Opowiadania


 

Diabelski Kamień, czyli odtajniona historia Zarośniętego  (opowiadanie z rodzaju szeptanych)

       
      Rozsiane na pogórzu karpackim tu i tam głazy narzutowe, zyskały sobie miano >diabelskie kamienie<. Prawie wszędzie i nie wiedzieć czemu, ich pochodzenie jest tłumaczone jednakowo: oto diabeł dźwigał ogromny głaz, aby go zrzucić na klasztor lub kościół w najbliższej okolicy.
    Jeden z takich głazów znajduje się w okolicach Rudnika i Sułkowic, a drugi nie tak bardzo odległego Szczyrzyca, gdzie już przed wiekami usadowił się zakon cystersów.
    Opowiadanie „przybliża” nieco historię pojawienia się tychże głazów.

    * * *
    
    Od niepamiętnych czasów Zarośnięty rezydował na najwyższym wzgórzu pasma podgórskiego, nazwanego później przez ludzi Pasmem Pisanej, lub Dalina. Miejsce to z daleka wyróżniało się nad krajobrazem, stanowiąc swoisty, naturalny punkt orientacyjny w ogromnej puszczy karpackiej, porastającej kiedyś tereny na południe od dzisiejszego Krakowa.
    Nazwa >Dalin< tak spowszedniała, tak utarła się w potocznym nazewnictwie, że z czasem kartografowie tylko przytaczali na mapach również inne, formalne nazwy geograficzne tego miejsca. To oni wytyczali i wskazywali trasy komunikacyjne dla kupieckich karawan, królewskich poselstw lub kurierów, a zwłaszcza dla przegrupowujących się oddziałów wojskowych.
    Nikt tak naprawdę nie pamięta kiedy u stóp Dalina, nad strumieniami, strumyczkami i ciekami wodnymi pojawiły się najpierw pojedyncze, a potem coraz gęstsze skupiska wiejskich chałup. Chłopi karczowali puszczę, wydzierali ziemi krze i kamienie, zaorywali najpierw małe, a z czasem coraz większe spłachetki ról uprawnych. To również oni i kolejne ich pokolenia urządzały, budowały i reperowały dukty i trakty komunikacyjne, mostki i przejścia nad strumieniami i rzeczkami.
    I takim to sposobem powstały, a potem rozrastały się miejscowości Rudnik, Sułkowice, Harbutowice i inne okoliczne wsie.
    Drugim, i również dominującym nad okolicą naturalnym triangulatorem, było jeszcze wyższe, ale może bardziej nawet odosobnione wzgórze, stanowiące wręcz koronę krainy (Landskrone). To od niego wzięła potem swoją nazwę miejscowość Lanckorona.
    
    To przez te wzgórza właśnie prowadził kiedyś szlak z dalekiego południa na Łysą Górę, miejsca gdzie regularnie odbywały się sabaty czarownic, i dokąd dość często zmierzali piekielscy wysłannicy. Wracali potem uwożąc ze sobą chichoczące wiedźmy.
    Od niepamiętnych czasów na każdym z takich właśnie wzgórz rezydowały biesy, a ich obowiązkiem było świadczenie usług przewodniczych swoim kompanom. Siedząc na stałe w jednym, z góry i dla wszystkich znanym miejscu, w razie potrzeby udzielali temu lub owemu wskazówek, a nawet pomocy. Wiadomo: wysłannik piekieł, którego wysłano na ziemię z jakąś tam misją, nie może się na wszystkim znać, wszystko wiedzieć, a i potrzeby jakieś doraźne mieć może.
    I trwali stróżujący na swoich posterunkach, mniej lub bardziej rzetelnie spełniając powierzone im zadania.
    I tak to przez całe wieki było cicho i spokojnie, ale z czasem służba rezydentów stała się niemiłosiernie regularna, a przez to niewyobrażalnie wręcz nudna. Cóż było jednak począć: służba nie drużba.
    Piekielska zwierzchność też zapadła w błogi stan samozadowolenia i pełnego nieróbstwa. Ot, raz nastawiony mechanizm kręci się dobrze, do piekła regularnie trafiają nowe zastępy dusz, robota się posuwa.
     Spokój ten prysł jednak wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa, erygowaniem lokalnych parafii, a zwłaszcza dynamicznym rozwojem prowincji zakonnych, budową klasztorów i kościołów.
    Obszary swobodnego działania sił piekielskich dość szybko zaczęły się kurczyć, i to znacznie kurczyć. Pod presją tych właśnie okoliczności zwołano naradę ścisłego grona, takiej egzekutywy.
    Po wielu deliberacjach uznano, że trzeba coś z tym zrobić, koniecznie zrobić, bo jeśli jeszcze trochę czasu upłynie, to z czeluści piekielnych nosa wyściubić nie będzie można. W pierwszym odruchu zdecydowano rozesłać na wszystkie strony kurierów patrolujących, w celu dokonania rozpoznania sytuacji.
    I miał Zarośnięty i inni stróżujący pełne ręce roboty informując ich, wskazując drogę i kierunki, oraz puszczając dymy sygnalne tak często, jak nigdy dotąd.
    - Oj, idzie na niepogodę. Lasy na górach parują – mawiali mniej doświadczeni ludzie, ale najstarsi, a zwłaszcza babki zielarki, kiwali tylko głowami z powątpiewaniem.
    - Nie na dysc to się zanosi, oj nie na dysc. To złe się obudziło i swoje sygnały daje. Nie chodźcie teraz do boru – tajemniczo i szeptem ostrzegały gromadki małych dzieci.
    Nie zawsze słuchano starych babek.
    Gdy kurierzy wrócili na powrót w czeluście piekielne, z kopyta przystąpiono do sporządzania rejestrów, zestawień, map, a przede wszystkim do typowania co bardziej zagrożonych na ziemi miejsc.
    Po wykonaniu i tej czynności, na zwołanej przez Najwyższego Zwierzchnika naradzie w próżni zawisła kwestia:
    - Ano wiemy już gdzie i kto nam zagraża. Trzeba, koniecznie trzeba coś z tym zrobić, ale pojawia się pytanie zasadnicze: co zrobić?
    I wtedy jak na komendę pospuszczali swoje kudłate łby, zebrani w sali odpraw szefowie poszczególnych pionów piekielskich. Wszyscy siedzieli przy prezydialnym, wielkim i kamiennym stole, a było ich wcale nie mało. Każdy jakby pogrążył się w głębokiej zadumie, udając jeden przed drugim, a zwłaszcza przed Najwyższym Zwierzchnikiem, że to właśnie głęboka troska o losy piekieł nakazuje mocno skupić się w sobie.
    I trwali w tym milczeniu, ukradkiem tylko spoglądając na siebie, z nadzieją że może któryś coś wreszcie zaproponuje.
    
    W tym samym czasie ponownie marazm i zniechęcenie zapanowało wśród stróżujących na ziemi. Gońców piekielskich nagle zabrakło, atrakcji czy informacji z centrali praktycznie żadnych, a rutynowe dymy sygnalne to przecież nic ciekawego. No jednym słowem tylko płakać, albo kląć. Na Lanckoronie zatem, tak jak i na innych dalej położonych wzgórzach siedziały biesy, nudząc się niekiedy niepomiernie.
    Nie był to dla nich dobry okres służby, oj nie był. Z wielu powodów: nastała iście piekielna nudna, nakaz nie pozwalał ruszyć się delikwentowi z miejsca nawet na krok, ujawnić swojej obecności nie było wolno, mimo że z niejednym z ludzi dałoby się pogadać, czy nawet wejść w komitywę. To było zastrzeżone dla innych, lepiej jakoby wykształconych biesów, a zakaz ukrywania się złamać, no to już koniec, bo kary za to przewidziano srogie.
    - Do diabła z taką dolą. Już lepiej mają ci tam na dole, przy kotłach lub w kopalniach urobku. Tu dupy z miejsca ani ruszyć, a oni mają chociaż do kogo gębę otworzyć – sarkali coraz częściej na swój los.
    Wiedział o frustracjach kompanów Zarośnięty, a to z powodu umiejętności odczytywania z dymów sygnalnych treści, których inni nawet by się nie domyślili. Już sam sposób, intensywność czy częstość dymienia mówił mu wiele.
    On sam ze swojego miejsca na Dalinie, puszczał te sygnały w różnych okolicznościach. Odgórnym nakazem ustalone było, że dymy wysyła się okresowo na znak, że strażnik jest i czuwa, że trwa w gotowości bojowej, że nie został, na ten przykład, wyświęcony i przegoniony. Wysyłano też sygnały dymne doraźnie, w sytuacji uznanej przez rezydenta za uzasadnioną.
    Zarośnięty pozwalał sobie jednak, od czasu do czasu, na takie ponadnormatywne dymienie. Potrafił jak żaden ze stróżujących, układać kłęby dymu w różne kształty typu smugi, pokręcone pasma, obłoczki, kule lub jakieś dziwaczne monstra. Ot tak, dla zabawy. Swojej i okolicznych kompanów.
    - A ten znowu się lalusia – sarkał zgorzknialec siedzący dalej na południe, gdzieś w rejonie Baraniej Góry. – Kiedyś mu się za to do dupy dobiorą – dodawał zawistnie, sam nie umiejąc ani sobie, ani innym uatrakcyjnić nudnego niepomiernie stróżowania.
    Dobrze się spisywał na swoim posterunku Zarośnięty, a centrala nie miała do niego żadnych zastrzeżeń. Wielu biesów, którym przyszło korzystać z jego usług, doceniało bezwzględną gotowość stróżującego, jego uczynność i fachowość, a tacy bliżej z nim zaprzyjaźnieni lub znajomkowie, podkreślali niespotykaną u innych strażników swadę i chęć do pogwarek. Z czasem utarła się o nim opinia:
    - Ee, Zarośnięty to taka poczciwina i gaduła. Gadał by tylko i gadał. Opowiada te swoje ćmoje-boje, ale tak naprawdę, to nikogo by tym nie skusił, ani nie skusi. On się do tego nie nadaje. Wzrusza się losem ptaszków, zwierzątek, sarenkom nogi połamane w łubki wkłada, a raz to podobno nawet dzieci zbierające grzyby przed wilkiem ochronił. Taki tam z niego i dziabeł – gadali niektórzy z lekką ironią.
    Mimo że opinie te docierały do piekielskiej centrali, wszystkim biesom-kurierom wiadomym było, że warto się u Zarośniętego choć na chwilę zatrzymać, przekazać mu co ciekawsze nowinki, a w zamian posłuchać jego historyjek.
    Umiał i lubił Zarośnięty pogadać, a wbrew opinii malkontentów, czynił to arcy ciekawie. Bywało, że czasem to nawet i świeżo nazbieranymi jagodami lub grzybami poczęstował, których miał na swoim wzgórzu pod dostatkiem. Niekiedy było ich tak dużo, że można je było zbierać nawet na leżąco, co też i z upodobaniem czynił, zajadając się do woli, a i spore nieraz zapasy czyniąc na jesienno-zimową porę.
    Z tego to właśnie powodu nadano mu ksywę >Zarośnięty<, bo on sam nie mając chęci chować się do swojej jamy przed ludźmi, na ich widok upodabniał się do otaczających go krzaczków i krzewów, omszałych głazów, czy nawet starej, na pół zbutwiałej karpy obrośniętej mchem. W ten sposób i skutecznie stawał się absolutnie niewidocznym.
    Długo już siedząc na Dalinie i będąc tam jakby na wygnaniu, zawsze ciekaw był wieści z centrali, chciał wiedzieć co słychać w czeluściach, a takoż co na innych posterunkach lub miejscach się dzieje. Najbardziej ciekawiły go jednak losy i kariera tego czy innego, mniej lub bardziej znajomego mu biesa. A w tym akurat zakresie działo się wiele. Jedni awansowali, drudzy upadali, jeszcze innych kierowano na dokształt, lub zgoła do innej piekielskiej roboty. No jednym zdaniem: w sprawach kadrowych działo się ostatnio wiele, a te, jak zwykle, były najciekawsze.
    - Cholera, czyżby o mnie zapomnieli? Przecież ja tu siedzę tak długo, że już nie pamiętam początku mojego stróżowania. Co oni w tych kadrach robią? Co to, nie ma młodszych do takiego ślęczenia w jednym miejscu? – pogadywał coraz częściej sam do siebie.
    Jak każdemu z biesów, marzyło się Zarośniętemu uzyskać certyfikat uprawniający do podpisywania cyrografów na ludzką duszę. Wiedział, że przy takiej robocie potrzebny i spryt, i inteligencja i przezorność. Wiedział też i to, że ryzyko przy tej robocie niepomierne, zwłaszcza w sytuacji gdyby doszło do blamażu, i narażenia interesów piekielskich. Wiedział że coś takiego się zdarzało, i to wcale nie tak rzadko, a winowajca niedopatrzeń był potem zawsze i surowo karany. Wszak cyrograf na duszę to nie tylko z człowiekiem sprawa, ale i jego aniołem stróżem, a z takim to już nie przelewki. Niejeden z kompanów na tym się właśnie przejechał. Oj przejechał. Wszystko to Zarośnięty wiedział, ale chęć >konsumpcji< cyrografu brała górę nad ryzykiem.
    - To nie dla ciamajdów robota – powiedział mu jednego razu i buńczucznie, dopiero co uprawniony absolwent piekielskiej akademii, podążający na swoje pierwsze zadanie.
    Wiadomym dla wszystkich biesów było, że każdy cyrograf to nie tylko punkty do formalnego awansu, ale przede wszystkim powód do osobistej dumy i uznania kompanów. Bez tego ani rusz. Nie ma cyrografów – zapomnij o awansie, lub skierowaniu do innego, ciekawszego zazwyczaj zajęcia.
    Służba w usługowym, co by nie powiedzieć, pionie intendentury piekielskiej, po jakimś czasu całkowicie się Zarośniętemu znudziła, i mimo ryzyka uznał, że chętnie zmieniłby ją na działanie w pierwszej linii. Od przechodzących przez jego punkt na Dalinie kompanów dowiedział się, że może o skierowanie tam do Zwierzchności wystąpić, ale musi to zrobić formalnie, drogą służbową, pisząc stosowne podanie z uzasadnieniem.
    Świadom tej reguły, graniczącej wręcz z dyscypliną, już zamierzał brać się za takie pisanie, ale: po pierwsze nie miał pergaminu - bo mu jedyny arkusz w dziupli starego dębu zbutwiał od wilgoci, po drugie nie miał pióra, a po trzecie i chyba najważniejsze - po długim, bardzo długim okresie stróżowania - po prostu zapomniał proformy.
    Jednego razu pergaminu i pióra użyczył mu nawet któryś z >pierszoliniowców<. Pożółkły nieco arkusz pergaminu co prawda starannie wtedy zwinął i schował, ale pióro - takie gęsie i na końcu ostro zacięte, w pierwszym odruchu obrzydzenia wyrzucił, bo ... bo było na końcu pokrwawione ludzką krwią.
    No i trwał tak Zarośnięty na Dalinie przez całe wieki w stanie ni to oczekiwania, ni to nadziei na odmianę swojego losu. Trwał, a zmiany nieubłagalnie przechodziły obok niego.
    Z nudów zaprzyjaźniał się: a to z sarenką która złamała nogę, a to z lochą której pomagał pilnować rozbrykane stadko warchlaków, a to znowuż z dzikim gołębiem, któremu pomagał kurować się, gdy ten cudem prawie wyrwał się ze szponów dorodnego dalińskiego jastrzębia. Z wieloma zwierzątkami się zaprzyjaźnił.
    Za swój największy sukces uważał jednak Zarośnięty uratowanie dwoje ludzkich dzieci, gdy te zapuściły się głęboko w las i straciły orientację. Widząc że z ostępów leśnych podchodzi do nich coraz bliżej samotny basior, postanowił interweniować. Swoim sposobem upodobnił się wtedy do zmruszałego pnia, i zaczął najpierw pohukiwać, niby że to puchacz obudził się w środku dnia. Widząc że jedynie na dzieciach robi to tylko wrażenie, postanowił działać inaczej.
    - A pójdziesz ty stąd, bestio – syczał na zwierza. – A zostawże ich w spokoju! Dzika sobie upoluj, jakeś taki mądry. No idź mi stąd, ale to już! Tam w potoku wyleguje się w bagnie ten stary odyniec, który łońskiego roku już cię zdziebko pokiereszował. A widzisz go! Dzieci ci się zachciało, ty wyliniała pokrako. Nie pójdziesz ty mi stąd? Ja ci tu zaraz dam!
    I łamał Zarośnięty coraz grubsze konary, i z narastającą pasją ciskał nimi w basiora.
    Słysząc jakieś dziwne trzaski, dzieci zorientowały się, że mimo pogodnego dnia coś nadzwyczajnego w lesie się dzieje i postanowiły wracać. Dłuższy czas szukały drogi, młodsza dziewczynka zaczęła już płakać, ale chłopiec, kierując się na słońce, wyprowadził ją na skraj lasu i żwawo pomaszerowali do nie tak bardzo odległej wsi.
    Piekielscy kamraci opowiadali sobie później, że ponoć stary wilk odgrażał się wtedy bardzo. Krążąc wokół dalińskiego szczytu, co i raz podchodził bliżej, a w księżycowe noce wył podnosząc swój kosmaty pysk ku górze:
    - Ja się tu jeszcze z tobą policzę! Zobaczysz sobie. Popamiętasz ty mnie na wsze czasy – informował Zarośniętego, ale ten w nos mu się tylko śmiał, a leżąc wygodnie wśród bujnych paproci, z lubością wciągał w nozdrza ich świeży zapach.
    - A cóż ten wilk z połamanymi kłami mógł mu zrobić – pokpiwały sobie biesy z politowaniem. - Zarośniętemu? Przecież on pamięta czasy, kiedy tego wilka to jeszcze na świecie nie było.
    - Nie tylko jego, ale i jego pradziadka, a i jeszcze dawniejsze – zakończono dyskusję.
    Nie wiedzieli kompani Zarośniętego co było później.
    Otóż gdy nadeszła ostania godzina na starego basiora, ten resztkami sił przywlókł się na szczyt Dalina, i złożył swój pysk u stóp Zarośniętego. Ten zaś wyszukał kępkę mchu i z niej sporządził poduszkę pod łeb zdychającego zwierza, a w pobliżu położył wiązkę dzikiego piołunu i dziurawca.
    - Niechże ci lżej będzie odchodzić do twojej krainy wiecznych łowów. Zaśpiewam ci teraz to, czegoś mnie kiedyś nauczył.
    I wył Zarośnięty dłuższą chwilę jak najprawdziwszy wilk. Wył, a złowieszcza dla wszystkich melodia niosła się po okolicy.
    Las milczał, bo i drzewa i jego mieszkańcy wyczuli, że oto odchodzi niepodzielny władca Dalina, odchodzi na zawsze. Przez całe lata tu rządził, wielu nauczył respektu, niektórzy bali się go, a nawet truchleli ze strachu.
    Jedynie księżyc, rozjaśniając swoje srebrne i zimne oblicze, beznamiętnie przyglądał się całemu zdarzeniu.
    - Ot, król umiera. Wkrótce pojawi się nowy. Tak było, jest i będzie – i nie zatrzymując się nawet, kontynuował swoją odwieczną wędrówkę po niebie.
    Gdy basior wydal ostatnie tchnienie Zarośnięty umilkł, następnie wykopał głęboki dół, wymościł go jedliną, złożył tam ostrożnie bezładne już cielsko, i przykrył je starannie gałęziami. Dół zasypał ziemią, a na wierzchu poukładał spore głazy.
    - Spij sobie teraz spokojnie. Lisy cię nie wygrzebią i nie porozwłóczą po okolicy.
    Taką to ostatnią przysługę oddał Zarośnięty staremu wilkowi, z którym wielokrotnie się przegadywał i wadził.
    
    Jakkolwiek ciekawe, informacje tego typu nie przysparzały Zarośniętemu uznania u zwierzchności. Nic w tym dziwnego: wszak zawsze zadaniem biesa było chronić piekielski interes, a nie rozpraszać się na ludzkie czy innych sprawy. Niech je sobie załatwiają sami.
    - Co robi Zarośnięty, i jak wywiązuje się ze swoich zadań? – padło jednego razu pytanie w piekielskich kadrach.
    Młodszy referent odnalazł stosowną teczkę, szybko ją przekartkował i prawie natychmiast zameldował:
    - Pełni służbę na Dalinie. Gońcom wskazuje drogę na Łysą Górę, kurierom przekazuje informacje, oddziałom pozyskiwania dusz miejsca lokalnych wojen, napadów, potyczek, zbrodni. Regularnie i bez uchybień wysyła sygnały dymne. Dotarły do nas wieści, że wykazuje objawy zniecierpliwienia, wręcz frustracji uznając, że zbyt długo trwa na tym posterunku. Rozgaduje też kurierom, że ma jakoby jakieś nowatorskie pomysły na pozyskiwanie dusz.
    Naczelnik wydziału kiwnął łbem aprobująco, po czym napisał coś na karteluszku.
    - Dołączyć to do jego teczki.
    
    I mylił się bardzo Zarośnięty myśląc, że jego problemy są istotne.
    Szefowie poszczególnych działów i departamentów piekielskich z niepokojem obserwowali zmniejszający się sukcesywnie napływ nowych skazańców. Podejmowane wysiłki i doraźne działania czasowo tylko poprawiały sytuację, ale na dłuższą metę nie przynosiły rezultatów. Coraz częściej można było też zauważyć jak z nudów piekielskie drużyny albo w cymbergaja grają, albo śpią, albo włóczą się bez celu po korytarzach, lochach i wyziębniętych salach tortur z pustymi, i nie opalanymi kotłami. Niektórzy potworzyli sobie nieformalne grupy kabaretowo-sekciarskie i wymyślali jakieś hocki-klocki i brewerie. Nie wróżyło to dobrze, oj nie. Przecież od zawsze wiadomym było, że służby kontroli wewnętrznej wszędzie mają swoje wtyczki.
    I stało się to, co stać się musiało.
    
    Jednego razu goniec z kancelarii Najwyższej Zwierzchności rozniósł czerwone formularze zawiadomień, których przyjęcie każdy z dyrektorów musiał potwierdzić odciskiem kciuka.
    Niedobrze, pomyślał każdy z nich. Coś takiego oznaczało tylko jedno: odprawę z osobistym udziałem samej Jego Dostojności.
    W wyznaczonym terminie, w niewyobrażalnie wielkiej sali odpraw - refektarzu, przy niewyobrażalnie wielkim, wyszlifowanym na błysk granitowym stole, zebrali się wszyscy wezwani. Za ich plecami, na kamiennych zydelkach cicho usiedli asystenci, każdy trzymając tekę z dokumentami. A nuż Jego Dostojność o coś zapyta?
    Na obliczach wszystkich widać było wyraźną obawę przed tym co nastąpić może. Wielu z przybyłych pamiętało, że tego rodzaju odprawy kończyły się czasem degradacjami, a niekiedy nawet dotkliwymi karami dyscyplinarnymi, czy wręcz zsyłką do koksu, smoły czy nawet siarki. Każdy z dyrektorów miał świadomość, że podstawy do tego to jednak by się znalazły.
    Jedynie Marsupin – szef dyrektoriatu transportowego, beztrosko dłubał wykałaczką w zębach. Gdy na chwilę przerwał, zwrócił się do siedzącego obok:
    - Nie wiesz po co nas tu wezwano?
    - No nie. Ty jak zwykle nie rozumiesz o co chodzi. A może byś tak raz chociaż pomyślał trochę. Za trudne?
    Wzruszenie ramion było jedyną odpowiedzią Marsupina.
    Gdy czas oczekiwania już wszystkim nieco się dłużył, znany ze swej uszczypliwości Belfegor – szef departamentu pozyskiwania dusz, półgłosem zapytał:
    - A długo tak będziemy tu jeszcze bezczynnie siedzieć na tych kamieniach? Hemoroidów, cholera jasna, dostanę.
    Jakby w odpowiedzi na jego kąśliwą uwagę, rozbłysły naraz wszystkie boczne światła, a po krótkiej chwili wkroczył na salę odpraw Jego Dostojność, poprzedzany asystą czterech sekretarzy. Marsowa mina i pionowa krecha na czole nie zapowiadały nic dobrego.
    Dając gestem znak do siadania, Jego Dostojność od razu zażądał raportów z poszczególnych dyrektoriatów.
    Rozpoczęto od pionu intendentury technicznej.
    - Wasza Najwyższa Dostojność – zaczął Papirus, dyrektor odpowiedzialny za produkcję wszelkiego rodzaju papieru, formularzy i blankietów.
    - Widzisz go? Już się podlizuje. Nie potrafi inaczej – mruknął Belfegor do siedzącego obok szefa łączności.
    Udając że nie słyszy, Papirus kontynuował:
    - Zmuszeni byliśmy zatrzymać manufaktury produkujące pergamin.
    - Przyczyna?
    - Zapasy nam narastają Wasza Dostojność, bo za mało podpisuje się cyrografów.
    - Ale to wredna szuja. Już kabluje. Nie da rady bez tego istnieć – sarknął, do żywego dotknięty szef departamentu pozyskiwania dusz. - Lepiej by jakość pergaminu poprawili, bo się na deszczu rozlatuje, a po pięćdziesięciu latach to zostaje prawie proch, i trudno cokolwiek na nim odczytać. Już niejeden nam się przez to wywinął – szeptał dalej do sąsiada.
    - Były skargi na waszą produkcję. Wdrożono zalecenia? – beznamiętnym głosem wtrącił najwyższy zwierzchnik piekieł.
    - Melduję najposłuszniej Wasza Dostojność, że wdrożono wszelkie sugestie, a nawet więcej. Obecnie jakość pergaminu jest bez zastrzeżeń.
    - A gówno prawda – prawie głośno wypalił Belfegor.
    Zebrani naraz pospuszczali łby i zacisnęli wargi, aby nie parsknąć śmiechem i może dlatego żaden z nich nie dostrzegł, że Pitra – asystent dyrektora pionu kadr, prawie nieznacznym ruchem ręki notuje coś w zielonym kajeciku.
    - Aprowizacja – od szczytu stołu padło zimnym głosem kolejne polecenie.
     - Gęsi zeżarły całą zapasową paszę, i trzeba było wybić połowę stad.
    - Przyczyna?
    - Noo, ta sama co już wcześniej tu powiedziano – padła nieśmiała odpowiedź.
    - Huty i kuźnie?
    - Produkcja kotłów zmniejszona o połowę.
    - A przyczyna pewnie znowu ta sama. Czy nie tak?
    Potakujące kiwnięcie łbem było jedyną odpowiedzią.
    - Zasoby opałowe?
    - Melduję, że zapasy siarki, smoły i koksu są już tak duże, że wstrzymaliśmy wydobycie i przerób w co mniej wydajnych kopalniach i koksowniach.
    - Co robią goliaci?
    W tym momencie na sali zapadła prawie grobowa cisza. Wiadomym było, że zastępy goliatów - osobników stukrotnie silniejszych od przeciętnego biesa, zaangażowane są właśnie w kopalniach wydobycia zasobów. Utrzymanie, a zwłaszcza żywienie tych niewyobrażalnych siłaczy, spędzało sen z powiek szefa prowiantury. Ich wydajność pracy zależała przecież od jakości wyżywienia, a i na bunt nie można było sobie pozwolić. Gdyby nie wrodzona tępota umysłowa goliatów, w kopalniach piekielskich już dawno wybuchły by protesty.
    Gdy milczenie trwało już dłużą chwilę, najwyższy zwierzchnik wykrzywił usta, a jego palce zaczęły uderzać rytmicznie w blat kamiennego stołu.
    - Noo, dla zabicia czasu albo śpią, albo grają w cymbergaja – padła nareszcie odpowiedź.
    Wszyscy zebrani skulili się w ramionach i znowu pospuszczali łby, prawie krztusząc się ze śmiechu: Goliaci? I w cymbergaja? Nie, to niemożliwe. Jedynie Pitra nadal coś sobie w zielonym kajeciku notował.
    - Kadry? – wycedził przez zęby Jego Dostojność.
    Szef Pitry – Eksperient, wstał i jąkając się zaczął tłumaczyć.
    - Kadry przeszkalane są systematycznie. Do ludzi wysłani są kusiciele po wszechstronnych dokształtach na naszych piekielskich akademiach. Wysłano zdecydowanie więcej >pierszoliniowców< niż to drzewiej bywało, a z tego co wiadomo z departamentu skarbu, zaopatrzono ich w większe zapasy złotych i srebrnych dukatów. Skutek ich działań, to znaczy ilość pozyskanych cyrografów, niestety znacznie się jednak zmniejszył.
    - Przyczyna?
    - Noo, taka jak już zostało tu powiedziane.
    - Propozycje rozwiązania problemu - padło ostre ni to pytanie, ni polecenie.
    Eksperient zaczął nerwowo wertować leżący przed nim stos kartek i teczek. Trwało to dłuższą chwilę, a wszyscy zebrani, a szczególnie najwyższy zwierzchnik, skupili na nim pytający wzrok. Co on wymyślił? To przecież jego zadanie.
    Z zakłopotanej miny szefa piekielskich kadr wynikało jednak, że albo żaden konkretny pomysł nie urodził się w jego umyśle, albo że został zaskoczony tak prostym przecież pytaniem.
    W tym momencie asystent Pitra podsunął pryncypałowi jakiś karteluch. Eksperient prawie wściekły popatrzył na podwładnego.
    - A nie mógł mu tego dać przed odprawą? Tacy to są, ci asystenci – półgłosem i zjadliwie zauważył Belfegor.
    Wszyscy dyrektorzy piekielskich departamentów w mig się zorientowali, że oto asystent Pitra >rozgrywa< swojego szefa. Rozgrywa w obecności Jego Dostojności.
    Jeszcze Eksperient nie zdążył dokładnie przeczytać karteczki od swojego asystenta, gdy kiwnięcie palcem nakazało przekazać ją do szczytu stołu. Przesuwając po blacie, każdy z dyrektorów usiłował odczytać jej treść. Widząc to jeden z sekretarzy podszedł, i osobiście dostarczył kwitancję Jego Dostojności.
    Ten, w miarę czytania, unosił brwi ze zdziwienia i trzymając w palcach bumażkę obwieścił po chwili rzecz dla wszystkich przerażającą:
    - No tak. Pitra ma rację: znaczne obniżenie efektywności naszych działań, to skutek rażących zaniedbań w nadzorze.
    Jeszcze raz i uważnie prześledził treść kartki, a wszystkim zebranym ciarki poszły po plecach. Wiadomym się stało, że zaraz nastąpią jakieś rozstrzygnięcia.
    Belfegor wbił nienawistny wzrok w Pitrę.
    Wyraźnie wściekły najwyższy zwierzchnik piekieł walnął naraz otwartą dłonią w blat granitowego stołu.
    - Zasiedzieliście się na tych swoich wygodnych i ciepłych posadach! Zasiedzieliście się, i ani wam do łbów kosmatych nie przyszło, aby temu wszystkiemu zaradzić i odpowiednio wcześniej podjąć jakieś skuteczne środki! Przecież to dynamiczny rozwój klasztorów coraz bardziej ogranicza nasze obszary działania. Dlaczego o tym nie meldowano?! Po co istnieją departamenty strategicznego rozpoznania i przewidywania zagrożeń? No po co one są i co robią, pytam!
    Dla wszystkich zebranych stało się jasne, że niejeden z nich wyjdzie z sali odpraw nie jako dyrektor pionu czy departamentu, ale jako zwykły szeregowy diabeł. I oby tylko tak się skończyło. Oby.
    - Ogłaszam naszą decyzję – twardym głosem odezwał się Jego Dostojność, a sekretarze natychmiast otworzyli swoje oprawione w skórę księgi, i chwycili za pióra.
    - Od tej chwili Pitra obejmuje funkcję oberszefa Dyrektoriatu Koordynacji Działań, z bezpośrednim podporządkowaniem pod naszą władzę. Zadania i kompetencje określi sobie sam. Propozycje rozwiązania problemów zamelduje najszybciej jak to możliwe.
    Utworzenie nowego dyrektoriatu zaskoczyło wszystkich, bo czegoś takiego nikt nie pamiętał. Rozrost struktury? Bardziej spodziewali się likwidacji lub łączenia swoich pionów i stanowisk, niż utworzenia nowego. Samo zaś uzasadnienie decyzji było jeszcze bardziej zagadkowe.
    W tym momencie Pitra podniósł swoją niewyobrażalnie wypielęgnowaną dłoń, dając tym sygnał, że prosi o głos.
    - Mów – padła akceptacja najwyższego zwierzchnika piekieł.
    - Wasza Dostojność, zgłaszam pierwszy wniosek: należy zorganizować Brygadion Karny. Goliatów oddelegować z czeluści piekielskich do niszczenia kościołów i klasztorów głazami, a zastąpić ich szwadronami ukaranych. Proponuję, aby na początek każdy z dyrektoriatów utworzył i oddelegował do robót w kopalniach taki właśnie karny szwadron.
    - Ty szujo. Ty podła szujo – nie wytrzymał Belfegor.
    Riposta Pitry była wręcz błyskawiczna:
    - Proponuję Wasza Dostojność, aby pion pozyskiwania cyrografów, jako najliczniejszy i chyba najbardziej zaniedbujący swoje obowiązki, utworzył dwa karne szwadrony.
    Gdyby wzrok Belfegora mógł zabijać, jego adwersarz byłby już nieżywy.
    - Wykonać. O efektach meldować – najwyższy zwierzchnik beznamiętnie zaakceptował wniosek Pitry.
    - Ale, ... będzie bunt – zaprotestował nieśmiało jeden z dyrektorów.
    - To się go uciszy, zwalniając na czas jakiś potępieńców i zlecając im rolę nadzorców. Ich miejsce zajmą nieposłuszni. Już tak kiedyś uczyniono i potem był spokój.
    Na samą myśl co stać się może, zebrani z przerażenia jeszcze niżej pospuszczali łby.
    
    Opuszczając salę odpraw, każdy przeszywał wzrokiem nowo mianowanego oberszefa. Oj, on nam teraz pióra wybierze, że to wybierze. Belfegor, przesuwając się nieznacznie w stronę Pitry, i będąc już w samych prawie drzwiach, wypalił na cały głos:
    - No tak, taka jego mać! Skończyło się jak zawsze: pracowitych i niewinnych ukarać, a patentowanych nierobów i dupowłazów awansować. Pitra zawsze wiedział komu zacząć się kłaniać, a komu przestać się już kłaniać. Znany jest z tego dobrze!
    - Ciiicho – usiłował uspokoić go szeptem któryś z mniej znaczących dyrektorów.
    - Co cicho? Jakie cicho?! A skąd ja - jego mać, wezmę dwa szwadrony ukaranych?! A kto mi będzie pracował? Kogo wyślę w pole?!
    - Dostaniesz nowych – wtrącił Marsupin prawie obojętnie.
    - Jakich nowych?! Skąd nowych? Chyba jakichś palantów z departamentu kadr, gdzie się nigdy i nic nie robiło i nie robi, a tylko pianę bije przekładając papierki z kupki na kupkę. Próbowałeś tam co kiedy załatwić? Jak nie próbowałeś, to weź i spróbuj. Przekonasz się zaraz, jakie tam bęcwały siedzą.
    Eksperient tego nie usłyszał, a wściekły Belfegor nawet się nie zorientował, że wokół niego nagle zrobiło się jakoś tak pusto, że wszyscy jak na komendę odsunęli się gdzieś w bok, a Pitra skrobie coś w swoim zielonym notesiku.
    Każdy z dyrektorów bał się przeraźliwie, aby przypadkiem nie znalazło się tam jego imię. I mieli rację.
    Zgodnie z wydanymi poleceniami, niedługo potem szybko zapełniły się najniższe kazamaty piekieł. Tym razem diabłami-skazańcami.
    Departament opracowań kartograficznych natychmiast dostarczył Pitrze najnowsze mapy, a ten, trzymając swoją niewyobrażalnie wypielęgnowaną dłonią ostro zatemperowany ołówek, zakreślił kółeczka wokół co bardziej dynamicznie działających klasztorów i kościołów. Oznaczało to tylko jedno: zniszczyć.
    Po krótkim czasie goliaci ruszyli w świat, dźwigając na ramionach ogromne głazy.
    
    *
    Po awansie i odejściu Pitry na nowe stanowisko, w departamencie piekielskich kadr nastał istny sądny dzień. O ile do tej pory procedury postępowania kadrowego jakoś tam funkcjonowały, o tyle teraz wszystko po prostu się zawaliło. Nikt nie wiedział gdzie, co i jak się załatwia, jak usystematyzowane są katalogi akt personalnych, jakie obowiązują terminy, gdzie i jakie wysyła się sprawozdania. Wszystko to do tej pory koordynował Pitra.
    Eksperient złapał się za łeb, jak zorientował się ile roboty odwalał za niego osobisty sekretarz, a w zasadzie główny specjalista. Oprócz rutynowych spraw awansowych, lawinowo przybyła ilość skarg odwoławczych, zgłaszanych ustnie i pisanych przez skazanych na roboty w Brygadionie Karnym. Początkowo załatwiano wszystkie odwołania przez ich odrzucenie, a to z powodu wskazania jakichś braków lub uchybień, nawet najmniejszych, które zawsze i w każdym piśmie znajdywano. Zabawa się skończyła, gdy odwołania zaczęli pisać sami kadrowcy, bo i z ich departamentu szwadron ukaranych utworzyć trzeba było.
    Czas naglił, Pitra czuwał, a żaden z dyrektorów na liście skazańców znaleźć się nie chciał. Wiadomo też było, że w tym gorącym okresie Jego Dostojność jest na bieżąco, i o wszystkim szczegółowo informowany.
    Nie tylko dla Eksperienta skończyły się czasy totalnego leniuchowania.
    
    Jednego dnia rzutki asystent nowego oberszefa Dyrektoriatu Koordynacji Działań, dyskretnie zameldował swojemu pryncypałowi:
    - Wasza Zwierzchność, w poczekalni zameldował się szef departamentu kadr.
    Pitra, który już od jakiegoś czasu spodziewał się wizyty swojego byłego przełożonego, przyzwalająco kiwnął głową.
    - Niech wejdzie.
    Eksperient niepewnym krokiem przekroczył próg niezbyt dużego gabinetu. Już na wejściu zdziwił się bardzo jego skromnym, surowym wręcz wyglądem i wyposażeniem. Oprócz gustownego biurka i fotela głównego rezydenta, w gabinecie stało jeszcze jedno tylko proste krzesło, odsunięte nieco na bok. Wrażenie mogły robić jedynie najnowszy model aparatu do łączności wszelakiej, wykonany albo z malachitu lub kości słoniowej, oraz arcygustowny zestaw do pisania. Oprócz zielonego notesu, na biurku Pitry nie leżała najmniejsza nawet kartka.
    - Witam. W czym mogę pomóc? – zagaił gospodarz, a nie podnosząc się z fotela, wskazał swojemu byłemu pryncypałowi drewniane krzesło.
    „Szorstki w obejściu” – pomyślał przybyły, i niepewnie usiadł. Przez dobrą chwilę obydwaj dyrektorzy mierzyli się wzrokiem. Wreszcie Eksperient ujawnił cel wizyty.
    - Trudno u ciebie audiencję uzyskać – rozpoczął, co skwitowane zostało nieznacznym tylko uniesieniem brwi. – Powiedz mi, co zrobiłeś z teczką niejakiego Zarośniętego. Jest nam pilnie potrzebna, bo wpłynął jego raport o przeniesienie. Termin załatwienia sprawy miął, ponaglenie przysłano, a my nic zrobić nie możemy, bo teczki brak. Przekopaliśmy całe archiwum z góry na dół i po skosie i niema. Zabrałeś?
    Wyraźny grymas, ni to zniesmaczenia ni lekkiej pogardy lub politowania, pojawił się na obliczu Pitry. Wpatrując się zimnym i beznamiętnym wzrokiem w Eksperienta, milczał.
    No, no nie mógłbyś po starej znajomości powiedzieć, co stało się z tą teczką?
    Eksperient wyraźnie skonfundowany zrozumiał że albo pokornie poprosi, albo niczego nie załatwi.
    - Powiedz proszę, bo nam łby pourywają za zaniedbania w terminowości załatwiana spraw personalnych – przeszedł na ton prawie że błagalny.
    Pitra powoli położył na blacie biurka swoje niesłychanie wypielęgnowane dłonie, i odchylając się nieco do tyłu spokojnym głosem odpowiedział:
    - O kogo ty mnie pytasz? O jakiegoś Zarośniętego? Taki nie istnieje.
    - Jak to nie istnieje?! – prawie wykrzyknął Eksperient. – Przecież wpłynął jego wniosek o przeniesienie z placówki na Dalinie do departamentu pozyskiwania cyrografów.
    - Na Dalinie nie rezyduje żaden >Zarośnięty<, tylko numer QXP367.
    - A niech to cholera strzeli! To znaczy że nasi kanceliści tego nie wiedzą, bo cały czas szukano teczki Zarośniętego. Czy mógłbyś zapisać mi ten numer, bo nie zapamiętam.
    - Nie trzeba, masz go już na biurku w swoim gabinecie. Powiem ci, po starej znajomości, – wycedził Pitra przez zęby - że ten jakoby Zarośnięty, nigdy cyrografami zajmować się nie będzie. Znajdziesz w jego teczce stosowną kondemnatkę. Kiedyś tam dał się przebłagać chłopu, i zniszczył z trudem i z dużymi nakładami uzyskane od niego zobowiązanie. Coś jeszcze? Bo mam wiele roboty.
    - To znaczy że nie zasłużył sobie na imię, a i nigdy nie awansuje, skoro nie będzie kusił. Pozostanie mu wieczna służba w drugiej linii – Eksperient mówił jakby sam do siebie, powoli wstając z krzesła.
    - W trzeciej – beznamiętnym głosem zakończył spotkanie Pitra.
    
    Zdziwienie Eksperienta jeszcze bardziej wzrosło, gdy w teczce Zarośniętego znalazł glejt – potwierdzony przez samego najwyższego zwierzchnika piekieł, glejt typu testament, stanowiący że wyrok nie może zostać ani anulowany, ani zmieniony.
    - To niespotykane – dziwował się dyrektor departamentu kadr. – To wręcz niesamowite. Przecież nigdy zwierzchność nie zatwierdzała wyroków, zawsze cedując tą sprawę na trybunały odwoławcze. Tu musi być jakieś drugie dno. Swoją drogą ten Pitra ma łeb jak sklep. Żeby tak wszystko pamiętać? Niesamowite.
    Było jasne, że w świetle dokumentów wniosek Zarośniętego zostanie załatwiony odmownie, ale Eksperient postanowił osobiście przebadać całą sprawę, tym bardziej że teczka personalna wnioskującego była cienka, bardzo cienka. Siedząc w gabinecie gadał sam do siebie:
    - Przecież wieczyste zatwierdzenie wyroku ewidentnie uzyskano podstępem. Ot po prostu podsunięto Dostojności bumagę, no a ta zatwierdziła i tak już zostało. Zrobił to zapewne Pitra, bo to on przecież załatwiał wszystkie tego typu sprawy. Tylko po co to zrobił? Czyżby miał coś przeciw Zarośniętemu? Jakąś osobistą urazę? A może chciał go na zawsze usunąć w cień? Jeśli tak, to Zarośnięty musi coś na Pitrę mieć, lub wiedzieć o nim coś specjalnego. Przecież osobiste urazy to jedno z największych uchybień regulaminu współdziałania.
    Naciśnięciem przycisku wezwał swojego najbardziej zaufanego asystenta.
    - Przynieś mi tu natychmiast teczkę Pitry!
    - Teczkę oberszefa Pitry? Ona leży w dziale specjalnym, opieczętowanym i zastrzeżonym.
    - To otwórz i przynieś! Natychmiast. No ruszaj się!
    Głęboko zdziwiony asystent opuścił gabinet swojego szefa, a niedługo potem Eksperient karteluszka po karteluszce, zaczął wertować akta personalne swojego nie tak dawnego podwładnego. Co chwila zaglądał też w akta Zarośniętego.
    - Noo tak. Chyba mam. Nie ma innego wyjścia, tylko trzeba Zarośniętego wziąć na konwejer. Niech nam tu powie co i jak, a potem to już sobie pogadamy z dyrektorem Pitrą.
    Nie do końca przekonany, Eksperient podparł jeszcze brodę, założył nogę na nogę, a na jego czole pojawiła się głęboka rysa. Było to oznaką najwyższej koncentracji .
    Rozmyślania trwały dość długo.
    - Trzeba nam działać. No z taką sprawą nie można dłużej czekać – szef kadr sam sobie ogłosił wynik analizy.
    Po ponownym wezwaniu asystenta, wydał mu polecenia dotyczące Zarośniętego, a obydwie teczki zamknął w swojej osobistej kasie pancernej. Po założeniu kilku pieczęci sięgnął po aparat łączności specjalnej, i wywołał gabinet Belfegora.
    - No co tam? – usłyszał znajomy głos w tubusie.
    - Mam coś – oględnie zakomunikował Eksperient.
    - Serio mówisz?! – głos Belfegora zrobił się natychmiast podekscytowany. – No to dawaj, bardzo jestem ciekaw.
    - No co ty, przez naszą łączność? Spotkajmy się, ale gdzieś poza biurem. Trzeba podjąć kroki, wcześniej sprawdzając pewne rzeczy.
    Wkrótce spotkali się obydwaj dyrektorzy dwóch najważniejszych dyrektoriatów piekielskich i długo, poufnie ze sobą rozmawiali. Na temat Pitry.
    - Skoro jest tak jak mówisz, no to trzeba działać – zakończył Belfegor. - Wysyłaj patrol po tego Zarośniętego, bo być może od niego wszystkiego się dowiemy. No i skończy się nadwładza tego szmaciarza. Skończy się, jakem Belfegor.
    Dyrektorzy uścisnęli sobie dłonie i wrócili do swoich biur.
    
    
    W tym samym czasie Zarośnięty nudził się niepomiernie na swoim posterunku na Dalinie. Regularne puszczanie sygnalnych dymów już tak mu spowszedniało, że czynił to niejako automatycznie, nie spóźniając się ani na chwilkę.
    Nie mając nic konkretnego do roboty zbierał jagody i poziomki, suszył grzyby ponabijane na patyczki, oglądał i słuchał ptaszków igrających w gałęziach drzew, z upodobaniem przyglądał się młodym sarenkom lękliwie poznającym świat.
    - Ty sobie uważaj na wilka lub rysia. Już niejednego z waszych na moich oczach schrupali – syczał i trząsł gałęziami drzew, chcąc tym samym wzbudzić jeszcze większą czujność u leśnej młodzieży.
    Troszcząc się zwyczajowo o innych, sam jednak zaczął popadać w coraz większy niepokój. Przesłane do centrali pismo o przeniesienie do pionu >pierszoliniowcow<, jak na razie nie doczekało się odpowiedzi, mimo że regulaminowy czas rozpatrzenia go dawno już minął.
    Zarośnięty był pewien, że jego petycja nie zawiera żadnych uchybień formalnych, a to z powodu że tak naprawdę została napisana przez kuriera z departamentu kadr, który akurat zatrzymał się na Dalinie na odpoczynek. Usługa co prawda kosztowała cały koszyk poziomek, no ale nie dało się inaczej. Na odchodnym kurier – oblizując się smakowicie, powiedział, że pismo dostarczy bezpośrednio do kancelarii departamentu, a i przypilnuje aby zainteresowany jak najszybciej odpowiedź uzyskał.
    Czas mijał, a odpowiedzi nie było.
    - Ty, no co tam u was w centrali się dzieje? – zapytał jednego razu kolejnego gońca, rutynowo przebiegającego przez szczyt Dalina. - Śpicie czy co? No opowiedz że coś. Ja tu siedzę jak kołek i już mi to zbrzydło.
    Goniec, podsuwając Zarośniętemu kartę kontrolną do zatwierdzenia że był na jego posterunku, nawet zwyczajowo nie usiadł, tylko od razu zapytał o kierunek dalszego marszu.
    - Ty lepiej siedź tu sobie cicho. Masz pojęcie co się u nas teraz dzieje? Szwadrony karne potworzyli, i za najmniejsze uchybienia lądujesz tam bracie. Na a potem to albo do siarki, albo do smoły, a jak masz szczęście, to do koksu. Chcesz tam trafić? No to się dalej wychylaj z tymi swoimi wnioskami. Przecież każdemu z naszych coś za kołnierzem znaleźć można. I tobie też znajdą. Radzę ci jak komu dobremu: siedź tu sobie spokojnie na dupie, ogon pod siebie podwiń, a łba nie wychylaj. A teraz bywaj. Muszę się spieszyć, bo nam wszystko skrupulatnie sprawdzają i zaraz mi wynajdą, że zbyt długo u ciebie popasałem. Teraz, to już bracie nie to co było kiedyś, kiedy się szło na ziemię jak na wycieczkę.
    - To ja o niczym nie wiedziałem. Myślałem, że to opóźnienie z udzieleniem odpowiedzi to takie zwykłe, standardowe wręcz zaniedbanie obowiązków. No ale z tego co mówisz, to rzeczywiście ciężkie czasy dla was nastały. Weź chociaż trochę poziomek, w tym roku nad wyraz obrodziły – i Zarośnięty podsunął kurierowi wypełnioną po brzegi kobiałkę.
    Ten zaczerpnął pełną garścią, pospiesznie przełknął, a po odejściu kilku kroków odwrócił się i wypalił na odchodne:
    - Dla nas? Ty o sobie pomyśl. Po jaką cholerę pisałeś ten gówniany wniosek o przeniesienie! Z dyrektoriatu pozyskania cyrografów wyznaczono dwa, nie jeden jak z innych, szwadrony karne. Załapiesz się tam jak nic, bo przecież starych wyjadaczy nie wyznaczą. Pomyśl dobrze, coś ty sobie najlepszego nawarzył. Pomyśl, dopóki masz jeszcze czas.
    Nie zatrzymując się dłużej, goniec z centrali śmignął w dół ku Rudnikowi i tyleś go widział.
    
    Po usłyszeniu tak okropnych wieści z piekielskiej centrali, Zarośnięty prawie struchlał.
    Dla każdego z biesów i od zawsze wiadomym było, że za rażące uchybienie obowiązków, na ten przykład za osobiste i zbyt bliskie, bezpośrednie kontakty z ludźmi, trafić można było do kopalni i hut. Skazańcy, pospołu z zatrudnionymi tam goliatami, uzyskiwali materiały potrzebne dyrektoriatowi tortur. Najsurowiej karano za kontakty z kobietami. Nawet >pierszoliniowcy<, w obawie przed uwiedzeniem, bali się ich jak ognia, preferując podpisywanie cyrografów z chłopami.
    Widmo karnego pobytu w kopalniach siarki lub smoły, a nawet w podziemnych koksowniach – dymiących stale kraterami wulkanów, powodowała u wszystkich dreszcze i drętwienie skóry na karku.
    No i pojawił się Zarośniętemu problem:
    „A jak mnie do takiego karnego oddziału zaraz zakwalifikują? Już ten pieron Pitra znowu zadba o to, abym nie był zbyt samodzielny Skoro tam takie trzęsienie, no to nigdy nie wiadomo co stać się może. Przecież gołym okiem widać, że normy przestały obowiązywać, bo odpowiedzi na wniosek nie dostałem” – rozmyślał, położywszy się pod krzakami bujnej paproci. Nie wiedząc nawet kiedy, zasnął snem sprawiedliwego, bo mimo wytężenia umysłu, nie mógł przypomnieć sobie jakich to uchybień mogliby mu się w centrali dopatrzyć.
    Faktycznie, pod adresem Zarośniętego - rezydenta na Dalinie, zastrzeżeń w piekielskich kartotekach nie było. Prędzej znaleźć by można pochwały, lub dobre opinie w sprawozdaniach kurierów i gońców, z którymi lubił pogadać o tym i owym. Z czasem on sam stał się stacją przekazywania plotek, ploteczek, poglądów i pogłosek, których inni chętnie wysłuchiwali.
    Po przebudzeniu się, wypuścił Zarośnięty rutynowe dymy sygnałowe, i wijąc się jak wąż, wczołgał do wygodnej jamy skalnej, znajdującej się pod korzeniami ogromnego dębu. Miał tam wygodne legowisko z gałęzi jodłowych, wymoszczone smużystą trawą, nazywaną przez miejscową ludność: wisiurą. Oj spało się dobrze na wysuszonej wisiurze, że to spało. Na łożu było miękko i wygodnie, a rozłożysty dąb i jego korzenie skutecznie chroniły i przed deszczem w lecie, i przed mrozem zimową porą.
    Z boku jamy odchodził ciasny korytarzyk prowadzący w głąb góry. Jednego razu Zarośnięty zapuścił się nim tak daleko, że w pewnym momencie stracił orientację i nie wiedział jak wrócić. Labirynt rozgałęzień korytarzy podziemnych prowadził w różne strony. Przerażony że już nie wróci na stanowisko, że na zawsze utknie pod ziemią, poczuł wreszcie zapach paproci i odnalazł wyjście na powierzchnię. Okazało się, że jest daleko od swojego miejsca stróżowania.
    Jako że okoliczny las Zarośnięty znał doskonale, szybko wrócił na stałe miejsce.
    „Te komysze trzeba koniecznie spenetrować” – powiedział sobie wtedy, i w wolnym czasie konsekwentnie odkrywał coraz to nowe odcinki podziemnego labiryntu, a stosując przemyślną metodę znakowania, bez problemu wracał do wygodnej jamy pod dębem.
    Jednego razu tak daleko zapuścił się korytarzami wypłukanymi przez podziemne potoki, że wychynął łeb w pobliżu stanowiska strażniczego aż na Lanckoronie. Już go korciło aby zaskoczyć śpiącego tam pod jałowcem rezydenta, ale postanowił nie ujawniać tajemnicy swojego podziemnego łazęgowania.
    „A po co im to wiedzieć. Przecież sami mogli odkryć te połączenia” – dodał sobie w myślach animuszu i zawrócił.
    Takim to sposobem porobił sobie Zarośnięty liczne skrytki i podziemne spiżarnie, gdzie upakował z czasem spore zapasy suszonych grzybów i naręczy ziół, orzeszków laskowych i buczynowych, żołędzi, kasztanów, a w sezonie letnim - leśnych owoców.
    
    Jednego razu, śpiąc w jamie snem sprawiedliwego, ale równocześnie czujnie jak zając pod miedzą, najpierw usłyszał dziwne sapanie – jakby tura, a potem nieznośny fetor, podobny do ostrego smrodu jaki zawsze ciągnął za sobą stary odyniec.
    „Kto to może być?” – pomyślał, i powolutku wystawił łeb spomiędzy korzeni.
    Pod górę, w stronę jego miejsca postoju, zbliżał się jakiś niewyobrażalnie wielki stwór głośno sapiąc, i rozsiewając wokół coraz większy odór dawno nie mytego cielska. Zdziwienie Zarośniętego stało się jeszcze większe, gdy zorientował się, że stwór dźwiga na ramionach dwa przeogromnych rozmiarów głazy.
    - Ty jesteś Zarośnięty? – odezwało się tubalnym głosem monstrum, po dotarciu na szczyt Dalina.
    - Ja. A ty kto?
    - Ja jestem Goliat. Idę z tymi głazami na Szczyrzyc. Jeden mam rzucić na klasztor, a drugi na kościół. Masz tu moją kartę, podstempluj co tam trzeba, i pokaż jak dalej mam iść.
    Zarośnięty szybko napluł na kciuk i przycisnął do pergaminowego kartelucha w miejscu dla siebie przeznaczonym. Rutynowo i jak zwykle sprawdził obecność kuriera na poprzednich punktach.
    - Na Szczyrzyc to prosto, tam między tymi dwoma wzgórzami. Potem skręcisz za księżycem, a za następnym pagórkiem będziesz na miejscu. Już niedaleko.
    - To dobrze, bo troszkę kanciaste te kamuszki. Ramię mi jeden nieco przygniótł.
    - A nie ciężko ci? Przecież to musi być niewyobrażalny ciężar – Zarośnięty z najwyższym zdziwieniem patrzył na niespotykanego dotąd siłacza. – Odpocznij trochę, bo z karty widzę, że jesteś troszkę za wcześnie. Musisz poczekać aż księżyc wzejdzie, bo inaczej nie odnajdziesz drogi. Głazy połóż sobie tu obok. Mam świeże poziomki to cię ugoszczę, a ty mi opowiesz co tam u was słychać.
    Zarośnięty sięgnął do dziupli w dębie, wydobył z niej sporą kobiałkę, pełną dopiero co nazbieranych poziomek i malin, i podsunął ją bliżej Goliata.
    Ten, nie zastanawiając się ani chwili, od razu całą wsypał do szeroko otwartej gęby.
    - Ee, jakie to dobre. Nie masz więcej? U nas czegoś takiego nie dają.
    - Nie, więcej nie mam. Dwa dni zbierałem, a ty od razu jednym haustem. Masz apetyt, nie ma co. No ale żeby mieć taką krzepę, to swoje trzeba zjeść. Zjesz całego barana za jednym posiedzeniem?
    - Dają nam po trzy, ale ostatnio coś oszukują, bo zaczęli nas gęsiami, królikami i sałatą karmić. A z tego siły żadnej.
    - To w kopalni już nie pracujesz? Zwolnili cię na świat? A może ty do >pierszoliniowców< przeszedłeś? Ja się tam starałem, ale jak na razie nie wyszło.
    - Kazali iść, to idę. Kazali zabrać kamienie, to zabrałem. Kazali rzucić je na Szczyrzyc, no to rzucę. Potem mam zaraz wracać, no to i wrócę. A >pierszoliniowców< to u nas teraz wielu. Zastąpili nas przy wydobywaniu siarki.
    Zarośnięty, ciekaw bardziej szczegółowych wiadomości, wydobył spod jałowca niewielką kobiałkę wypełnioną do połowy jagodami, i sypiąc je po garstce na ogromną łapę Goliata zaczął dopytywać o szczegóły.
    Ten, z typową dla siebie tępotą, odpowiadał krótko, ale umiejętnie sterowany i naprowadzany, ujawnił całą prawdę o akcji dyscyplinowani piekielskich kadr, o akcji utworzenia przez Pitrę Brygadionu Karnego, procedurach wyznaczania winnych, no w ogóle o wszystkim co wiedział.
    Niezwykle zaintrygowany opowieściami Goliata, Zarośnięty nagle zauważył, że księżyc przeszedł już na drugą stronę nieboskłonu, i że na wschodzie jakby szarzeć poczynało. No jednym słowem: za chwilę nastanie świt.
    Szybko też skonstatował, że tak naprawdę to on zatrzymał Goliata – kuriera z zadaniem o specjalnym znaczeniu, zatrzymał w sposób absolutnie niezgodny z przepisami.
    - Ty, Goliat. Gnaj szybko na ten Szczyrzyc, bo za chwilę świtać zacznie. Będzie ci lepiej jak weźmiesz sobie jeden głaz, podrałujesz wtedy szybciutko, walniesz i jeszcze zdążysz po drugi wrócić. Z dwoma będzie ci za ciężko.
    - Skoro tak mówisz, to idę. Za niedługo wrócę się tu po ten drugi.
    Zarośnięty odetchnął, widząc jak Goliat wielkimi krokami zmierza do wyznaczonego mu celu.
    „Żeby się ta cholera tylko po drodze gdzieś nie zatrzymała, bo inaczej nie zdąży”- pomyślał z lekkim niepokojem.
     Ku swojemu przerażeniu zauważył, że Goliat stanął jednak przy strumieniu w Rudniku, i długą chwilę popijał z niego wodę, czerpiąc ją jedną łapą, a drugą podtrzymując ogromny głaz na ramieniu.
    Po chwili piekielski siłacz ruszył dalej i niebawem zniknął za horyzontem, a Zarośnięty ułożył się na mchu, planując nieco się zdrzemnąć. Już przysypiał, gdy z dala dobiegło go pianie koguta.
    „Zdążył, czy nie zdążył? – pierwsza myśl jak błyskawica przebiegła mu przez łeb. – Wrócić, to on tu już na pewno nie wróci, bo tacy jak on mają pozwolenie na przejście tylko w jedną stronę. A jak nie zdążył? A jak nie wykonał zadania? Przecież wtedy na mnie spadnie całe odium, no bo go niepotrzebnie wstrzymałem. Przecież ten tępy, zakuty i niemyty łeb wszystko zezna. I to co było, i to czego nie było, a i to co mu się śniło. A niech to pieron jasny trafi! Po jaką cholerę dopytywałem się o te wszystkie pierdoły. A co mnie obchodzą jakieś tam karne szwadrony? Ja przecież nie mam z tym nic wspólnego.”
    
    Zarośniętemu nawet przez myśl nie przeszło, że w tym samym czasie Goliat, z powodu nie wykonania zadania, już składał skrupulatne sprawozdanie. Oczywiście że nie ukrywał niczego, i dokładnie wyjaśniał z jakiego powodu nie zdążył z głazem do Szczyrzyca.
    - Zostawiłem go w polu, bo usłyszałem dzwony. W takim przypadku mam nakazane, aby natychmiast wniknąć w najbliższy korytarz i zameldować powrót u przełożonego. Tak też i zrobiłem – zakończył, drapiąc się zawzięcie po kudłatym łbie.
    - No tak, sacreble, zadzwonili na tą swoją jutrznię. A co z drugim głazem? Miałeś przecież dwa – padło zimne pytanie przesłuchującego.
    - Zostawiłem go na punkcie u Zarośniętego – i Goliat uzupełnił relację z pobytu na Dalinie, nie ukrywając absolutnie żadnego szczegółu.
    Po wyjściu Goliata, kopia jego zeznań jak zwykle i natychmiast trafiła do departamentu kadr, a według nowych zarządzeń – także do oberszefa Pitry.
    Jeszcze główny kadrowiec piekieł – Eksperient, nie dokończył dobrze zapoznawać się z dopiero co dostarczonym mu raportem, gdy na jego biurku zamigotała czerwona lampka. Pilną potrzebę rozmowy sygnalizował Pitra, aktualna prawa ręka i ucho Najwyższej Dostojności. Temu odmówić nie było można.
    - No, słucham. O co chodzi? - nieco poirytowanym głosem odezwał się zwierzchnik kadr.
    - Sugeruję natychmiastową eksportę QXP367 z jego posterunku na Dalinie. To z jego winy Goliat nie wykonał zadania o najwyższym priorytecie. Proszę mnie powiadomić o decyzji kadrowej wobec jednego i drugiego. To wszystko.
    - No nie! – wrzasnął Eksperient, po wyłączeniu piekielskiego interkomu. – Ten buc patentowany poczyna sobie coraz bezczelniej! On mi tu będzie dyktował co mam robić?! Oczywiście że Zarośnięty ciupasem do raportu karnego stanie, no ale o tym jaką karę dostanie, to może ja zdecyduję. Asystent! Do mnie! – rzucił w otwarte drzwi gabinetu.
    Niebawem z koszar piekielskiej żandarmerii wyruszył patrol interwencyjny w kierunku posterunku na Dalinie, z poleceniem natychmiastowego sprowadzenia stamtąd QXP367 alias Zarośnięty.
    
    Od momentu spotkania z Goliatem Zarośnięty rzeczywiście spodziewał się interwencji centrali, ale nawet mu do łba nie przyszło, że nastąpi ona tak szybko.
    Leżąc na paprociach pod rozłożystym dębem w ostatniej chwili uniknął ujęcia go przez żandarmów. Zawdzięczał to swojej czujności i wyczulenia, nawet w czasie snu, na wszelkie szmery i dźwięki. Tym razem wyczuł że zbliża się grupa, co nigdy do tej pory się nie zdarzyło. Zawsze przybywał jeden tylko kurier lub goniec. Dla bezpieczeństwa ukrył się w skalnej szczelinie pod dębem i obserwował.
    - No to już tutaj – powiedział dowódca patrolu, stukając palcem w mapę. – Jesteśmy na Dalinie. Zarośnięty! Wychodź, jesteś aresztowany. Zostaniesz doprowadzony na przesłuchanie.
    - A takiego! – wykrzyknął wezwany ze swojej jamy. – Jak ja do was wniosek o przeniesienie napisałem, to do tej pory, mimo upływu terminu, nie mam odpowiedzi. Jak dostanę odpowiedź i przeniesienie do pionu >pierszoliniowców<, to się zastanowię.
    - Ty chyba na ten swój kosmaty łeb upadłeś. Mamy rozkaz cię doprowadzić i doprowadzimy.
    - No to spróbujcie, skoroście tacy mądrzy. No, pokażcie co potraficie! – zachichotał Zarośnięty i czmychnął w głąb pieczary pod dębem, a następnie bocznymi korytarzykami dalej, zastawiając dla bezpieczeństwa kolejne wejścia i przesmyki głazami.
    Po chwili był już daleko od stałego miejsca pobytu.
    Po dokładnych oględzinach wejścia do skrytki Zarośniętego, dowódca piekielskigo patrolu wydał dyspozycję:
    - Wywalajcie te korzenie, a nawet całego dęba. Musimy się do niego dobrać. Już ja cię tu nauczę szacunku do nas! – krzyknął w szczelinę. - Już byli tacy co próbowali i bracie ... nie wyszło im to na dobre. Tobie też nie wyjdzie. Zobaczysz.
    Stękając i niezmiernie się pocąc, po wielu próbach podważania korzeni, biesy wykonały zadanie. Stary, rozłożysty dąb, powalił się na las, a łoskot upadającego drzewa rozległ się po okolicy. Przestraszone wiewiórki czmychnęły pod bezpieczne dla nich gałęzie jodeł i świerków. Stado wron poderwało się z łopotem skrzydeł.
    - Jest tu dziura, ale wąska. Ja się nie zmieszczę – zakomunikował pierwszy patrolowy.
    - Ja też nie – dodał drugi. – A w ogóle to nie wiadomo, czy nie ma tam jakiego labiryntu podziemnego, który albo się zasypie, albo się w nim zgubimy. Już raz tak było. Potem trzeba było pół góry rozebrać, aby naszego z czeluści wydobyć.
    Dowódca uważnie obejrzał wykrot. Faktycznie, szczelinka wąska, prawie że zasypana ziemią i kamieniami, no i nie rozpoznana. Wiedział że nie może ani sam, ani tym bardziej nikomu wydać polecenia jej spenetrowania. Na mapie też odkrytej jamy nie było.
    - No i to są te nasze mapy. Jak coś potrzeba, to martw się sam. Co oni tam robią w tej kartografii.
    - A siedzą sobie i dupy grzeją, a my musimy się z takim gównem użerać – ochoczo przytaknął pierwszy patrolowy.
    - Ty mi tu nie pieprz, tylko wymyśl co robimy.
    Wzruszenie ramion było jedyną odpowiedzią.
    Nie bardzo wiedząc co dalej robić, biesy usiadły na powalonym pniu.
    - Ty, zobacz – powiedział jeden patrolowy do drugiego. – Jakie fajne poziomki i borówki. A ile ich! Chodź, podeżremy sobie, bo w tej naszej garkuchni to tylko jagły i jagły. Już patrzeć na to nie mogę.
    Nie upłynęła chwila, a wszyscy trzej zajęli się pałaszowaniem owoców leśnych. Po napełnieniu brzuchów popadli w nieznany im dotąd stan południowej sjesty, i posnęli w poczuciu błogostanu.
    
    Eksperient z narastającą niecierpliwością czekał na powrót patrolu z Zarośniętym.
    - No co jest, do jasnej cholery! – krzyknął do asystenta. – Ile to będzie trwało? Gdzie oni są i dlaczego nie interweniujesz?!
    - Natychmiast sprawdzam, a jeśli trzeba będzie, wyślę grupę interwencyjną – nieco przestraszony zameldował asystent.
    Po chwili zabrzęczał telefon u dowódcy patrolu.
    Początkowo śpiącym nieco głosem żandarm próbował coś tłumaczyć, ale zdyscyplinowany krzykiem dowódcy piekielskiej gwardii, szybko wrócił do pełnej świadomości. Po zakończeniu rozmowy i wysłuchaniu ostrej reprymendy, ze złością kopnął śpiących rozkosznie towarzyszy.
    - Wstawać natychmiast, taka wasza mać! Już nas wyczaili, że śpimy. Jak przyjdzie tu grupa interwencyjna, to nam się przede wszystkim dostanie, a nie temu gnojkowi. Zarośnięty! Wyłaź ty pokrako, bo łeb ci urwę, jak cię z tej jamy wydrę!
    Nie pomogły prośby, groźby, wybieranie kamieni i pogłębianie dziury po wywalonym dębie. Zarośnięty znikł pod ziemią jak kamfora.
    - No co wy się tak grzebiecie z jakimś tam palantem - usłyszeli nagle nad sobą zdecydowany głos dowódcy grupy interwencyjnej.
    Prawie struchlały, szef patrolu wyjaśnił szczegółowo wszystko, dodając masę okoliczności niesprzyjających, których naturalnie że nie było. O poziomkach i sjeście poobiedniej nawet nie wspomniał.
    Dowódca grupy uważnie obejrzał wykrot, ostrożnie wsunął łeb w szczelinę, a potem chwycił za swój aparat łączności.
    - Potrzebne wsparcie – powiedział spokojnie do słuchawki. – Duże wsparcie i takie kompleksowe.
    Początkowo patrolowi nie wiedzieli co ma na myśli szef grupy interwencyjnej, a niedługo się przekonali.
    Ani się obejrzeli, a znad Lanckorony i Zatora zaczęły napływać granatowe, ciężkie bo napęczniałe wodą, chmury. Po chwili rozpoczęła się nie ulewa, ale prawdziwy potop. Jeden z szerokich strumieni wody skierowano wprost do wykrotu po dębie.
    Trwało to trzy dni.
    Okoliczne strumienie i potoki szybko zamieniły się w rwące rzeczki i rzeki, niszcząc wszystko co było w ich pobliżu. Niewyobrażalne straty powodziowe spustoszyły Rudnik, Sułkowice i Harbutowice.
    - Diabły się wściekły. Chodźmy do kościoła modlić się o pogodę, bo jeszcze trochę i wszyscy się potopimy – z trwogą zaczęły mówić co starsze kobiety, a świątynie zapełniły się modlącymi.
    Zarośniętego praktycznie wypłukało z jego groty pod Dalinem.
    Trzymając mocno za kark, dwaj rośli żandarmi z grupy interwencyjnej, niczym zmokłą kurę, rzucili go na kamienną podłogę w sali przesłuchań.
    - Zadanie wykonane – służbiście zameldował szef grupy, uparcie strzepując krople wody z przemoczonego na wylot kubraka.
    
    Eksperient postanowił sam przesłuchać doprowadzonego, a uczynił tak dlatego, że chciał uszczegółowić swoją wiedzę uzyskaną po analizie teczek personalnych Pitry i Zarośniętego.
    Najpierw nakazał wydać mu suchy przyodziewek, nakarmić, napoić i posadzić na normalnym krześle.
    - Jesteście z Pitrą rówieśnikami – zaczął spokojnie. - Razem kończyliście kiedyś tam dokształt w piekielskiej akademii i na początku stanowiliście współpracującą parę. Mieliście kusić i uzyskiwać cyrografy. Dziś Pitra domaga się, abyś trafił do Karnego Brygadionu. Ty nawet o tym nie wiesz, ale on jest teraz bardzo ważną fiszą, i tak naprawdę to może z tobą zrobić co zechce.
    Po wysłuchaniu tych słów, Zarośniętym aż zatrzęsło.
    - Ta szmata?! Ta szuja chce mnie dalej szykanować?! On już mnie raz udupił, i siedziałem na tym Dalinie jak na zesłaniu. To on, za to co zrobił, powinien trafić do tego tam Brygadionu. Trafić na wieczność!
    Zarośnięty nawet się nie domyślał, że jego przesłuchanie przez videofon obserwuje też Belfegor, któremu z wielkim trudem udało się nakłonić szefa kadr do dopuszczenia do tajemnicy.
    - Ja mogę cię od jego mocy uchronić – spokojnym tonem przerwał Eksperient. - Mów wszystko co wiesz, ale mów ze szczegółami, niczego nie ukrywając.
    I popłynęła opowieść o prawdziwych, niegdysiejszych dokonaniach Pitry i Zarośniętego.
    
    Spore mieli sukcesy, spore i niekwestionowane. Zakwalifikowani do grupy kusicieli, regularnie dostarczali pakiety - podpisanych krwią ludzką - cyrografów, ale pewnego razu wszystko się przerwało. Na raz i wszystko, a doskonale ze sobą współpracujący stali się dla siebie najzagorzalszymi wrogami.
    Wszystko zaczęło się od Pitry.
    Ten niezwykle staranny i efekciarski w obyciu bies, postanowił raz skusić piękną kobietę. Ot tak, dla rozrywki. W zamyśle swoim chciał jednak pokazać innym biesom że zrobi, i to skutecznie to, czego tak naprawdę wszyscy unikali. No i ... nie zrobił.
    Nie tylko że zakochał się Pitra w kobiecie - po przysłowiowe uszy, ale jeszcze spłodził z nią syna, którego następnie porwał i oddał na wychowanie do piekielskiego przytułku. Potem z ukrycia, i to przez całe lata, starannie się nim opiekował, a następnie skierował na dokształt w najlepszej z akademii.
    Tenże na pół człowiek a na pół diabeł, po matce odziedziczył nieprzeciętną urodę, wdzięk i powab, a po ojcu niespotykany u innych intelekt, przebiegłość i nadzwyczajną staranność. Akademię oczywiście ukończył jako prymus, i od razu awansowany został na pierwszy stopień oficerski.
    Tak było z Pitrą. A Zarośnięty?
    Ten też miał sporo za kołnierzem.
    Jego największym błędem było zniszczenie cyrografu po tym, jak dowiedział się że chłop podpisał go pod przymusem, w potrzebie. Kotlik złotych dukatów przeznaczył na wykupienie syna z niewoli, snując przy tym arcyrzewną opowieść o katordze na galerach.
    Wzruszony postawą i prośbą chłopa, Zarośnięty nic wtedy nie powiedział, tylko w odruchu współczucia zniszczył piekielski dokument.
    Jako że o stosunkach Pitry z kobietą wiedział tylko on, Pitra zaczął go szantażować: albo będziesz milczał na wieki, albo ja ujawnię twoje przestępstwo.
    - A czy wiesz co się stało z tym twoim chłopem? – przerwał zaciekawiony opowieścią Eksperient.
    - Nie wiem. Nie mam pojęcia. Pewnie się ze wszystkiego wyspowiadał, odprawił jakąś tam ichnią pokutę i po wszystkim. Był przecież pod przymusem życiowym.
    - No to ja ci powiem: chłop cię okpił. Wyłudzone od ciebie talary, nie dukaty jak mówisz, po prostu przepił i przehulał. Z Pitrą podpisał drugi cyrograf, ale smaczku sprawie dodaje fakt, że Pitra z kolei jego oszukał, nie dając mu za to ani talara. Siedzi teraz ten chłop na oddziale ZXR22, a bilans finansowy waszej pary się zgadza. Ot i cała twoja tajemnica.
    - No proszę, – westchnął Zarośnięty – a ja przez całe wieki garowałem na tym Dalinie świadom, że Pitra trzyma mnie w garści. A to podłota jedna. I on jeszcze teraz chce mnie do jakiegoś Karnego Brygadionu skierować?!
    - Nie trafisz tam. Pójdziesz na dokształt, ale za sprawę z Goliatem poniesiesz karę. Będzie to czasowa zsyłka na Wschód.
    - Na Wschód? – błagalnie prawie zapytał Zarośnięty. - Dlaczego na Wschód? Na Zachód nie można? Ja wiem, że nie powinienem był tego Goliata zatrzymywać, no ale gadał takie ciekawe rzeczy ...
    - Causa finita. Najpierw na dokształt w pionie nowoczesnej łączności, bo w tym jesteś dobry, a potem na Wschód.
    
    Po zakończeniu przesłuchania Zarośniętego, na biurku Eksperienta zamigotała żółta lampka. To Belfegor.
    - Noo, gratuluję kolego. Szczerze gratuluję. Mamy haka na tego szmaciorę Pitrę. Już on się nam nie wywinie. Kontakt z kobietą, a przy tym jeszcze to dziecko? Toż to największa zbrodnia, największe sprzeniewierzenie się odwiecznym normom i nakazom. A swoją drogą to zapytam: któż to jest, ten jego synuś?
    - A czy ty nie za dużo przypadkiem chciałbyś wiedzieć? – ze spokojem i pewnością w głosie odparł Eksperient, czując że tak naprawdę, to on rozdaje teraz karty.
    Pełen samozadowolenia wziął z blatu biurka teczkę personalną Pitry. Trzymając ją w rękach ironicznie zauważył:
    - No i po cóż zadzierałeś z kadrowcem? I do tego ze swoim dawnym szefem, który cię alfabetu piekielskiego prawie że uczył. No po co ci to było?
    
    Nieświadom tego co się wokół niego dzieje, Pitra siedział w swoim głębokim i wygodnym fotelu, intensywnie rozmyślając nad kolejnym projektem.
    Siedział tak już dłuższą chwilę z przymkniętymi oczyma, i nawet nie zauważył, kiedy do gabinetu bezszelestnie wszedł jego główny asystent i stanął w przepisowej odległości od biurka. Stanął i czekał, nie śmiąc przerywać szefowi skupienia myśli.
    Pitra, czując na sobie czyjś wzrok, powoli otworzył oczy i udając że absolutnie nie dał się zaskoczyć, spokojnie zapytał:
    - No, co tam? Mamy coś ciekawego?
    - Melduję Wasza Zwierzchność, że przybył kurier z Departamentu Kadrowego.
    - No to niech zostawi co przyniósł, i proszę to opracować.
    - Ale, ale on prosi o posłuchanie. Ma przesyłkę bezpośrednio do Waszej Zwierzchności. Czerwony blankiet za pokwitowaniem odbioru.
    Pitra już wiedział: czerwony blankiet oznaczał tylko jedno: natychmiast stawić się w miejscu wyznaczonym. I nie było od tego odwołania. W razie zwłoki, delikwent będzie doprowadzony przez patrol interwencyjny.
    „Ten Eksperient chyba zwariował. On mnie wzywa w taki sposób? Toż to na odległość trąci odwetem. Pójdę, oczywiście że pójdę, ale ty długo sobie popamiętasz tego typu traktowanie oberszefa Pitry” – pomyślał, i kazał wezwać kuriera.
    - Proszę tu pokwitować odbiór przesyłki – goniec regulaminowo podsunął książkę odbioru korespondencji, i regulaminowo cofnął się trzy kroki.
    Po jego wyjściu Pitra uważnie obejrzał blankiet wezwania: wszystkie rubryki poprawnie wypełnione, odpowiednie podpisy złożone, stemple też. Braków formalnych nie znalazł.
    „Cóż on ode mnie może chcieć, albo co ma takiego do przekazania, aby aż taką ostateczną i rygorystyczną formę wezwania zastosować?” - myślał, zmierzając w kierunku gabinetu Eksperienta.
    
    Nic nie mówiąc, szef kadr wskazał miejsce swojemu byłemu asystentowi. Obydwaj przez dłuższą chwilę milczeli, wzajemnie łamiąc się wzrokiem. Wreszcie Eksperient, jako gospodarz, rozpoczął:
    - Wezwałem cię, bo mam ważne sprawy do omówienia z tobą. Pierwsza, to sprawa Zarośniętego.
    - No właśnie, – przerwał mu Pitra – wnioskowałem o Brygadion Karny dla niego, a z tego co wiem, tak się nie stało. Można wiedzieć dlaczego?
    - Tobie się chyba Pitra role pomyliły – wolno, ale dość obcesowo przystopował go Eksperient. – Sposób i forma ukarania to nie twój zakres kompetencji, tylko mój. Dobrze byłoby abyś o tym pamiętał i nie zmuszał mnie, abym ci to stale przypominał. Ale skoro pytasz to powiem ci że i owszem, Zarośnięty został ukarany, stosownie do przewinienia jakie popełnił. Zdecydowałem, że w pierwszej kolejności musi jednak przejść reedukację, bo dzięki tobie – zbyt długo go utrzymywałeś na tym odległym i odosobnionym posterunku, całkowicie zapomniał i norm i reguł postępowania. To po pierwsze.
    Eksperient spokojnie przełknął łyk wody z kryształowej szklanki.
    - Po drugie, – kontynuował po odłożeniu jej na srebrną tacę - został wyznaczony na dokształt, i dalej służył będzie w pionie łączności. Tam jest jego miejsce, bo ma do tego smykałkę jak mało który. Po trzecie, i to cię może najbardziej zainteresuje, karną praktykę odbędzie na Wschodzie. Ostatnio nasi mieli tam sporo roboty, a i jakieś nowe sprawy wyszły na jaw. Trzeba się temu dokładnie przyjrzeć.
    - No dobrze, ale to wszystko mogłeś mi przecież przysłać zwykłą pocztą, a nie fatygować się na czerwony blankiet. Nie uważasz, że jest to przerost formy nad treścią i dowód twojej megalomanii?
    W oczach Eksperienta zabłysły dwie ostre iskry, i Pitra już wiedział, że chyba jednak przeholował.
    - Zrobiłem to, co uznałem za stosowne a ty, jak na razie, nie będziesz tego negował. Nie ja ustanowiłem czerwony blankiet. A wezwałem cię w innym celu. Otóż po głębokiej i wnikliwej analizie wyszło nam, że twoja koncepcja zwolnienia goliatów z kopalń i hut całkowicie nie wypaliła. Jeszcze gorsze skutki spowodowało wysłanie ich na ziemię. Urobek praktycznie całkowicie ustał i gdyby nie zapasy, to departament tortur musiałby wygasić kotły i całkowicie zaprzestać działalności. Goliaci nie zniszczyli ani jednego kościoła czy klasztoru, gubiąc po świecie całą masę głazów i kamieni. Najgorszym jest jednak hańba, którą nas okryli. Przecież nie do czegoś takiego ich przygotowywano. Są nieprzeciętnie tępi aby im do łbów nie przyszło protestować, a nieprzeciętnie silni, aby pracowali wydajnie, a nie tak jak ci teraz. A czy ty wiesz, że w kopalniach i hutach aż wrze, i lada moment wybuchną protesty? I myślisz może że znajdą się chętni aby je stłumić? Otóż nie, nie znajdą się tacy, bo każdy boi się zesłania. Wszyscy się teraz nagle zespolili, zintegrowali przeciwko twojej – Pitra, idei powszechnego karania za cokolwiek.
    Eksperient umilkł i skupił wzrok na obliczu Pitry, który nie wykazywał chęci zrozumienia jego wywodu, i nieznacznie protestował kiwaniem głowy. W końcu wydukał:
    - No na początku może i nie wszystko wyszło. Faktycznie może nie wyszło, ale przecież można zaostrzyć system kar.
    Szef departamentu kadrowego energicznie położył obydwie dłonie na blacie biurka:
    - Formalnie to ja tylko radzę, ale ty Pitra zrobisz tak: napiszesz do Jego Dostojności sprawozdanie, w którym wyjaśnisz nieskuteczność swojego pomysłu. Zaproponujesz i zrealizujesz likwidację Brygadionu Karnego, zgłosisz wniosek o powszechną abolicję, ale zasugerujesz także pozostawienie jednego szwadronu karnego. Samo ryzyko ukarania znacznie zwiększyło wydajność pracy podległego nam personelu, a to samo potwierdzają wszyscy dyrektorzy pionów i dyrektoriatów. Potrzebny jest taki topór, który cały czas wisiałby im nad łbami. Zapewniam cię że po tym co się stało, już samo zagrożenie karą w zupełności wystarczy.
    Wyraźnie zniesmaczony Pitra, najpierw uważnie pooglądał swoje wypielęgnowane dłonie, a następnie całkiem spokojnie odpowiedział:
    - Czy tobie Eksperient nie pomieszało się coś przypadkiem? Ty już nie jesteś moim przełożonym, i ty niczego nie będziesz mi sugerował. Ja sam wiem co mam robić, a twojej rady nie potrzebuję. Brygadion Karny wprowadzi nowy, bardziej rygorystyczny system kar, i ty mi w tym nie przeszkodzisz. Jeżeli masz coś jeszcze to mów, bo nie mam ani czasu, ani chęci na takie gadanie.
    - A mam, oczywiście że mam – wyraźnie poirytowany Eksperient wstał z fotela, otworzył szafę pancerną, i wyjął z niej dwie teczki personalne: Pitry i Zarośniętego.
    Przez oblicze oberszefa przeleciał jakby skurcz, co natychmiast zostało zauważone.
    - Nie denerwuj się tak Pitra, nie denerwuj. Do wszystkiego dotarłem, a zatem po kolei: powiedz ty mi, mój wspaniały niegdyś prawie zastępco, jak to się stało, że wyrok na Zarośniętego zatwierdziła sama Jego Dostojność? Przecież nigdy i wobec nikogo tego nie uczyniono. To zakres kompetencyjny trybunałów odwoławczych, a i takim przypadku zawsze istnieje możliwość rewizji skazania. Powiem wprost: to ty skrycie podłożyłeś ten karteluch do podpisu! Absolutnie i jedynie ty, a ja domyślam się dlaczego: otóż chciałeś udupić Zarośniętego na zawsze! Czy tak?! – i ton głosu Ekperienta stał się prawie napastliwy.
    - A jeśli ja, to co? Pójdziesz na skargę? Decyzję i podpis Jego Dostojności będziesz negował? Zrób to. No zrób, skoroś taki mądry – Pitra stawał się coraz bardziej bezczelny.
    - Nie, – złowieszczo zasyczał szef kadr - ja tego nie zrobię. Po co? Ja zrobię coś innego. Coś zupełnie innego.
    
    Ku przerażeniu Pitry Eksperient wyciągnął ze swojej pancernej szafy kolejną teczkę, a były to akta młodego absolwenta elitarnej piekielskiej akademii, akta personalne niejakiego Euzebiniusza.
    Cedząc wolno słowa szef kadr przewiercał wzrokiem siedzącego przed nim oberszefa:
    - Powiedz ty mi Pitra, specu nad specami, dlaczego w teczce tegoż tu prymusa nie ma takiej prostej w sumie informacji, jaką jest: >metryka zaistnienia<. To jeden z pierwszych i niezwykle ważny dokument. No dlaczego jej tu brakuje? Jak to się stało, że jej brak nie przeszkodził temu, jak mu tam, Euzebiniuszowi, podjąć, kontynuować i ukończyć akademię? Z wyróżnieniem. Teczuszkę tą prowadził kiedyś przecież nie kto inny, tylko jeden z najlepszych pracowników naszych kadr. Widzisz tu swoje podpisy?
    - Do czego ty zmierzasz? – wyksztusił Pitra ciężko oddychając. – Dotarłeś widzę do wszystkiego. Zarośnięty ci pomógł?
    - Oj Pitra, Pitra. Za kogo ty mnie masz. Jaki Zarośnięty? On jedynie potwierdził to, do czego sam dotarłem. Zapytam wprost: co ciebie łączy z tym Euzebiniuszem?
    - No, no przecież już wiesz. Wiesz, więc po co pytasz. To mój syn.
    - Tak, to twój syn, ale jego matką jest ziemska kobieta. Wiesz co ci za to grozi? Najniższy, i po wieczność pobyt na samym dnie piekła. Nogi będziesz tam skazańcom mył, będą na ciebie pluć i naigrawać się. Rozumiesz teraz po co cię wezwałem?
    - Co mam dla ciebie zrobić – zaskamlał Pitra.
    - No widzisz? – Eksperient z wyraźnym tryumfem opadł na tył fotela. - Tak trzeba było od samego początku. Napiszesz oświadczenie na temat Euzebiniusza, a ja zatrzymam je u siebie. Na wypadek gdyby ci coś do łba strzeliło. Na ten przykład donos gdzieś na mnie spichcić, albo co innego.
    - Nie, no co ty. A jaką ja mam gwarancję, że ty tego oświadczenia nie ujawnisz? – próbował coś utargować Pitra.
    Eksperient prawie że się roześmiał:
    - Czy ty Pitra taki durny jesteś, czy tylko udajesz? Oczywiście że nie masz żadnej gwarancji, bo mieć jej nie możesz.
    - A Zarośnięty? Nie doniesie?
    - Aa, to już twoja w tym głowa. Daj mu jakąś rekompensatę za to zesłanie na Dalin. Z tego co tu mówił, to łasy jest na awans, który nota bene dawno mu się należy. Jak skończy dokształt, to wystąp ze stosownym wnioskiem. Rozpatrzymy.
    Eksperient rozparł się wygodnie w fotelu, i napawał widokiem całkowicie upokorzonego Pitry.
    - Nie zapominaj też o tym oświadczeniu dla Jego Dostojności, którego kopię chciałbym otrzymać. No to jak: masz jeszcze jakieś pytanie Pitra? Jeśli nie, no to ... causa finita – zakończył swoim ulubionym powiedzeniem.
    
    Niedługo potem rozwiązano piekielski Karny Brygadion, ogłoszono powszechną amnestię, a w rejony Wschodu został wysłany Zarośnięty, dumnie przykrywający łeb kaszkietem, na którym błyszczała nowiutka krokiewka – symbol dopiero co otrzymanego awansu.
    Zmierzając do celu przeznaczenia, mijał kolejne punkty nawigacyjne, a do każdego stróżującego tak jak on kiedyś biesa, wołał:
    - Omijaaj Sułkowice! Omijaaj Rudnik i Harbutowicee! Omijaacie bracia tamte okolice!!!
    Przebiegający ziemię piekielscy kurierzy ponoć nadal przekazują sobie ten ostrzegawczy sygnał.
    
    ***
    
    Resztki dalińskiego lasu zachowały się do dziś. >Diabelski Kamień< stał się atrakcją turystycznego szlaku, ale diabła to tam już nie uświadczy.
    Ani na przysłowiowe lekarstwo nie uświadczy.
    
    Tak kończy się historia Zarośniętego, nie najgorszego z biesów, przez wieki stróżującego na Dalinie. Pozostał po nim tylko ogromny głaz, a jego >eksportę< przypominają występujące od czasu do czasu oberwania chmur ...

    
    Lipiec 2011 r.
    Kazimierz Dymek