Opowiadania


 

Zimnica Teściowej

       
    Było to jakoś tak na jesieni. Nie było jeszcze zimno przez cały dzień, no co to, to nie, ale z wieczora to już czasem podwiewało. Ranki też już okazywały się coraz chłodniejsze. Jak nie padał deszcz, a jeszcze lepiej, a jak był bezchmurny dzień, to tak koło południa bywało całkiem ciepło. Ot zwyczajnie, jak w październiku.
    Po gorącym i pogodnym lecie trudno jest tak od razu, bez zawahania, wskoczyć w ubrania i kostiumy jesienne. Wynika to raz z powodu niechęci poszukiwania ich w szafie, a po wtóre w nadziei, że na zdecydowaną zmianę sposobu ubierania to jeszcze za wcześnie.
    Tak ja to przynajmniej praktykuję, co nie raz powodowało, że pociągając nosem, a jeszcze gorzej z gorączką lazłem do pracy. Takie nonszalanckie, na własne życzenie przeziębienie, nie raz rzuciło mnie do łóżka. Ileż razy słyszałem: ubierz coś cieplejszego, bo już jest chłodno, kataru się nabawisz. Często bywa że kobieta swoje, a uparty chłop swoje. No tak to i ze mną bywało, ale tym razem nie o sobie chcę napisać, tylko o teściowej.
    Teściową to ja mam ambitną i akuratną. Bardzo akuratną. Nie dane mi było widzieć jej w przysłowiowych papilotach, nie uczesanej, w przydeptanych bamboszach, czy nie daj Boże w lekko przetartym szlafroku. Oj nie widziałem.
    Początkowo suponowałem, że to teścia szkoła lub nawet presja, ale szybko doszedłem do przekonania, że w przypadku „mamuśki” adekwatnym jest przysłowie: ten typ tak ma. No i dobrze, bo rokowało to pozytywne dla mojej Agatki, żony znaczy się, która jako dobra córka zapewne cechy i normy zachowań po matce odziedziczyła i przejęła.
    
    Opisywane zdarzenie miało miejsce jakoś tak niedługo po naszym ślubie, rok lub może dwa, a wspominam o tym po to, aby zaznaczyć, że już jako młody zięć i nie znając jeszcze zbyt dobrze matki żony mojej, potrafiłem jednak „stanąć na wysokości zadania”.
    Obiadki, wizyty świąteczne, imieniny i urodziny, to zawsze okoliczności gdzie obowiązuje kurtuazja, prezenty, ochy i achy, a siadajcież, a co byście zjedli, a może jeszcze szarloteczki lub serniczka. A może ponczu jeszcze kropelkę. A my z kolei: a dziękujemy, a pyszne te kotleciki, no szarlotka to się mamusi znakomicie udała, no w ogóle cud-miód-malina.
    Z tym ponczem to już całkiem byłem na veto, a to z powodu że z teściem Pliskę preferowaliśmy. Stary weteran delegacyjny z każdego wyjazdu coś przyzwoitego przywoził.
    - W strefie bezcłowej taki koniaczek to za bezcen kupić można, a i obaw nie ma, że podrabiany.
    Przekonałem się dość szybko, że co oryginał to oryginał, a co męskie stwierdzenie to męskie. Jakiś tam poncz, to bardziej soczek lekko zalkoholizowany przypomina, no i niech go sobie kobitki degustują.
    Taki prawie błogostan w stosunkach bilateralnych teściowa-zięć, trwał już prawie dwa lata.
    Gadka gadką, no ale kiedyś to ja przecież muszę pokazać, że chłop ze mnie jak się patrzy, no i do tego taki, który nie tylko przy stole znaleźć się potrafi.
    A tak przy okazji, to każdemu młodemu żonkosiowi powiem: inwestycja w teściową stukrotnie się zwróci, uwierzcie mi.
    Okazja nadarzyła się sama, a było tak:
    Teść w delegacji, takiej nieco dłuższej, a więc na ten czas ja jako mężczyzna najstarszy, głową rodziny zostałem. No i przyszło mi się sprawdzić i pokazać co znaczy męska ręka, a może bardziej dosadnie: umiejętne dowodzenie kobietami.
    
    Otóż siedzę ja sobie jednego dnia w pracy, programuję te moje uparte nad wyraz komputery, wymyślam jakieś nadzwyczajne – oczywiście w moim przekonaniu, rozwiązania informatyczne, a tu naraz dzwoni telefon i Agatka prawie załamanym głosem informuje, że: mamusia zaniemogła, że u pani doktór była, że ta nie wie co jej dolega, ale zwolnienie na cztery dni dała.
    - Noo, a jakie objawy? – pytam absolutnie „zatroskanym” głosem.
    Po dziesięciu minutach, nawet mruknięciem nie przerywając, dowiedziałem się że schorzenie teściowej to jakieś takie dziwne jest, bo: gorączki co prawda nie ma, ale dreszcze co i raz występują, i to momentami silne, kataru też nie ma, ale ból ni to głowy ni zatok jest, czasem nawet uporczywy, kaszlu brak, a zatem zapalenie oskrzeli czy płuc wykluczone.
    - A więc co? Pewnie jakiś złośliwy wirus, który jeszcze nie pokazał swojego prawdziwego oblicza – prawie płacząc sugeruje Agatka.
    Odczekałem stosowną chwilę, aż chlipać przestanie, i siląc się na całą powagę na jaką było mnie stać, orzekłem:
    - To zimnica. Te objawy, o których powiedziałaś, to klasyczne, wręcz typowe symptomy nadchodzącej zimnicy.
    Na moment zaniemówiła, a ja już wiedziałem: prawie kupiła. Kupiła, to znaczy że w zasadzie wierzy, ale nie mając argumentów na zbicie mojej sugestii, co najmniej oczekuje szerszego uzasadnienia i dalszych wyjaśnień.
    - Ja to od dziecka byłem do takiej choroby przyzwyczajony. U nas w Galicji – bo ja to z Galicji się wywodzę - w mig i bezbłędnie rozpoznawano takie cholerstwo. Leczenie nie jest trudne, ale jakiekolwiek zaniedbanie ciężkim i przewlekłym chorowaniem zakończyć się może. Z czymś takim trzeba uważać. Oj, bardzo uważać.
    - A ty wiesz, jak coś takiego leczyć? - z pewnym niedowierzaniem, ale i wyczuwalną nadzieją w głosie zapytała Agatka.
    Znów odczekałem stosowny moment i prawie uroczyście zakomunikowałem:
    - Noo tak, ale twoja pomoc będzie mi tu absolutnie potrzebna.
    Aby rozmowy telefonicznej nie przeciągać zasugerowałem, aby żonka bezpośrednio po pracy do swojej mamusi pojechała, i nie zwlekając rosół z kury gotować zaczęła. Na zakończenie przekazałem jeszcze sugestię, że najlepszą byłaby kura kupiona na Bazarze Różyckiego, lub bezpośrednio od chłopa na targowisku za Halą Mirowską.
    - Takie na rosół są najlepsze, a staraj się wybrać najtłuściejszą. Poznasz po lekko żółtawym kolorze. Ja do was przyjadę, aby później bańki mamusi postawić. A i jeszcze jedno: zrób koniecznie makaron, taki na co najmniej trzech jajkach. Jajka też powinny być wiejskie, a nie jakieś tam sklepowe, bo one są mało warte, i dobry makaron nie wyjdzie.
    I takim to stwierdzeniem rozmowę zakończyłem. Prawie zatarłem ręce: no to ma Agatka zajęcie na całe popołudnie. I niech się córeczka stara, bo >matka jest tylko jedna<, a w potrzebie pomóc jej trzeba.
    Co do baniek to wiedziałem, że solidny komplet u teściowej się znajduje, ale od kilku lat używany nie był, bo od czasu śmierci babci mojej żony nikt jakoś na to nie wpadł, albo może i potrzeby takiej nie było.
    Powiem od razu i całkiem szczerze: baniek nie stawiałem nigdy, ale słyszałem, że ich skuteczność w leczeniu różnych dolegliwości bywa nie do przecenienia.
    „Cholera, ale jak się te bańki stawia? Przecież nie mogę się zblamować, skoro już gotowość do tego zgłosiłem. A jeśli to nie na taką chorobę?” - zacząłem się martwić nie na żarty.
    Trudno: >słowo się rzekło, kobyłka u płota<, muszę coś wykombinować. A może teściowa się nie zgodzi?
     Rozwiązanie, i jak to często bywa, napatoczyło się samo.
    
    Dobrym zwyczajem naszego zespołu w instytucie było wspólne picie kawy, takie gremialne, z ceremoniałem. Trwało to zawsze dobry kwadrans. Kwadrans, i nie dłużej.
    Schodziliśmy się wtedy wszyscy do pani Bożenki, osoby co najmniej bardzo doświadczonej w różnych, najróżniejszych sprawach, i popijając kawusię wymienialiśmy uwagi i spostrzeżenia na najróżniejsze tematy. Ot sympatyczny, koleżeński posiad.
    Wiedząc że sprawę mam ważną, zaraz na początku zgłosiłem nieśmiało pytanie, czy ktoś może wie jak się stawia bańki. Wszystkie, i jak na komendę oczy, skierowały się na panią Bożenkę. Natychmiast wyczuła, że oto cała w niej nadzieja, a zaznaczyła to nieznacznym uchyleniem kącików ust. Po niedługiej chwili zaczęła udzielać najpierw informacji, a potem instruktażu.
    - To wszystko zależy od tego komu, i przy jakiej chorobie stawia się bańki.
    Gdy wyjaśniłem co i jak, zaczęła tłumaczyć:
    - Najpierw to trzeba plecy pacjentce dobrze umyć, i frotową, szorstką rękawicą mocno wyszorować, aby skórę pobudzić do życia.
    - A szczotka ryżowa może być? – wtrącił Tadzio, który cały czas i w skupieniu celebrował parzenie kawy w swojej fikuśnej filiżance.
    - Swoją teściową to ty byś najchętniej szczotką drucianą potraktował. Już ja to wiem, już ja cię dobrze znam – prychnęła Bożenka.
    - No nie, drucianą to może nie – lekko westchnął Tadzio.
    - Ale może taką miotełką z brzeziny? Jakby tak mocno wysmagać, to też skórę rozgrzeje. A jeszcze teściowej, to już ho lala – zauważył milczący dotąd Stefan, który właśnie otworzył swój maleńki, turecki ekspres ciśnieniowy do kawy.
    Tego już było za dużo dla pani Bożenki:
    - Ty Stefan to pij tą swoją pachnącą kawę, a ty skończ wreszcie celebrę z tym parzeniem, bo patrzeć już na to nie mogę – zwróciła się do Tadzia, który kończył właśnie rozgrzewanie dna porcelanowej filiżanki o co najmniej wymyślnych kształtach.
    - Bożenka, spokojnie. My cię tu z uwagą słuchamy, a zwłaszcza - jak widzisz, robi to nasz młodszy kolega, któremu za niedługo przyjdzie się zmierzyć ze straszliwą chorobą teściowej. Z teściową sprawa, to rzecz arcy-poważna. A filiżankę to ogrzać się należy z każdej strony, bo wtedy kawa lepiej się zaparzy i bardziej pachnie – i z typowym dla siebie stoicyzmem zaczął Tadzio delikatnie upakowywać swoje porcelanowe cudo do korkowego futerału- uchwytu.
    Widząc mój pytający wzrok, pani Bożenka przełknęła łyk kawy i kontynuowała:
    - Bańki należy wytrzeć flanelką do sucha, aby na rantach nie było broń Boże czegoś tłustego, na przykład kremu do rąk. Muszą być prawie wyjałowione, aby lepiej trzymały. Potem trzeba przygotować lichtarz z zapaloną świecą, a na głęboki spodek nalać spirytusu. Aha, jeszcze wcześniej zrobić sobie trzeba taki sztyft z tamponem gazy na końcu, którym po zamoczeniu w spirytusie i zapalonym od świecy, wypalać się będzie powietrze z bańki trzymanej tuż nad skórą pacjenta.
    - A czy dla teściowej nie szkoda czystego spirytusu, bo jak rozumiem będzie on wypalany? Czy na przykład samogon, no taki >trzykrotnie przegoniony<, nie wystarczy? - zapytał znowu Tadzio, który właśnie skończył wlewanie wrzątku do filiżanki, i zaczął nakrywanie jej wełnianą czapką krasnoludka, aby, jak twierdził, ciepła nie uroniła.
    - Tadzio, – z niedowierzanie wtrącił Maciek - a skąd ty trzykrotnie goniony samogon weźmiesz? Przecież tobie zdarzyło się zacier wypić.
    - No nie spożywałem go sam. Byłeś przy tym, a i Stefcio czas jakiś przy degustacji był obecny.
    - No był, ale potem chyba zasnął ... – nie dokończył Maciek, bo pani Bożenka walnęła dłonią w blat biurka, aż szklanki prawie że podskoczyły.
    - Zamkniecie wreszcie te swoje dzioby, czy nie?! Ja tu o poważanych sprawach, a oni sobie śmichy-chichy urządzają. Tam kobieta chora leży, na pomoc zięcia czeka, a oni nawet poinstruować go nie pozwolą!
    Ucichło od razu, bo posłuch to pani Bożenka miała, oj miała. Przełknęła kolejny łyk kawy, i lekko odsapnąwszy, jechała dalej z instruktażem:
    - Bańki najlepiej zacząć układać od góry pleców poczynając, wzdłuż, ale nie na samym kręgosłupie. Sądzę że więcej jak po trzy to się nie zmieszczą, a potem to jeszcze tak po cztery z każdej strony. Razem będzie czternaście baniek i starczy. Trzeba bardzo uważać, aby w okolicach nerek nie postawić, ale to widać po żebrach. Nie stawia się niżej niż dwa palce od końca żeber.
    - A jak ktoś jest tłusty, i żeber mu namacać nie można? – spytał Maciek, który mógł się poszczycić słuszną posturą.
    - Już ja bym Maciusiu wiedziała gdzie twoje żebra, już ja bym wiedziała – zaironizowała pani Bożenka.
    - A, a jak długo takie bańki trzymać trzeba? – zapytałem już prawie świadom, jak do operacji uzdrawiania teściowej przystąpić mi należy.
    - Oo! I to jest dobre pytanie – zostałem natychmiast pochwalony. – Bańki po postawieniu trzeba trzymać od dziesięciu, do piętnastu minut. Nie krócej i nie dłużej. Trzymać pod lekkim, ale szczelnym okryciem. Najlepszy do tego jest dziecięcy kocyk, lub lekka kołdra.
    Jako że rytuał kawowy został zakończony, przeszedłem do swojego pokoju i stosowne dyspozycje Agatce przekazałem.
    - Dobrze, wszystko przygotuję jak należy. Wyjdę z pracy wcześniej, aby jak przyjedziesz do mamusi, wszystko było już przyszykowane.
    
    Było późne popołudnie jak zastukałem do drzwi. Agatka otworzyła natychmiast informując, że i obiad – to znaczy talerz solidnego rosołu z domowym makaronem - mam już prawie na stole, a i solidne udko do obgryzienia jak lubię.
    - A jak tam mamusia? – zapytałem z niepokojem.
    - Ano leży, przykryta kołdrą puchową i kocem z wielbłądziej wełny, i co i raz szczęka zębami.
    - Jak tylko zjem i ręce rozgrzeję, to się bierzemy za bańki.
    
    Pacjentka była nad wyraz cicha i spokojna. Jak nigdy.
    - Mówisz, mój zięciuniu najlepszy, – nota bene Agatka jest jedynaczką - że to >zimnica<, i że ty mi pomożesz? Nie słyszałam o takiej chorobie - dał się słyszeć cichy, pokorny i pełen nadziei głos spod kołdry.
    - Noo, ja tak to widzę. U nas w Galicji to babcia-nieboszczka zawsze zimnicę bezbłędnie diagnozowała, ale babcia już na tamtym świecie. Mam nadzieję, że ją godnie zastąpię.
    Jako że wszystko było przygotowane, przystąpiłem do działania, cały czas koncentrując się na wskazaniach pani Bożenki.
    Baniek postawiłem nie czternaście, ale szesnaście. A co tam będę teściowej żałował. Każda i natychmiast wypełniła się wciągniętą do środka skórą.
     - Teraz trzeba spokojnie z kwadransik poleżeć, i starać się nie ruszać, aby nie poodpadały – zaordynowałem >ze znawstwem<.
    Pacjentka ani drgnęła.
    „No – pomyślałem sobie – teraz jeszcze kuracja wewnętrzna, i powinno być dobrze”.
    - Mamusia zjadła rosołek? – zapytałem Agatki, która już zabrała się za uprzątanie świecy, nieco nadpalonego tamponu i pozostałych rzeczy.
    - Zjadła, ale nie bardzo miała apetyt. Ledwo w nią wmusiłam niepełny talerz.
    - No tak to bywa przy zimnicy. Tak to niestety bywa – mruknąłem jakby mimochodem.
    Spirytusu zużyłem niewiele, no ale reszty z głębokiego spodeczka do butelki postanowiłem już nie zlewać. Wiedząc że pacjentka nic widzieć nie może, podszedłem do serwantki i po jej otwarciu zlustrowałem stan barku.
    Noo, nie powiem, było na czym oko zawiesić. Zna się teść na rzeczy. Pliska do połowy odpita stoi, więc dla kurażu kieliszek sobie nalałem i szybciutko ciach. Ciepło rozeszło się po kościach. Zajrzałem w głąb barku.
    Pliska Pliską, ale skąd ta Żołądkowa gorzka w narożniku, i żeby nie skłamać: też do połowy odpita? Przecież teść nigdy by czegoś takiego do ust nie wziął. Tak przynajmniej deklarował, a kłamać nie miał chłop powodu, bo i po co. Aha, już wiem: to jest pewnie ten ponczyk. Czekaj no sobie teściowo moja, już ja ci tu ponczyku podam. Od serca, tylko kieliszeczek, na rozgrzewkę. Antybiotyków nie zaordynowano, więc kropelkę alkoholu pacjentowi podać można, tak dla rozgrzewki.
    W górnej części barku, na solidnej szklanej półeczce stały różne kieliszki, a wśród nich przedwojenna jeszcze chyba >stopka<, taki dorożkarsko-furnański kieliszek. No w żadnym razie nie szklaneczka, no nie szklaneczka, tylko solidny kielonek na pogrubionej podstawce. Na oko jakieś ... 120 gram. Po cichutku wlałem do niego, tak do połowy, Żołądkowej gorzkiej, a resztę dopełniłem spirytusem ze spodeczka, nie wykorzystanym do końca przy stawianiu baniek. Stopka była prawie pełna.
    
    Po kwadransie zdjąłem delikatnie bańki. Wciągnięta do niektórych skóra, zwłaszcza tych na bokach, miała barwę fioletową, co według instruktażu pani Bożenki sugerowało, że to bardzo dobrze, bo >chorobę wciągnęło do środka<.
    - Będzie dobrze, teraz trzeba poleżeć spokojnie co najmniej dwa dni, nigdzie broń Boże nie wychodzić, a zimnica przejdzie. A i jeszcze jedno: to niech mamusia wypije, ale tak bez deliberowania: ciach i już.
    Nigdy bym się po mojej teściowej takiej dzielności nie spodziewał. Nawet się wiele nie skrzywiła, a stopka już była pusta.
    - No ale trzeba żeby było do pary, albo jak mówią: na drugą nóżkę.
    - Ja ciebie we wszystkim posłucham, mój ty najlepszy zięciu – po raz wtóry usłyszałem miły dla każdego chłopa komplement. – Ale to mocne jakieś było, albo ja taka słaba przy tej chorobie.
    - Nie za mocne było, nie za mocne. Mamusia zimnicą osłabiona, to jej się tam może trochę i wydaje - i wykonałem taki sam zestaw: pół stopki Żołądkowej, a do pełna spirytusiku.
    W sumie razem: jakieś dobre 200g siarczystej gorzały.
    - To już mamusię na pewno od środka rozgrzeje, a jutro będzie lepiej - i z uśmiechem podałem stopkę, która już w nieco wolniejszym tempie, ale została opróżniona.
    Agatka przyglądał mi się z lekkim niepokojem, a po wyjściu z pokoju zapytała:
    - Ty chorej mamusi wódki podałeś?
    - No kieliszeczek tylko, mały kieliszeczek kochanie. Tak dla kurażu. Jedźmy do domu, bo chora na zimnicę potrzebuje teraz spokoju, a i zapewne za chwilę zaśnie.
    
    Kuracja moja okazała się nad wyraz skuteczna.
    Zimnica po dwóch dniach ustąpiła całkowicie, a teściowa poczuła się znakomicie.
    Takim to sposobem zaskarbiłem sobie wieczyste łaski u teściowej mojej, czego i Wam życzę.
    No i to by było tyle. Na ten temat.

    Jeden z najlepszych zięciów
        Kazimierz Dymek