Opowiadania


 

Matczyne korale

      
    W jednej wsi niedaleko Myślenic mieszkał młody stolarz Janek. Od wielu lat był półsierotą, bo matka odumarła go przy porodzie brata. Ojciec, zajęty zarobkowaniem, nie bardzo miał czas aby zajmować się gromadką dzieci, poruczając opiekę nad nimi babce i najstarszej córce. Łatwo nie było, ale wszyscy razem i pospołu jakoś tam sobie radzili.
    Od małego nakłaniany był Janek do pomagania innym, a w razie potrzeby radzenia sobie samemu. I nauczył się tego. Na początku bywało różnie, a to z powodu dość mikrej postawy. Przyczyną mizerności było ciągłe prawie niedożywienie, spowodowane przebywaniem całymi nieraz dniami w polu. Pasienie krów lub pomaganie w robotach było po prostu koniecznością. W domu Janka nie przelewało się. Ojciec całymi dniami pracował gdzieś u ludzi, a siostra co tam mogła, to ugotowała. Nieraz bywało, że tylko sapkę na mleku. Pochlipali wszyscy z jednej miski i musiało wystarczyć.
    Ta pół nędza prawie skończyła się, gdy w odwiedziny przyjechała ciotka i zarazem matka chrzestna Janka. Była to najmłodsza siostra ojca, którą wydano za mąż za zamożnego stolarza mieszkającego gdzieś za Krakowem.
    Samego wesela ciotki nie zapamiętał Janek prawie wcale, mimo że było ono huczne. U dziadków grała wtedy muzyka, śpiewali i goście i druhny z drużbami, a tańcowano ile wlazło. Nie wiedzieć czemu, ale w pamięci utkwił Jankowi jedynie ceremonialny wyjazd nowo poślubionej z rodzinnego domu. Dwa dni po uroczystościach jej posag załadowano na solidną furę, z tyłu przywiązano powrozem dorodną jałówkę, w okrągłym koszu piulkało stadko gąsiątek.
    Na siedzisku furmańskim, przykrytym już derką, jako ostatni położony został osobisty obraz wyjeżdżającej z domu. Taki był obyczaj, że zakupiony dla dziecka na odpuście w Kalwarii obraz, towarzyszył takiej osobie już zawsze.
    - Jedźmy, - powiedział furman - bo za Kraków daleko, a na wieczór trzeba nam stanąć na miejscu. W nocy to żadna jazda. Żeby ino nie loło – rozejrzał się z troską po niebie.
    Gdy koniom odjęto obroki i furman pochwycił lejce, ciotka uklękła na progu rodzinnej chałupy, a matka z ojcem wykonali nad jej głową znak krzyża. Ostatnim gestem było pocałowanie ich w rękę.
    - Zostańcie z Bogiem.
    - Niech cię córko Bóg błogosławi na nowym gospodarstwie. A zaglądaj tu do nas najczęściej jak możesz. Nie zapominaj o nas.
    Tak zapamiętał Janek swoją matkę chrzestną.
    Upływały kolejne lata, a ciotka nie przyjeżdżała.
    
    Kiedy Janek skończył dwanaście lat, nieoczekiwanie w jego rodzinnym domu pojawił się długo oczekiwany gość. Radość zapanowała wielka, bo ciotka zza Krakowa dla każdego coś miała: a to koraliki kolorowe dla młodszych sióstr, a to kozik składny dla Jankowego brata, to znowuż wzorzystą chustkę z atłasu dla najstarszej siostry. Chrześniak czekał cierpliwie wiedząc, że dla niego to na pewno będzie coś ekstra.
    - A to dla ciebie mój Jasiu – powiedziała ciotka, i na stole położyła całkiem spore zawiniątko.
    Obdarowany ostrożnie rozwinął pakunek, a ze środka wyjrzały najpierw solidne skórzane trzewiki, potem portki na szelkach, koszula, a na samym dnie leżał całkiem spory, wełniany i z kieszeniami, kabatek na podszewce.
    - Pewnie to będzie trochę duże na ciebie, no ale nie wiedziałam ileś ty urósł.
    I ubranie i buty rzeczywiście były ciut za duże, ale tym akurat się nie martwiono. Gorzej byłoby w przeciwnym przypadku.
    Na koniec ciotka położyła jeszcze na stole sporą tubę cukierków. Dla wszystkich.
    Gdy powszechna radość z prezentów nieco opadła, a buzie wypełnił się słodyczami, ciotka uroczystym prawie głosem objawiła rzeczywisty cel swojej wizyty.
    - A ja to żem tu Jasiu po ciebie przyjechała. Masz już swoje lata, to i fachu jakiegoś powinieneś się nauczyć. My mamy dużą stolarnię, roboty w niej huk, to i dla takiego jak ty, jakieś zajęcie się znajdzie. Moi synowie, a twoi kuzyni, są jeszcze za mali, aby w warsztacie pomagać. Na początek to pewnie wióry będziesz zamiatał, ale się nie martw, bo każdy stolarz, nawet majster nad majstrami, tak właśnie swoją karierę zaczynać musiał.
    Tak naprawdę, to martwiła się trochę ciotka o swojego chrześniaka, a i czuła się w obowiązku losem jego interesować wiedząc, że jej brat o przyszłość syna zadbać odpowiednio nie może, bo możliwości nijakich na to nie ma. Wysyłanie na służbę do bogatego gospodarza to było w zasadzie jedyne, co takiego podrostka spotkać mogło. Wiedząc o tym, żona zamożnego stolarza postanowiła zatroszczyć się o bratanka półsierotę.
    Tak to los prawdziwie uśmiechnął się do Janka, który już następnego dnia z ciotką za Kraków pojechał, żegnany udawanym nieco popłakiwaniem sióstr. Kamień z serca spadł ojcu, któremu coraz trudniej było wyżywić pięć, wiecznie głodnych gęb. Darmowe przyuczenie syna do zawodu stolarza, do tego jeszcze pod okiem i w domu siostry? Toż to prawdziwy dar niebios. Zawód stolarza cieszył się powszechnym poważaniem, no i był bardzo intratny.
    
    Zdolnym okazał się Janek uczniem. Już po roku terminu potrafił trzymać mały hebelek w ręku, wymierzyć i uciąć odpowiedni kawałek drewna, sprytnie przytrzymać obrabiane elementy. Po paru latach samodzielnie już obsługiwał tokarnię napędzaną zamachowym kołem, potrafił profilować ranty długim rabankiem lub frezowymi heblami, bez problemu wykonywał proste sprzęty domowe.
    - Udał ci się chrześniak – z uśmiechem mawiał majster do swojej żony. - Będą z niego ludzie. Jeszcze kilka lat praktyki, a czeladnikiem bez problemu zostanie.
    Rzeczywiście, po kilku następnych latach nie tak może nauki jak intensywnej praktyki, potrafił Janek wykonać każdą rzecz, jaką zamówiono w stolarni wujka.
    Gdy skończył 21 lat, przy dużym wsparciu majstra został wyzwolony na czeladnika, i od tej pory mógłby być już nie uczniem, ale opłacanym jak inni, pełnoprawnym robotnikiem w warsztacie.
    Widząc podrastających kuzynów, a zwłaszcza najstarszego, któremu pod nieobecność ojca wypadało już nieco kierować stolarnią, Janek uznał że pora mu wracać w rodzinne strony.
    Ciotka początkowo próbowała oponować, no ale zarówno wiek chrześniaka jak i realia w rodzinnym warsztacie wyraźnie sugerowały, że pora się Jankowi usamodzielnić.
    I wrócił do rodzinnego domu w okolice Myślenic, przynosząc w sporym worku kilka, co najważniejszych stolarskich narzędzi.
    
    A w domu rodzinnym było już zgoła inaczej. Dwoje brzdąców najstarszej siostry raźno śmigało po izbie, a młodsze siostry coraz śmielej wyczekiwały na kawalerów. Tylko ojciec pochylił się nieco w ramionach, a pasmo siwych już włosów opadało mu na oczy.
    - No to jesteś synu stolarzem – powiedział z dumą w głosie.
    - Ano jestem tato, jestem.
    - To teraz musisz sobie narzeczoną z warsztatem znaleźć – zażartował szwagier.
    Nie wiedział Janek jaki warsztat miał szwagier na myśli, ale istotnie zaczął dostrzegać urodę dziewczyn z rodzinnej wsi. A było ich sporo.
    Zarabiając dorywczo tu i tam, namówiony przez kolegów poszedł na zabawę odpustową do sąsiedniej wsi. Tam, już na początku zabawy, wpadła mu w oko dorodna dziewczyna z kruczoczarnym warkoczem na wielkiej kolorowej chustce tybetce.
    - Co to za jedna? – zapytał nieco nieśmiało stojącego obok kolegi.
    - Aa, podoba ci się – zauważył tamten w lot. – To Marysia od Kurka, córka grubego gospodarza z drugiej wsi. Ale nie dla takich ona jak my – dokończył prawie ironicznie.
    - Ona, a zwłaszcza jej ojciec, - wtrącił drugi kompan - to na bogatego kawalera czeka. Stary stale powtarza, że za byle kogo to on córki nie wyda, i że musi to być ktoś >bogaaaty<.
    Obydwaj, nieco już podchmieleni, parsknęli śmiechem.
    „Ja nie jestem byle kto” - wziął sobie na ambit stolarz Janek.
    I zatańczył z nowo poznaną Marysią raz i drugi, a raz nawet muzykantom przypłacił. Tańcząc próbował zagadać o tym i o owym, ale dziewczyna nie wykazywała zbyt dużej ochoty do rozmowy. Kolejnych tańców jednak nie odmawiała.
    „Skromna, nie daje sobie zawracać w głowie. Innym dziewczynom to się gęba nie zamyka, a ona taka poważna” – coraz intensywniej i cieplej myślał o nowo poznanej partnerce.
    Od słowa do słowa i dogadali się, że za tydzień będzie kolejny odpust. Tym razem w parafii Marysi. Janek od razu obiecał że przyjdzie, co nie wywołało jednak żadnej reakcji.
    
    Od lat w miejscowej tradycji było, że odpustowy podarunek dla dziewczyny oznacza staranie się kawalera o jej rękę, a symbolicznym wręcz dowodem oficjalnych oświadczyn, było kupienie dla niej odpustowego serca z piernika. Wiele sobie Janek po spotkaniu przy kiermaszowych kramach-straganach obiecywał.
    Siostry, widząc gorączkowe wręcz szykowanie się brata do wyjścia na odpust, w mig odgadły i zaczęły żartować, że widocznie „ma kogoś na oku”. Janek, uśmiechając się nieco zagadkowo, nie zaprzeczał.
    Jak zwykle, na odpuście było mrowie ludzi. Takich z bliska i z daleka, bo to zwyczajowy czas spotkań, kontaktów, wizyt rodzinnych, a nawet swatania czy oświadczyn.
    Janek szybko odnalazł wzrokiem Marysię w tłumie kręcącym się między straganami. Nie było to trudne, bo jej postawna figura wyróżniała się z grupy dziewcząt.
    Aby nie podchodzić z pustymi rękami, młody stolarz zakupił szybko dużą papierową tubę cukierków, i śmiało podszedł do dziewczyny.
    Po zwyczajowym, ale nie za długim krygowaniu, cukierki zostały przyjęte.
    Dłuższą chwilę ze sobą rozmawiali, ale rozmowa wyraźnie się nie kleiła, bo Marysia, niby to rozglądając się za młodszym rodzeństwem, jakby wyraźnie kogoś oczami szukała.
    Janek tego nie dostrzegał, bo wzrok swój skupił na urodzie dziewczyny, urodzie której zazdrościła jej niejedna koleżanka.
    Na zabawie odpustowej tańczyli ze sobą wielokrotnie, ale Marysia także chętnie szła w tany z innymi kawalerami, a zwłaszcza Albinem, który donośnym głosem rej wodził przy kontuarze z piwem i wódką. Albin był synem jednego z najbogatszych gospodarzy we wsi.
    Gdy zabawa tak koło północy dobiegła końca, to na odchodnym Janek zaproponował że odprowadzi Marysię do domu. Idąc wraz z córkami sąsiadów nie zaoponowała, dając mu tym samym do zrozumienia, że nie został całkowicie zignorowany.
    I w mniemaniu Janka, a i zwyczajowo, odprowadzenie dziewczyny do domu rokowało jakąś nadzieję na dalsze, bardziej zaawansowane starania.
    
    - Jak po moją Marysię parą koni przyjedziesz, to się zastanowię – odrzekł Kurek, ojciec potencjalnej narzeczonej
    Stało się tak w trakcie przygodnego niby spotkania i rozmowy pod kościołem.
    Z opuszczoną głową udał się Janek do swojego domu: pary koni nie miał, a i nadziei na ich kupienie też.
    „Konie to prawdziwy majątek. Furman to przecież gospodarz całą gębą. A ja co? Para, ale rąk do pracy. I tyle.” – rozmyślał mocno przygnębiony
    - A nie turbuj że się chłopie. Znajdź sobie jakąś porządną robotę, idź między ludzi, a dziewuch to przecież na świecie co niemiara. Ładniejszą od Marysi sobie znajdziesz, a i taką, co będzie się o ciebie starać, i nie będzie nosem nad tobą kręcić – poradził mu mocno starszy sąsiad Ciachraj, ojcowy kumoter, widząc jak Janek już od godziny siedzi ze spuszczoną głową, i patrzy w swój ledwo co napoczęty kufel piwa.
    Znał dobrze stary Marysinego ojca. Znał i wiedział, że w razie ożenku, to pod jego dachem Janek dobrze miał nie będzie, oj nie. Otóż młodsza siostra Cichraja była pierwszą żoną Kurka, ale przy porodzie drugiego dziecka zmarła.
    - Toż to tyran jest, a nie człowiek. Dwie kobity już pochował, a i za trzecią się ogląda – przytakiwał Cuptaś, drugi sąsiad Janka, który zwyczajowo również zachodził po sumie do karczmy.
    Wszyscy we wsi wiedzieli, że Kurek wyraźnie lekceważył steranego życiem Ciachraja, mimo że ten był kiedyś pierwszym jego szwagrem, a i wcale nie biednym gospodarzem.
    - A przecież ten Janek to jeszcze młody jest. Po co mu się tak szybko żenić. Toż ten Kurek parobka sobie z niego zrobi. Zrobi jak nic – wtrącił kolejny kompan przy kontuarze.
    - No Marysia ładna jest, nie powiem. Po babce i matce tako, a i morgi swoje też ma, ale po tatusiu, to: wyży sro niż dupe mo. Zresztą oni wszyscy tacy – wtrąciła obcesowo stara Cholewina, która niby to przypadkiem trafiała do karczmy, aby tam jak zawsze i regularnie ciut przydługo, robić swoje niedzielne sprawunki.
    Istotnie, ładna była Marysia od Kurka, ale i Janek, mimo że całkiem jeszcze młody, był już dostrzegany przez wioskowe dziewczęta. Niejedna słała mu promienisty uśmiech, zwłaszcza podczas dostojnego, powolnego wychodzenia z kościoła po sumie, na którą on z upodobaniem chodził, siadając zawsze na chórze, po lewej stronie organów. Lubił tam siadać i z góry obserwować co się podczas mszy dzieje.
    Od jakiegoś czasu swój wzrok mimowolnie kierował w stronę drugiej ławki od przodu, ławki prawie kolatorskiej, w której zwyczajowo zasiadała rodzina Marysi. Ona też tam zawsze była, nakryta piękną, jasną chustką tybetką z kwiatami.
    - Noo. Taki gołodupiec. Co se to tyż taki o sobie myśli – wydała opinię o Janku teściowa Marysinego przyrodniego brata, która sama będąc wdową, coraz częściej pojawiała się w domu Kurka, podwójnego już wdowca.
    Pół ironiczny uśmiech wykwitał na twarzy gospodarza, przekonanego że po jego córkę, to kawalery będą bryczkami zajeżdżać. Szczególne na jednym mu zależało, nie ukrywał tego, a był to nieco już podstarzały kawaler Albin – jedynak, a przez to absolutny spadkobierca sporego gospodarstwa.
    Co prawda Albin rozsyłał o sobie pogłoski, że jakoby w każdej z okolicznych wsi dziecko swoje znaleźć może, ale nikt tego tak naprawdę serio nie traktował. Wiadomo, gada po pijaku byle co, aby sobie przed kompanami splendoru kawalerskiego dodawać. Coś takiego było przecież absolutnie źle widziane, z ambon ostro tępione, no ale że to Albin gada, jedynak i dziedzic całą gębą, toteż i przymykano oko na jego dokazywanie. Ot kawalerska fantazja. Ożeni się i ustatkuje. Jak każdy.
    
    Marysia, od czasu do czasu podpytywana przez ojca o Albinowe względem niej awanse, odpowiadała że i owszem są, ale takie jakieś inne niżby oczekiwała.
    - A toby trzeba było mu zasygnalizować, że za Marysią to się inni oglądają, a ona na nikogo czekać nie musi. Taki Janek, jakby ją odprowadził raz czy drugi, toby się nic przecież nie stało. A niechby se ta pochodził. Niechby se pochodził, i Albina na ambicji podkręcił.
    Teściowa Marysinego przyrodniego brata wiedziała wszystko, znała się na wszystkim, a na swataniu to już szczególnie.
    - No, może by to i dobre było, ale on przecie dziod. Co on mo: dwie ręce? A pole gdzie, a chałupa gdzie? Za dziada córki nie wydom – z dezaprobatą kiwał głową stary Kurek.
    - No ale to by było ino tak dla oka, a nie po to, żeby się z Marysią od razu żenił. >Puty stokłoska chodzi, dopuki się pszenicka nie narodzi<. Nie wiedzieliście tego?
    Ponowne kiwnięcie głową oznaczało przyznanie racji.
    Takim to sposobem Janek był, a zarazem i nie był Marysinym kawalerem. Na nieśmiałe zapytanie czy by za niego wyszła, dziewczyna prawie bez emocji odrzekła:
    - Jak tata powiedzo, tak będzie.
    
    I co było robić? Coraz większa desperacja ogarniała Janka: warunek przez Kruka - potencjalnego teścia - postawiony, a i Albin jakby zdawał się być coraz bardziej Marysią zainteresowany.
    Po kolejnej rozmowie z sąsiadem Ciachrajem, Janek postanowił zarobić na cugowe konie, mimo że nie bardzo mu były one potrzebne, bo ani gospodarstwa nie posiadał, ani po rodzicach niczego nie odziedziczył. Prędzej warsztat stolarski byłby mu przydatny.
    O tym jednak, i nie wiedzieć czemu, nawet nie myślał.
    
    *
    Jarmarki w Myślenicach odbywały się regularnie co dwa tygodnie, w poniedziałki. Janek sprzedawał tam swoje drobne wyroby: stołeczki do dojenia krów, szewskie trójnożne zydelki przypinane pasem do bioder, różnorakie krzesełka, mniejsze stoliki. Ot, drobnicę stolarską, którą udało mu albo samemu na targ donieść, albo komuś na wóz włożyć.
    Stając nieco z boku głównej alei, zaprzyjaźnił się ze starym powroźnikiem Krygierem, który od lat ustawiał stragan na jarmarku, i sprzedawał ludziom swoje wyroby. Utargi miewali różne. Jak lał deszcz, to zakrywali lub chowali towar pod liche daszki, sami prawie moknąc, a w pogodę prezentowali je okazale.
    Jednego dżdżystego poniedziałku, jakoś nie wiedząc nawet czemu, wygadał się Janek Krygierowi ze swojego zmartwienia.
    - No i gdzie ja na te konie zarobię? Przecież to dużo pieniędzy potrzeba - zakończył z rezygnacją.
    Znał się na ludziach Władysław Krygier. Tacy jak on miewali spore i częste kontakty na różnych jarmarkach, gdzie bywali przecież regularnie, aby sprzedawać tam swoje wyroby. Mirem powszechnym cieszył się też stary powroźnik z Myślenic, a to przez bardzo dobrą jakość jego powrozów.
    - Ja ciebie rozumiem chłopcze, ale radzę ci: ty się jeszcze dobrze zastanów. Fach w ręku porządny masz, a i młody jesteś. Po co ci się tak szybko żenić? Jak mówisz ten, no, przyszły teść, to chyba jakiś bez duszy człowiek jest. A niechby się córki zapytał którego kawalera by chciała, bo to przecież ona będzie z chłopem żyła, a nie on. No ale cóż. Bywają i tacy, a niejedna morze łez wylała z powodu tatusiowego rządzenia się. Ale nie turbuj ty się zbytnio. Ja się tu coś wywiem po jarmarkach. A może gdzie kto jaką stolarnię otworzył, i pracowitego robotnika poszukuje? Przecie życie jest nie tylko w twojej wsi. Popatrz jaki świat szeroki. Popatrz ilu ludzi na targ stale przyjeżdża, a każdy gdzieś przecież mieszka, i z czegoś żyje. Stolarka wszędzie potrzebna. I na wsi i po miastach.
    Rozjaśniło, a i lżej się zrobiło na sercu Jankowi po przemowie starego Krygiera. Rozjaśniło tak, że i słońce nagle nad placem targowym rozbłysło.
    Nie wiedział, bo i skąd miałby wiedzieć, że Krygier chętnie by widział młodego i zaradnego stolarza jako zięcia. Dla swojej ulubionej córki Emilii. Byliby udanym stadłem, bo ona jak żadne z dzieci, chętnie garnęła się do pomocy, a głowę i ręce miała: >do tańca i do różańca<.
    Jak nigdy dotąd, wszystko na tym jarmarku młody stolarz sprzedał. Wszystko co miał, jakby na dobrą wróżbę. Do domu wrócił wyraźnie uradowany.
    
    Wiedząc że Krygier to człowiek słowny, i że jak coś przyobieca to spełni, Janek zrobił mu z wdzięczności piastowskie krzesło dla żony.
    Jadąc na kolejny jarmark załadował tym razem swój towar na wóz Ciachraja, i pojechali bardzo rano.
    Krygiera jeszcze było, bo zwyczajowo rozkładał swój stragan nieco później. Tak było zawsze. Na jarmarku pierwsze targi obywały się zawsze w rejonie kwartału z bydłem.
    To tam najpierw spieszyły tłumy i sprzedających i kupujących. Trzeba było się pospieszyć, aby kupić dobrą sztukę bydła, albo wybrać ładne prosiątko. Nie za długo po brzasku co lepsze były już poprzebierane.
    Sprzęty domowe, narzędzia gospodarskie, buty i ubrania, kupowano zawsze na końcu, tuż przed odjazdem z targowiska.
    
    - No mam ja Janku wieści dla ciebie, a widzi mi się co dobre. Byłem w zeszłym tygodniu w Nowym Targu, i pogadałem z takim jednym majstrem, stolarzem. Szuka dobrych, nie pijących czeladników.
    Jankowi prawie oczy się zaświeciły z wrażenia. Przysunął się bliżej powroźnika.
    - I co? I co on powiedział?
    - Koło Lewoczy, na Luptowie, jeden proboszcz remontuje kościół od środka. Będzie wymieniał ołtarze, suchalnice, ambonę i prospekt organów. Swoich zatrudnić jakoby nie chce, bo ponoć na niego do austriackich władz donosili. Ugodził się tam majster z Naprawy, no i to on szuka dwóch sprytnych pomocników. Powiedziałem mu o tobie, no i przyjdzie tu na przyszły jarmark.
    Na taką wiadomość Janek z radości aż podskoczył. Uradowany przyniósł solidnie wykonane piastowskie krzesło z podłokietnikami, i prawie tryumfalnie postawił je przed Krygierem.
    - To dla waszej żony.
    - No piękne, piękne krzesło. Ile za nie?
    Dłuższą chwilę trwało, zanim Krygier zgodził się wziąć mebel za darmo. Nie trwało jednak długo, a z grubszych i cieńszych powrozów uplótł dla młodego stolarza praktyczne nosidło do zakładania na plecy, nosidło z pętelkami do przyczepiania i dźwigania przeróżnych, czasem niekształtnych rzeczy. Radość Janka jeszcze się powiększyła.
    Mając nadzieję na spotkanie z majstrem stolarskim, młody stolarz zrobił specjalny szewski stolik z kilkoma szufladkami, i przyniósł go na kolejny jarmark.
    - Noo, może być – odparł majster jakby od niechcenia, ale kiwnięcie głową było dowodem, że dobrze ocenia tą, niby drobną robotę.
    - Mam z proboszczem ugadane, - zaczął po chwili - że robotę zaczniemy na Zofię, żeby przez całe lato zrobić co tam trzeba będzie. Przyjdź na jarmark do Nowego Targu.
    Ta lakoniczna wypowiedź majstra oznaczała, że Janek został zaangażowany.
    
    Kościół koło Lewoczy był duży, z kilkoma bocznymi ołtarzami, kaplicą, i wielką zakrystią, w której stały rzędy wysokich szaf z szufladami.
    I w prezbiterium, i na bocznych ołtarzach uwagę zwracała ogromna, niespotykana w innych kościołach ilości wotywnych darów, w tym arcyładny i zapewne bardzo cenny zbiór korali, o którym proboszcz mówił, że to najładniejszy i największy w okolicy.
    - Nigdzie takiego drugiego nie znajdziecie – mówił z dumą, wskazując co cenniejsze komplety.
    Istotnie, było na co popatrzeć, a korale trój, pięcio, a nawet siedmio sznurowe, nie były jedynymi darami. W skrzynkach wisiały jeszcze mniejsze i większe ryngrafy, srebrne, a nawet złote serduszka gorejące, no i niezliczona ilość medalików, naszyjników perłowych i z bursztynu.
    Roboty dla stolarzy było istotnie sporo, bo ksiądz postanowił wymienić w kościele wszystkie drewniane sprzęty, konstrukcje, ozdoby i ornamenty. Przebudowano trzy ołtarze, konfesjonały, ambonę, schody i balustradę na chórze, a na końcu prospekt organów.
    Pracowali do września, a na świętego Michała przekazali całość prac.
    Okoliczni księża, przybyli na oglądanie zrekonstruowanego kościoła, byli wprost zachwyceni kunsztem zdobień i solidnością wykonania.
    Kilku z nich od razu zaangażowało ekipę stolarzy do drobniejszych już robót w swoich parafiach.
    I znowu robił Janek: a to konfesjonał, a to komplet wielkich skrzyń na kolatorskie świece procesyjne, a to znowuż szafy, pułki i stelaże na szaty i naczynia liturgiczne. Jedną z robót było nawet wykonanie katafalku z solidnych dębowych desek.
    - Ten stary to mi się podczas pogrzebu połamał – objaśniał proboszcz. – Chowaliśmy wtedy starego karczmarza. Jak weszli z ciałem, to trumnę krzywo postawili, no i wtedy gruchnęło. Niewiele brakowało, aby się nam nieboszczyk na kościół wysypał, a był w sobie taki owszem, że to owszem. W sześciu go do kościoła wnosili.
    Majster z Naprawy wyspecjalizował się w robieniu tabernakulum, i mimo że niezbyt to skomplikowana robota, nie powierzał jej pomocnikom.
    
    Podczas pracy u pierwszego proboszcza, Janek i z konieczności i z ciekawości obejrzał zebrane w kościele wotywne dary. Według wskazówek zamawiającego wykonał dla wszystkich zbiorów nowe skrzynki. Nie wiedzieć czemu, ale szczególnie dokładnie przyglądał się koralom.
    „A mamusia, jak jeszcze żyli, to mówili że za takie wielosznurowe, to nawet parę koni kupić by można” – dumał oglądając ogromne wisiory, w których wiele korali było wielkości przepiórczych jaj.
    Jasna twarz Matki Boskiej z wotywnego ołtarza ciepło spoglądała na młodego stolarza, jakby potwierdzając jego myśli ...
    
    Przez cały pobyt na Luptowie Jasio intensywnie myślał o Marysi. Coraz częściej myślał też o stanowisku jej ojca.
    - Oj, ten nasz Jasiek to stale chyba o kimś myśli - zażartował raz ksiądz, widząc ni to smutnego, ni zamyślonego czeladnika stolarskiego.
    - Ale jakby go tak ożenić, to zaraz by mu się wesoło zrobiło – wtrącił ochoczo kościelny, ojciec kilku córek.
    - A są tu w parafii ładne dziewuchy, są. A ile ich? A czekają na szwarnych kawalerów, czekają że hej! – śmiał się ksiądz.
    - A i stolarz by nam się w parafii przydał – dodał sugestywnie gruby organista.
    - Oj przydałby się, przydał.
    Jedna z takich właśnie dziewczyn często przychodziła do świątyni, niby to do posprzątania kościoła przed niedzielą, ale zawsze jednak przynosiła kwaśne mleko robotnikom.
    - A bo to wam na pewno pić się chce - mówiła, znacząco spoglądając na Janka.
    Mimo że ładna była, ten nawet na nią ani spojrzał. Jego myśli były daleko, w innej wsi, a przed zaśnięciem zawsze miał przed oczyma twarz >swojej< Marysi.
    „Ale mi jej nie dadzą, bo ja pary koni nie mam. Jakbym miał, to bym se przed ich chałupe z fasonem zajechał, z bata dwa albo i trzy razy strzelił, kury śmignięciem postraszył, a potem o Marysie zapytał. Nie zrobię tego, a ona się za innego wyda. Już tam pewnie Albin u niej co wieczór przesiaduje” – gorzkie myśli kołatały mu w głowie.
    
    Mimo że za robotę proboszcz solidnie zapłacił, dokładając nawet nieco ponad umówioną kwotę, po podzieleniu nie dostało się Jasiowi zbyt wiele grajcarów. Starczyło co prawda na dobry przyodziewek, solidną parę butów z cholewami, nawet na kożuch, no ale na parę koni już nie.
    Do późnej jesieni dorobili jeszcze to tu, to tam.
    - No, Jaśku, dobrze nam się robiło. Myślę że za ten sezon to sobie ze dwa morgi kupisz, a na wesele mnie proś – pożegnał go majster wręczając kolejną zapłatę.
    Zasugerował też oględnie że jakby co, to na przyszłą wiosnę też go do jakiejś większej roboty zaangażuje.
    Po wypiciu porządnego kielicha Becherowki, ruszyli wreszcie do domu.
    
    A Albin rzeczywiście do Marysi zachodził.
    No i miała ta piękna panna kawalera niby to starającego się, ale tak naprawdę to on chyba czymś zupełnie innym niż ożenek, był zainteresowany. Po takich kilku miesiącach ni to chodzenia, ni nie, Albin odszedł do innej.
    Początkowo Marysia zbytnio nie rozpaczała, bo tak naprawdę to nie bardzo wiedziała, czy chce wychodzić za mąż, czy dalej jeszcze panną sobie chodzić, piękny warkocz na kwiecistą chustkę wyłożyć, i dumnie po wsi paradować.
    - Będzie tak, jak tata powiedzo – powtarzała swoje ulubione zdanie, sugerując że niby taka jest posłuszna woli ojca.
    
    Stary majster nie wiedział, a nawet nie domyślał się, co Janek tak naprawdę zrobił.
    Przed samym odejściem z Luptowa, młody stolarz wrócił do parafii gdzie najpierw pracowali, i zakradł się do kościoła który przez lato dobrze poznał.
    Znając zwyczaje kościelnego, późnym popołudniem wszedł skrycie do kruchy, i ukrył za solidną skrzynią katafalku. Tu go nikt nie zobaczy.
    Gdy zakrystianin tuż przed wieczorem zamknął zgrzytającym kluczem ogromne drzwi kościoła, Janek odczekał dobrą jeszcze godzinę i wyszedł z ukrycia.
    Wiedząc gdzie stoi wysoka drabinka, używana przez kościelnego przy zmianie świec w bocznych zacheuszkach i wielkich pająkach podwieszonych u sufitu kościoła, ostrożnie przystawił ją do bocznych skrzydeł ołtarzy wotywnych, i zebrał do przygotowanego wcześniej worka prawie wszystkie korale. I nie tylko korale.
    Po odstawieniu drabinki sprawnie wlazł na chór, a przez małe okienko szybko spuścił się w dół po sznurze. Po przeskoczeniu przez płot, zniknął w pobliskim zagajniku.
    Nikomu zapewne do głowy nie przyszło, że tej śmiałej kradzieży dopuścił się cichy, pracowity, przez wszystkich hołubiony, no i sowicie za robotę wynagrodzony, młody stolarz.
     - Oto przyszły rabusie i okradły kościół! Nie pierwsza i zapewne nie ostatnia to zbrodnia wobec świętego miejsca. Ale kara boska takich nie minie, bo minąć nie może! I nie dadzą im szczęścia te wotywne dary! Nie dadzą, bo dać nie mogą. Każde zło zostanie wcześniej czy później ukarane! Nie na tym, to na tamtym świecie – przez cały Adwent okoliczni księża grzmieli, biadolili i napominali wiernych z ambon.
    
    Wartość siedmio sznurowego kompletu wielkich korali rzeczywiście była ogromna, i wystarczyła na kupienie dwóch dorodnych koni.
    Po spieniężeniu pozostałych wotów, kupił Jasio jeszcze solidną furkę, uprząż, i z fasonem zajechał do rodzinnej wsi. Dla Marysi też miał w darze korale, które mimo że tylko trzysznurowe, zrobiły wielkie wrażenie.
    - A skąd żeś ty je wziął? Kupiłeś dla mnie w Lewoczy? – spytała radując oczy i przymierzając korale przed lusterkiem.
    - Nie, to matczyne korale. Dostały mi się od matki.
    Marysia, wiedząc przecież że siostry Janka nie mają takich korali, nie dopytywała jednak o szczegóły. Radość z otrzymanych zupełnie jej wystarczyła.
    Stary Kurek nie stawiał już żadnych przeszkód, a zawładnięty przez teściową swojego syna, zajęty był już bardziej jej osobą, niż własną córką.
    Dość szybko ogłoszono najpierw zaręczyny, a niedługo potem >spadły z ambony< pierwsze zapowiedzi Janka z Marysią.
    Wszyscy prawie oniemieli na widok nowej pary narzeczonych i podziwiali Jasia, że tak szybko się dorobił.
    - No, dobrze nam proboszczowie na Luptowie płacili. Dobrze, i nie tylko ja się tam dorobiłem – mawiał tłumacząc skąd nagle ma tyle majątku.
    I tak to po spełnieniu postawionych mu warunków, ale i zgodnie z obietnicą, dostał Janek swoją wymarzoną Marysię.
    
    Po kilku latach dorobił się solidnego warsztatu stolarskiego, domu, zatrudnił parobka do cugowych koni którymi wyjeżdżali tu i tam, ale nie dorobił się czegoś najważniejszego – własnych dzieci.
    Początkowa Marysia się tym nie martwiła, ale z czasem - na skutek przymawiań sąsiadek i pytań koleżanek, zaczęła się tą kwestią interesować. I nie pomogły zamawiania czy porady wioskowych babek i akuszerek. Upływały kolejne lata, majątku przybywało, a potomstwa jak nie było, tak nie było.
    - A może by tak wotum złożyć, i Matkę Boską o błogosławieństwo dla naszego małżeństwa poprosić? – coraz częściej mawiała Marysia do męża.
    
    Po długich deliberacjach poszli z pieszą pielgrzymką do Szczyżyca.
    I złożyli na ołtarzu przed obrazem trzy sznury grubych korali. Tych samych, które kiedyś podarowane zostały na oświadczyny.
    Kiedy Marysia modliła się klęcząc przed ołtarzem, Janek spojrzał na twarz Matki Boskiej. Spojrzał ... i prawie struchlał, bo spokojne, ale przenikające jakby na wskroś oczy, wniknęły w jego serce. Usłyszał spokojne, ale gorzkie słowa:
    - Dlaczego zabrałeś wszystkie korale? Mogłeś zabrać tylko te siedem sznurów. Miałeś na to zgodę, bo pokornie wtedy prosiłeś i byłeś w potrzebie. Byłeś, i starczyłoby ci przecież na tą parę koni. Starczyłoby w zupełności. Zabierz teraz te co tu przyniosłeś, i odnieś tam, skąd ukradłeś. Zabierz i odnieś.
    Nie wiedzieć czemu drzwi od kościoła nagle się otwarły, a mocny powiew wiatru zdmuchnął palące się na ołtarzu wotywne świece. W kościele zrobiło się ciemno ...
    
    Niestety nie zrobił Janek tak jak mu nakazano. Nie zrobił, bo mu odwagi zabrakło.
    „Jak to? Powiem Marysi że to com przyniósł to nie był zarobek? Że to prawie wszystko co miałem, było ukradzione? I to skąd? Z kościoła?!” – myśli dręczyły go coraz bardziej.
    Nie mogąc spać, całymi dniami chodził jak otumaniony. Przestał prawie jeść, narzędzia wypadały mu z rąk, a i do Marysi odzywał się półgębkiem.
    Przygnębienie ogarniało go z dnia na dzień coraz większe. Na koniec zachorzał ciężko i zaległ w łożu.
    I nie pomogły świeżo gotowane rosoły z kury, nie pomogło stawianie baniek, nacieranie maściami i pojenie psim sadłem. Nie pomogło nawet borsucze, uznawane za lek najprzedniejszy i najskuteczniejszy przy chłopskich chorobach.
    - Oj, Jankowi to chyba już skapieć przyjdzie – mówiła z troską stara sąsiadka, doglądająca go na co dzień, bo Marysia jakoby zbyt zajęta była gospodarstwem.
    - Coś mi się widzi, - dodała druga - że on to już wyraźnie na księżą oborę patrzy.
    
    Wyczuwając chyba matczynym sercem kłopoty chrześniaka, ciotka zza Krakowa jeszcze raz przyjechała do swojej rodzinnej wsi.
    Siedząc drugą noc przy łóżku chorego, dostrzegła że dręczą go albo jakieś koszmary, albo jakieś ciężkie grzechy, czy wyrzuty sumienia.
    Rzucając się prawie po łóżku, w gorączkowej malignie czy półśnie, Janek bełkotliwym głosem krzyczał coś o kościele, koralach, koniach i Marysi.
    - Kościół i konie ci się śniły, moje dziecko – powiedziała mu rano ciotka. - To zły sen, bardzo zły. Konie zawsze śnią się na śmierć. Nie na chorobę, tylko na śmierć. Ty krzyczałeś coś o koralach i Marysi. Co ciebie dręczy, mój synu? Powiedz matce chrzestnej co cię dręczy? Ja ciebie na rękach trzymałam, kiedy ci ksiądz główkę święconą wodą polewał.
    Na półprzytomnym wzorkiem Janek wpatrywał się w twarz matki chrzestnej. Wpatrywał długo, i mimo że ta odmawiała >Litanię do wszystkich świętych<, w ogóle jej nie słyszał.
    Twarz modlącej się żarliwie kobiety odpłynęła, i przeistoczyła się w oblicze z obrazu luptowskiego kościoła.
    - Powiedz jej. Powiedz wszystko to, o co cię prosiła – zdawała się mówić postać z obrazu. - Spełnij jej prośbę tak, jak ja spełniłam kiedyś twoją, pozwalając ci zabrać jedne z moich korali. Jedne, bo nie należało ci brać więcej – usłyszał jakby przez szum wody.
    Ciotka pochyliła się nad głową chrześniaka i słuchała długo ...
    Skupiona i coraz bardziej przerażona, nawet nie zauważyła, że obok przyklęknęła żona chorego, i że też słucha. Gdy skończył, obie podniosły się z kolan.
    - On mi się wyspowiadał, - zaczęła bezwiednie Marysia - to i ja muszę wobec niego zrobić to samo.
    Ciotka zwróciła twarz w jej stronę.
    - Jak ty na Luptowie robiłeś – zaczęła Marysia - to chodził tu do mnie Albin. Chodził, ale potem przestał. Przestał, a ja musiałam iść do Kruszyny.
    Chrzestna matka zrozumiała w lot, w czym rzecz
    - I co? – zapytała z przerażeniem – Piłaś wywar jaki ci dawała ta babka znachorka?
    - Piłam – padła głucha odpowiedź.
    - Straciłaś dziecko. Straciłaś nieślubne dziecko. No to już teraz wiadomo, dlaczego nie mogliście mieć potomstwa.
    
    Leżąc na łożu śmierci, Janek jeszcze raz wyznał swoje winy.
    Ksiądz wysłuchał ostatniej spowiedzi, zaopatrzył umierającego Wiatykiem, a niedługo potem odprowadził na cmentarz, gdzie bogatego stolarza złożono do grobu.
    A Marysia, całkiem młoda przecież wdowa, dość szybko wyszła powtórne za mąż.
    Za Albina.
    ***
    
    Historia Janka – za młodu biednego stolarza sieroty, a potem właściciela dużego warsztatu i gospodarstwa, stała się wkrótce kanwą opowiadań i przestróg, które stare kobiety opowiadały w długie jesienno-zimowe wieczory, urozmajcając tym samym sąsiedzkie posiady.

    
    Kazimierz Dymek