uczyć też Bawarczyków jak mogą oszukać Hitlera. Rozpoczął od odwirowywania mleka. W tamtym czasie wydano kategoryczny zakaz odwirowywania śmietany ze świeżego mleka. Słodka śmietana to prawdziwy rarytas, a dla ciężko pracującego mężczyzny nie ma chyba nic lepszego. Centryfugę - urządzenie do odciągania śmietany - chowali razem z bauerką w szopie. Podczas rutynowej kontroli lustrator zapytał Stanisława czy jest centryfuga w gospodarstwie.
   - Oczywiście że jest, zaraz pokażę - i skierował się do szopy.
   Obserwująca to zdarzenie bauerka zbladła. Jak to, razem oszukiwali a teraz on ją zadenuncjuje? Po chwili z szopy wyszedł Stanisław trzymając w rękach starą, zardzewiałą maszynkę od odwirowywania mleka, którą triumfalnie postawił przed lustratorem. Ten o nic już więcej nie pytał, zaprotokołował co należy i problem centryfugi się skończył. Od tej pory gospodarstwo Stanisława odstawiało mleko co najmniej lekko odwirowane.
   W podobny sposób pozyskiwano mięso. Bauerzy zostali zobowiązani do zgłaszania całego przychówku, co było podstawą do określenia wielkości kontyngentu zwierząt rzeźnych. Stanisław zabudował część obory tak że nic nie było widać. W zabudowanej części urządzono hodowlę zwierząt do uboju na własne potrzeby.
   Tego typu postępowanie budziło u Niemców uznanie dla zaradnego Polaka.

   Wg tradycji polskiej ostania wola umierającego zawsze się spełnia. Do starej bauerki śmierć przyszła pewnego wieczora. Wezwała do siebie Stanisława i ściskając go za rękę wypowiedziała ostatnie słowa:
   - Niech Bóg sprawi abyś wrócił do swojego domu, bo nikt nie ma prawa zabierać matce syna. Niech Hitlera i jego partię piekło pochłonie.
   Po kilku dniach niemieckie radio podało enigmatycznie: - Na Sycylii wylądowały wojska amerykańskie. Jednym z dowódców jest generał Patton. - Czyżby wola umierającej miała się spełnić tak szybko?

   Szala wojny przechylała się na niekorzyść Rzeszy. Coraz to nowe obciążenia nakładano również na niemieckich rolników. Wyznaczeni przez władze lustratorzy obserwowali wszystko: sposób gospodarowania, pracę robotników przymusowych, wysokość plonów i dostawy z gospodarstw rolnych których właścicieli wysłano na front.
   Ostatni raz poznał Stanisław życzliwość prostych Niemców w sytuacji dla siebie wyjątkowej. Rejonowy lustrator, kontuzjowany major SS, znany był w okolicy z wrogiej postawy wobec Polaków. Wielu wysłał do obozu lub na szubienicę. Uwielbiał bić robotników polskich w nos tak mocno aby polała się krew. Jego okrucieństwa bali się nawet sami Niemcy. Swoje sadystyczne upodobania postanowił spełnić tym razem na twarzy Stanisława. Nie udało się. Betonowy zrąb studni okazał się twardszy niż jego głowa, a sam SS-man zawisł na zębach bron wiszących na ścianie stodoły. Młoda bauerka z przerażeniem obserwująca zdarzenie, nie straciła jednak zimnej krwi.
   - Stanislaus, ja muszę powiadomić policję, nie ma innego wyjścia. Bież ten rower i uciekaj.
Opuszczając bauerhof Stanisław zauważył jeszcze, że młoda gospodyni wyrwała ze ściany przewód telefonu, przebiła koła drugiego roweru i pieszo udała się w kierunku Untermooweiler. Do posterunku policji było kilka kilometrów.....

   Spełniła się ostatnia wola umierającej Frau Jarde z małego przysiółka Reute. Hitler się skończył, a Stanisław wrócił do swojej matki do Rudnika, cały i zdrowy.

Kazimierz Dymek