<

Opowiadania


 

Przez Alpy do Egiptu (c.d. opowiadania Opłatek z Rudnika)

     
     Ciało majora SS bezwładnie zawisło na zębach bron. Z roztrzaskanej głowy powoli płynęła krew tworząc pod stopami coraz większą plamę.....
     Przerażony Stanisław w pierwszej chwili nie wiedział co się stało. Powoli zaczynała docierać do jego świadomości przerażająca groza sytuacji w jakiej się znalazł, i jakiej tak naprawdę był sprawcą.
     - Rany boskie, co ja zrobiłem, co ja zrobiłem! - zaczął bezładnie powtarzać.
     Pierwsza opanowała się młoda bauerka, która wcześniej z przerażeniem obserwowała starcie zwyrodniałego oficera SS z robotnikiem z Polski, pracującym w jej gospodarstwie. Major, wycofany z frontu wschodniego do Bawarii na rekonwalescencję, to znienawidzona w okolicy kanalia, donosiciel i oprawca. Tego lustratora rejonowego sami Niemcy bali się jak ognia. Wszędzie zajrzał, wszędzie węszył, wszystko sprawdzał, spisywał i donosił do władz. Młoda gospodyni, gospodarująca tylko ze Stanisławem na prawie 90 hektarach wiedziała, że szczególnie jej bauerhof otoczony jest czujną "opieką" kontuzjowanego SS-mana. Mąż na froncie, w gospodarstwie została sama z Polakiem Stanislausem, i tylko od czasu do czasu przysyłano jej do pomocy młodzieńców z Hitlerjugend, z którymi jednak więcej było kłopotu niż pożytku. Nie pomogły interwencje u władz, nie pomogły monity że młodzi hitlerowcy zamiast pomagać, pastwią się nad Stanislausem, wprowadzają dezorganizację i zwiększają tym samym chaos w gospodarstwie. Major SS postanowił "nauczyć" robotnika z podbitego kraju, szacunku do przedstawicieli rasy "nadludzi". Z jego postawą i sposobem traktowania młodego Polaka nie zgadzał się nawet stary rejonowy policmajster, który od kilku lat znał Stanislausa i miał na niego, tak jak na każdego innego Polaka pracującego w jego rejonie, odrębną teczkę, w której nie zapisał jednak ani jednej skargi czy uchybienia. U niego miał Stanisław czystą kartotekę. Bawarczycy to naród pragmatyczny i rzetelny, wychowany w szacunku do pracy, szanujący tradycje religijne. Stanisław, w ich przekonaniu, wszystkie te kryteria spełniał, ale SS-man miał jednak inne zdanie.
     Bauerka szybko otrząsnęła się z pierwszego szoku i natychmiast postanowiła działać.
     - Stanislaus uciekaj, nie możesz tu zostać, oni cię zabiją! Ja muszę iść na policję, nie ma innego wyjścia. Ja powiem, że nic nie widziałam, pamiętaj, nic nie widziałam! Bież rower i uciekaj, jak najszybciej!
Młoda gospodyni nie spiesząc się zbytnio zabrała swoje małe dziecko na ręce i pieszo udała się do odległego o kilka kilometrów Untermooweiler, gdzie znajdował się lokalny posterunek policji. Na odchodnym jeszcze raz z przerażeniem spojrzała na zwisające ciało SS-mana i ruchem ręki ponagliła Stanisława do ucieczki.
     Zachowanie bauerki przywróciło Stanisławowi przytomność umysłu. Wskoczył na solidny rower stojący pod ścianą domu i pognał jak oszalały w kierunku na Wangen. Bezwiednym ruchem oderwał z piersi trójkąt z literą "P", po której łatwo mógłby zostać zidentyfikowany. Po kilkunastu kilometrach nastąpiło opamiętanie. Czy to zmęczenie dało już znać o sobie, czy Stanisław ochłoną już z pierwszego szoku, trudno powiedzieć, dość na tym że zaczął intensywnie zastanawiać się jak zmylić absolutnie oczywistą pogoń. Przez kilka lat pobytu w gospodarstwie Gebharda Jardego w małym przysiółku Reute, poznał lokalną sieć dróg. Poznał ją dzięki temu, że bauer już dawno wystarał się dla niego o specjalną przepustkę, jakiej nie mieli inni Polacy pracujący w gospodarstwach niemieckich, przepustkę dzięki której poruszał się samodzielnie po okolicy. Przy małej ilości ludzi w gospodarstwie było to dla bauera bardzo wygodne, bo z czasem Stanisław sam załatwiał drobniejsze sprawy, a gospodarz nie musiał we wszystko osobiście się angażować. Dzięki takiemu traktowaniu Stanisława przez jego bauera, nawet stary policmajster, z początku zawodowo bardzo podejrzliwy i nieufny, z czasem tolerował drobne "wykroczenia" Stanisława, typu wejście bez litery "P" do miejscowej kantyny na piwo. Zdarzyło się nawet, że wzywał go od czasu do czasu jako tłumacza, dla nowo przywiezionych do pracy Polaków wierząc, że Stanisław przekaże im wszystko co należy poprawnie, i wytłumaczy realia w jakich się znaleźli. Stanisław oczywiście tłumaczył, ale na swój sposób, przestrzegając rodaków że mają dbać przede wszystkim o własny interes i w ogóle nie przejmować się, że gospodarze będą na nich krzyczeć. Z czasem Stanisław stał się dla okolicznych Polaków swego rodzaju mężem opatrznościowym, najlepiej znał język, był bardzo kontaktowy i chyba najlepiej poznał i znosił realia niewolniczego losu wywiezionych na przymusowe roboty do Rzeszy.
     Dobre stosunki z gospodarzem i z samym policmajstrem okazały się dla Stanisława zbawienne. Jednego razu, jeszcze przed wyjazdem bauera na front, pomieszczenie w którym Stanisław spał, zostało gruntownie przeszukane przez przedstawicieli Arbeitsamtu i policji okręgowej. Ot, rutynowa kontrola losowo wybranych robotników. Nieoczekiwanej lustracji nie spodziewał się nawet sam rejonowy policmajster, nie mówiąc o gospodarzu czy samym Stanisławie. Cóż się okazało podczas tej kontroli? Otóż znaleziono atlas geograficzny bauera, w którym Stanisław narysował trasę przejazdu z Wangen do Krakowa. Szok u kontrolujących był absolutny. Tego rodzaju ślad wyraźnie sugerował, że Stanisław planuje ucieczkę. Sprawca całego "zamieszania" wiedział, że jeżeli natychmiast i w sposób absolutnie wiarygodny nie wyjaśni całej sprawy, to popadnie w straszliwe tarapaty. Prawdą jest, że nie tylko on miałby poważne problemy. Bauer zaniemówił i nerwowo przestępował z nogi na nogę, policmajster dostał nerwowej czkawki, a przedstawiciel Arbeitsamtu zaczął przyciskać do muru Stanisława, pytając co to wszystko ma znaczyć. Ten postawił wszystko na jedną szalę. Wiedział już z doświadczenia, że Niemcy, jakkolwiek zdolni do największych zbrodni, nie umieją jednak oszukiwać, a na pewno nie potrafią wiarygodnie kłamać, ot taki to już naród. Patrząc zatem prosto w oczy pytającego, głosem pokornym, ale absolutnie stanowczym oświadczył, że chciał odtworzyć sobie drogę jaką odbył przyjeżdżając tutaj, a w ogóle to po wojnie chciał pokazać rodzicom i rodzeństwu jak Rzesza Niemiecka jest duża, a atlas pożyczył od gospodarza zamierzając oczywiście natychmiast oddać. Szczerość wypowiedzi była widocznie przekonywująca, a potakujące kiwanie głową zszokowanego bauera jeszcze ją potwierdziło. Na koniec urzędnik spytał policmajstra czy są jakieś zastrzeżenia wobec Polaka, ale ten służbiście zaprzeczył i cała sprawa zakończyła się szczęśliwie. Atlas oczywiście zabrano i wkrótce zapomniano o całym zdarzeniu. Tak naprawdę to Stanisław od kilku miesięcy planował ucieczkę, ale nie miał jeszcze skrystalizowanego planu, a kradzież atlasu bauera  była pierwszym krokiem w tym kierunku.
     Pomny tego wszystkiego Stanisław postanowił nie uciekać w kierunku na Wangen.
     - Nie uciekaj tam gdzie cię gonić będą, - przypomniał sobie słowa przestrogi zaradnego Zagłoby, jego ulubionego bohatera z Sienkiewiczowskiej Trylogii. - Policmajster na pewno wyciągnie z szafy nieszczęsny atlas i może na tym kierunku będą mnie ścigać. Trzeba zatem uciekać w całkiem przeciwnym.
     Z gazet bauera, które od czasu z ciekawością czytywał, Stanisław dowiedział się że Szwajcaria to kraj neutralny, nie zaangażowany w wojnę, i z tego wydedukował, że jeśli tam udałoby mu się dostać, to jest szansa ocalenia. - Do Polski nie dotrę, za daleko, nie mam pieniędzy ani żadnych papierów. - W pierwszej chwili nie zdawał sobie sprawy jak beznadziejną jest jego sytuacja. Był praktycznie w sercu Bawarii, bez dokumentów, bez szans na pozyskanie jedzenia, bez przyzwoitego ciepłego ubrania. Jedyną siłą była jego młodzieńcza energia i brawura.
     Udało się, po kilkudziesięciu dniach dotarł do granicy Rzeszy ze Szwajcarią. Przedzierając się tylko nocami w kierunku południowo-zachodnim, Stanisław dotarł w rejon Jeziora Bodeńskiego, a z przydrożnych drogowskazów zorientował się, że do granicznego miasta Konstaz jest już niedaleko. Coraz większym problemem stawał się jednak narastający głód i wyczerpanie organizmu. Na szczęście wczesna jesień obfituje w jarzyny i owoce i to one stanowiły dla Stanisława jedyne wyżywienie. Nie na długo to jednak wystarcza, a intensywne marsze, brak snu i nocne chłody wyczerpywały młody organizm systematyczne i gruntownie. Stanisław czuł że wychudł bardzo, a i sił było coraz mniej, jedyna nadzieja w tym, że do granicy coraz bliżej. Graniczną rzekę udało mu się przekroczyć w nocy. Było akurat ciemno jak oko wykol. Noc bezksiężycowa, a w krainie alpejskiej przelotne zachmurzenia to zwykła rzecz. Częściowo po przęsłach mostu, częściowo wpław, dostał się na drugi brzeg. Nie wiedział jednak czy drugi brzeg to już Szwajcaria czy jeszcze Rzesza. Z tablicy przydrożnej odczytał nazwę miasta: Konstanz. Nie był jednak pewien czy Konstanz podobnie jak Cieszyn, nie jest miastem tak naprawdę leżącym po obu stronach granicy. Postanowił jak najdalej wejść w głąb kraju. Zmęczenie, chłód, przemoczone ubranie nie pozwalały jednak iść dalej, a marsz mógł kontynuować tylko nocą.
     Stał się jednak cud, bo tak po latach określił Stanisław zdarzenia, które spotkały go w dniu następnym.

     Zdecydowane szarpanie za rękaw wyrwało Stanisława z odrętwiałego snu. W pierwszej chwili nie wiedział gdzie jest i co się z nim dzieje. Nachylona nad nim postać zasłaniała światło padające z zewnątrz. Zdrętwiałe nogi nie pozwalały się wyprostować, a zgięta w kułak ręka wysunięta spod głowy bolała niemiłosiernie.
     - Lisez-vous allemond?- dał się słyszeć dość wyraźny szept. Czarna postać nachyliła się jeszcze bliżej.
     Stanisław zamrugał oczami i przetarł odrętwiałą twarz. Ponad miesięczny zarost mocno zaszorował w dłoń. Robiąc duży wysiłek opuścił nogi i odsunął z siebie ciężki, ale bardzo ciepły płaszcz. Raz po raz mrugając intensywnie oczami usiłował odzyskać bystrość spojrzenia i rozpoznać nachyloną nad nim ciemną postać, której twarzy nie było widać.
     - Lisez-vous français? - kolejne wyraźniejsze jeszcze pytanie dotarło do uszu Stanisława. Tajemnicza, masywna postać przysunęła się jeszcze bliżej i tym sposobem prawie całkowicie zasłoniła światło jakie padało na posłanie Stanisława. Było to posłanie chyba najbardziej nieoczekiwane z możliwych. Przytomność umysłu powoli wracała i Stanisław zaczął przypominać sobie powoli gdzie jest, i jak tu trafił. Nie miał pojęcia jaka jest pora dnia, wiedział tylko, że znajduje się w kościele, w ogromnej "suchalnicy" - konfesjonale, złożonym z trzech części. Taki obiekt to prawdziwa budowla, nie widział takiej w Polsce. Dwa boczne skrzydła przeznaczone dla wiernych, a środkowa część, ta najobszerniejsza, przeznaczona była dla spowiednika. Uciekający już od ponad miesiąca Stanisław, to w niej właśnie schronił się poprzedniego dnia. Na bocznej ścianie konfesjonału znalazł obszerny długi płaszcz podbity futrem, taki jakiego używają kapłani podczas długich spowiedzi w okresie zimowym. Niemiłosiernie zmęczony otulił się nim szczelnie i mimo piekącego bólu w żołądku, zasnął natychmiast. Ciepły kapłański płaszcz, ogrzewał wyziębione ciało uciekiniera, a zaciszny konfesjonał ukrył go przed oczami ciekawskich. Pierwszy od wielu dni, długi sen w ciepłym pomieszczeniu, był prawdziwym pasmem przenikających się koszmarów. Wycieńczenie organizmu, brak snu i potrzeba ogrzania wychłodzonego ciała, zwyciężyły jednak niespotykany wprost stres i strach przed tym co stać się może. Skołatane nerwy i ciągłe napięcie osiągnęły apogeum, dalej pozostała albo desperacja, albo rezygnacja. Na szczęście trzeźwość myślenia nie opuściły Stanisława, i czuł że zrezygnować nie może, bo sprawy zaszły za daleko, a zatem pozostało tylko desperackie kontynuowanie ucieczki. Rezygnacja w jego sytuacji oznaczała tylko jedno - oddanie się w ręce niemieckiej żandarmerii, tego jednak Stanisław za wszelką cenę chciał uniknąć wiedząc, że w skrajnym przypadku i tak do tego dojść może, nawet wbrew jego woli. W ostatnich latach, w czasie przymusowego pobytu na robotach w Rzeszy, był świadkiem wielu wyroków śmierci wykonywanych na Polakach i zaprzysiągł sobie, że raczej zginie niż pozwoli się aresztować.
      Przelatujące lotem błyskawicy myśli odtworzyły mu przebieg ostatnich dni. Już wiedział że jest w Konstanz, w mieście na granicy Rzeszy ze Szwajcarią. Nie wiedział jednak czy przekroczył już granicę czy nie, a późna pora poprzedniego dnia nie pozwoliła mu zorientować się gdzie jest. Cały dzień przesiedział skulony w rowie na wielkiej bocznicy kolejowej, usiłując z przetaczanych wagonów odczytać napisy informujące go czy to jeszcze Rzesza czy już nie. Platformy i wagony towarowe nie były jednak opisane, a pod wieczór ruch na stacji zamarł. Pocieszającym było jednak to, że wzdłuż torów nie przechodziły, tak typowe dla stacji niemieckich, patrole z psami, których Stanisław obawiał się najbardziej. W oddali między drzewami dostrzegł dwie wysokie wieże ceglanego kościoła. Od dzieciństwa wychowany w duchu szacunku i wiary w opatrzność boską, tam postanowił szukać schronienia.
     - Tu mnie nie znajdą, w kościele łatwiej będzie zorientować się gdzie jestem, a i w razie deszczu będzie bezpiecznej. - Niepostrzeżony przez nikogo dotarł do kościoła i wśliznął się do obszernego konfesjonału. Takich w Polsce nie widział, ten to monumentalna, artystycznie wykonana budowla, w której spowiednik jest praktycznie odseparowany od otoczenia i niewidoczny. Postanowił ukryć się na jego miejscu wiedząc, że nikt nie powinien tam zaglądać. Obszerny płaszcz zachęcał do okrycia zziębniętego ciała, a cicha gra organów podczas wieczornej mszy, podziałała jak najmocniejszy środek nasenny. Śmiertelnie wyczerpany Stanisław zasnął natychmiast kamiennym snem. Spał do rana.....
     - Lisez-vous italien - padło po raz trzeci pytanie wypowiedziane przez tajemniczą postać. Tym razem dało się już wyczuć pewną natarczywość i niepokój w głosie pytającego. Był to głos starszego mężczyzny. Powróciła przytomność umysłu. Stanisław podniósł się z miejsca i uważnie spojrzał w twarz pytającego. Ten odsunął się lekko do tyłu, przez co na jego oblicze padło światło z wnętrza kościoła. Stanisław natychmiast zorientował się że pytającym jest starszy ksiądz: koloratka pod szyją, siwe włosy spod biretu w lekkim nieładzie opadały na lekko pomarszczoną, jasną twarz.
     - O Boże, to ksiądz, to nie Niemiec, to ksiądz, on mi pomoże. - Nogi dosłownie ugięły się pod Stanisławem i lekko przyklękając, ujął rękę kapłana całując ją z szacunkiem.
     - Jestem Polakiem, uciekłem od bauera. - wykrztusił z wysiłkiem. Widząc jednak bezradną troskę i zaniepokojenie na twarzy księdza, powtórzył to samo niemiecku licząc, że tym razem kapłan zrozumie. Tak się też i stało. Ksiądz zdecydowanym ruchem podniósł do góry skulonego wciąż przed nim Stanisława, i rozglądając się uważnie po kościele wsunął go w głąb konfesjonału. Zamknął za sobą kratki separujące spowiednika od otoczenia i cicho, ale wyraźnie nakazał:
     - Ich verstehe, ich vestehe alles. Bleib du hier, ich komme sofort zurück, alles wird gut. Bleib ruhig, - powtórzył spokojnie ksiądz.
Stanisław zrozumiał co mówi i czego chce od niego ten przypadkowo napotkany kapłan. Przytaknął, że pozostanie w konfesjonale do czasu, aż ksiądz po niego wróci. Ten jeszcze raz uważnie rozejrzał się po kościele, w którym było tylko kilka osób, organy grały cicho jakąś pieśń, przy ołtarzu głównym, daleko od konfesjonału, kapłan unosząc ręce do góry, wypowiadał rytualną modlitwę liturgiczną. Starszy ksiądz spokojnym krokiem oddalił się, a Stanisław pozostał sam.
     Znaczenie spotkania ze starszym księdzem powoli zaczynała do niego docierać. W sytuacji gdy był już kompletnie wyczerpany, w sytuacji gdy poszarpane ubranie i jego ciemny, ponad miesięczny zarost, na pewno zwracały uwagę i zdradzały kim jest, nic lepszego nie mogło go spotkać. Odżywiając się podczas ucieczki byle czym, w tym przede wszystkim jarzynami z pól i owocami z sadów i drzew przydrożnych, praktycznie nie śpiąc i marznąc w czasie chłodów nocnych, czuł, że coraz bardziej opuszczają go siły. Czuł coraz bardziej ogarniające go poczucie bezradności, czuł że coraz bardziej prawdopodobne staje się to, że nie dotrze do Szwajcarii w której tak naprawdę nie wiedział co ma zrobić. Podczas ucieczki liczył na to, że jeśli uda mu się przekonać władze szwajcarskie do tragizmu swojego losu, to może nie zostanie deportowany z powrotem do Rzeszy, tylko trafi np. do obozu repatriacyjnego lub przejściowego. Jeszcze podczas planowania ucieczki słyszał, że tak właśnie dzieje się z uciekinierami, którym uda się dotrzeć do neutralnej Szwajcarii.


*


     Stanisław nie wiedział że tak w istocie było, nie wiedział bo i skąd, że m.in. przez Szwajcarię prowadziły trasy i korytarze przerzutowe lotników alianckich strąconych nad Niemcami, nie miał też pojęcia, że setki i tysiące uciekinierów z oflagów, stalagów i obozów koncentracyjnych, m.in. właśnie poprzez neutralną Szwajcarię przedostawały się na powrót do Anglii. Wiedziony chyba instynktem, wybrał jedyną sensowną w jego sytuacji drogę ucieczki z Rzeszy, z okolic Wangen, gdzie przyszło mu niewolniczo służyć reżimowi Hitlera. Nie wiedział, że dużym wysiłkiem aliantów i organizacji ruchów oporu w wielu krajach okupowanej Europy, utworzono specjalne punkty i rozbudowaną siatkę pomocy dla takich jak on uciekinierów. Historia roli, znaczenia i poświęcenia osób zaangażowanych w pomoc uciekającym z obozów oficerom, lotnikom, żołnierzom i innym osobom, dalece wykracza poza ramy niniejszego opowiadania. Zasługi i heroizm tychże osób są nie do przecenienia, to dzięki nim uratowało się wiele tysięcy istnień ludzkich.
     Do takich osób właśnie należał, wspominany w tymże opowiadaniu, nieznany niestety z imienia i nazwiska ksiądz, z ceglanego, dwuwieżowego kościoła w Konstanz.
     Wiele lat po wojnie Martin Gilbert, w swoim monumentalnym dziele "Druga Wojna Światowa", tematowi ucieczek z III Rzeszy poświęca wiele miejsca.


*


     Na powrót księdza Stanisław nie czekał długo. Wkrótce pojawił się on z jeszcze jedną osobą, a był to zakonnik z mocno naciągniętym na głowę kapturem. Ksiądz wszedł dyskretnie do konfesjonału i zamknął kratkę. Spod sutanny wyjął habit zakonny i nakazał Stanisławowi założyć go na siebie. Po szybkim przebraniu ksiądz poprawił jeszcze Stanisławowi kaptur, naciągając mu go mocniej na głowę i nakazał iść za sobą. Wychodząc z konfesjonału Stanisław kątem oka spostrzegł, że przybyły z księdzem zakonnik niepostrzeżenie wsunął się na jego miejsce. Po chwili dwie osoby: ksiądz i postać w habicie zakonnym, opuściły kościół. Organista nadal cicho akompaniował do mszy odprawianej przy głównym ołtarzu, a w kościele od czasu do czasu słychać było tylko pomruk odmawianych modlitw .....
     Dalsze wypadki potoczyły się w ekspresowym tempie. Stanisław został wykąpany, nakarmiony i przebrany w czyste ubranie. Ksiądz wypytawszy go o wszystko umieścił Stanisława w izdebce na strychu plebanii przykościelnej. Nakazał mu sen i nie zbliżanie się do okna.
     - Jesteśmy co prawda w Szwajcarii, ale wywiad hitlerowski obserwuje nas uważnie. Na każdej prawie ulicy jest jakiś ich punkt i kapusie, oni po prostu wiedzą, że tędy prowadzą trasy ucieczek. Bardzo często łapią kogoś nawet tu na ulicy, i szybko deportują do nieodległej przecież granicy. Masz tu kilka gazet, a jeśli potrafisz czytać po niemiecku, to dowiesz się z nich wielu ciekawych rzeczy.
Stanisław pozostał sam. Spokojna mowa i pewne zachowanie księdza powoli zaczęły przywracać mu wiarę i nadzieję że wszystko zakończy się szczęśliwie. Ksiądz na odchodnym zapowiedział, że odwiedzi go przed wieczorem i poinformuje co dalej. Do rozmowy doszło jednak dopiero dnia następnego koło południa. Sen Stanisława trwał prawie całą dobę.
     - Już zacząłem się o ciebie martwić że tak długo śpisz, ale cóż, po takich przeżyciach należało ci się. Zjedz ten lekki posiłek, a potem porozmawiamy co dalej z tobą będzie.
     Przezorny ksiądz nakarmił Stanisława lekką owsianką i dał mu dużo ciepłego mleka do picia. - Tak musi być, ciężkie jedzenie mogłoby ci bardzo zaszkodzić, przyjdzie jeszcze czas na coś tłustego.
     Tajemniczy kanonik poinformował również Stanisława, że przekazał wiadomości o nim komu potrzeba, i że wkrótce zostanie przetransportowany w bezpieczne miejsce. Tak się też i stało. Już następnego dnia pod plebanię podjechał samochód i zabrał Stanisława do dużego gmachu. Na wewnętrznym dziedzińcu tego budynku powiewała biało-czerwona flaga. Jak się później okazało była to placówka pomagająca polskim uciekinierom przedostawać się dalej na zachód.
     Mimo próśb, Stanisław nie dowiedział się skąd był i jak nazywał się ksiądz który uratował mu życie.
     - To zacny człowiek, uratował już niejednego Polaka, Polska mu tego nie zapomni, możesz być pewny, kolego, - poinformowano Stanisława, nakazując mu, aby dla dobra sprawy nie dociekał, kto mu pomógł.
     Do końca swojego życia Stanisław zapamiętał poważną twarz starego księdza z ceglanego kościoła o dwóch wieżach, z granicznego miasta Konstanz leżącego nad brzegami Jeziora Bodeńskiego.

     Czy to z powodu konieczności nie naruszania neutralności Szwajcarii, czy z powodu potrzeby wykorzystania młodych mężczyzn w Armii Polskiej na Zachodzie, pobyt Stanisława w Konstanz nie trwał długo, i wkrótce, wraz z kilkoma jeszcze uciekinierami, został przetransportowany pociągiem do Marsylii, a następnie statkiem do Egiptu. Koniec roku 1944 to okres rozsypującej się już sprawności administracji niemieckiej w okupowanych krajach. Walący się front wschodni, presja narastającej inwazji na zachodzie, dywanowe naloty na miasta w głębi Rzeszy, odbierały Niemcom i ochotę i możliwości trzymania Europy za gardło.
     Przywitanie w obozie repatriacyjnym było bardzo radosne. Stanisław po latach niewolniczej pracy i odosobnienia znalazł się nareszcie wśród swoich. Radość z uratowania życia i odzyskanej wolności wprost odbierała rozum. Kondycja fizyczna organizmu Stanisława pozostawiała jednak wiele do życzenia. Ten młody mężczyzna wyczerpany był ponad miarę, a przeżycia ostatnich kilku miesięcy mocno nadszarpnęły jego psychikę. Należało zregenerować zarówno siły fizyczne jak i psychiczne. Ciągły strach przed otoczeniem nie jest najlepszą rekomendacją dla przyszłego żołnierza, i dlatego też Stanisława i setki jemu podobnych, umiejscowiono w obozie szkoleniowo-kondycyjnym armii polskiej w Palestynie. Powoli zaczęła wracać i pewność siebie i tężyzna fizyczna. Powrót do normalności szybko stawia młodych ludzi na nogi, a ciągłe obcowanie z upragnioną polskością i nieskrępowany udział w mszach świętych podziałał na psychikę Stanisława jak balsam. Już po kilku miesiącach przyśpieszonej rekonwalescencji okazał się w pełni sprawnym i gotowym do ćwiczeń wojskowych rekrutem.
     Tak też się i stało. Otrzymał przydział do tworzonej 7 Dywizji - zapasowej, II Korpusu gen. Andersa. Zmieniono miejsce kwaterowania, komfortowe prawie warunki w Palestynie zmieniono na piaszczyste okolice Aleksandrii w północnym Egipcie. Rozpoczęto intensywne szkolenia z zakresu znajomości rzemiosła wojennego i praktycznej wiedzy wojskowej. Stanisław trafił do piechoty. Mając do wyboru specjalność strzelca wyborowego lub zwiadowcy-szperacza, wybrał to drugie. Rozpoczęła się uciążliwa nauka pokonywania terenu przez czołganie, kopanie w piachu ukrytych schronów i schowków, organizowanie zasadzek i przechwytywanie jeńców. Dochodziło do prawdziwych "bitew na niby" pomiędzy poszczególnymi pododdziałami. Młody wiek uprawnia do dobrego samopoczucia, beztroski i czasami nadmiernej pewności siebie. Po latach Stanisław ze śmiechem wspominał wydarzenie, które na zawsze jemu i kolegom z plutonu pozostało w pamięci.
     Pod koniec szkolenia rekruckiego zapowiedziano przyszłym zwiadowcom swego rodzaju egzamin taktyczny. Kompania szkolna otrzymała mianowicie zadanie ochraniać teren wokół mostu nad rwącym górskim potokiem. Jako otoczkę sytuacyjną podano, że droga wiodące przez tenże most ma strategiczne znaczenie, a nieprzyjaciel na pewno będzie dążył do jego zniszczenia, ponieważ w nocy wysadzono desant spadochronowy w pobliżu i do tej pory nie został on przechwycony. Plutony nowo wyszkolonych zwiadowców rozmieszczono w kamienistej, rozległej i zarośniętej krzewami i trawą dolinie, po obu stronach "strategicznego" mostu, z nakazem nieustannej i wzmożonej obserwacji jakichkolwiek ruchów w okolicy. Dość spora rozległość i urozmaicenie ochranianego terenu sprawiła, że stanowiska poszczególnych strzelców rozlokowano co kilkadziesiąt metrów. Stanisław ze swoim przyjacielem Jankiem zalegli niedaleko od siebie, układając sprawnie przepisowe kamienne mini-schrony strzeleckie. Podobnie uczynili pozostali zwiadowcy, niektórzy maskując nawet kupki kamieni rachitycznymi krzewami i roślinami. Sam most został otoczony szczególną "opieką" w ten sposób, że po obu jego stronach utworzono podwójną linię schronów strzeleckich. Wszystko zatem, zdaniem młodych żołnierzy, przygotowano na medal. Jako że nie było wiadomo kiedy "nieprzyjaciel" zaatakuje, należało być czujnym cały czas. Przed rozpoczęciem zajęć dowodzący młodymi zwiadowcami oficer ostrzegł, że "egzaminatorami" będą wytrawni, zaprawieni jeszcze w bojach pod Tobrukiem, weterani frontowi.
     Po dwóch godzinach zalegania w płytkich dołkach w prażącym słońcu, niektórzy zaczynali wykazywać oznaki niepokoju. Jedynym "nieprzyjacielem" jak do tej pory dał się zidentyfikować, był tylko stary Arab, który wielką arbą - wózkiem na dwóch kołach, przejechał przez most, tłumacząc żołnierzom krzykliwie, że jedzie właśnie po drzewo na opał do pobliskiego gaju i nic go nie interesuje jakaś tam wojna. Rozczuleni widokiem małego osła zaprzężonego do wielkiej arby, zwiadowcy przepuścili Araba upewniając się czy będzie wracał. Po następnej godzinie dowódca kompanii przechodząc między zaczajonymi zwiadowcami usilnie wypytywał, czy aby niczego nie zauważyli.
     - Mysz się nie prześliznęła, panie poruczniku, - zapewniali gorliwie młodzi zwiadowcy. Niektórzy z nich zaczęli już ukradkiem popalać papierosy, kryjąc się skwapliwie przed oficerem, ponieważ w czasie zajęć było to surowo zabronione.
     - Ejże, wojacy, patrzcie uważnie, nieprzyjaciel może użyć różnych chwytów i sposobów, - ostrzegł porucznik i udał się w cień pod jedyne drzewo rosnące w okolicy mostu. Po godzinie, tym razem już wyraźnie poirytowany, powtórzył ostrzeżenie informując, że "nieprzyjaciel" właśnie przeszedł przez całą chronioną przez zwiadowców strefę, i że być może udało mu się już zaminować most. Stanisław wypatrując oczy jak tylko się dało, półgłosem zapytał leżącego niedaleko Janka:
     - Janek, widzisz coś, bo ja nie.
     - Ale skąd, nikogo nie ma, coś nas ten porucznik buja, - skwitował spokojnie Janek i obaj zalegli dalej w swoich okopach. Niepokój u zwiadowców narastał, ale na przedpolu nic się, ich zdaniem, nie działo. Zdenerwowany porucznik wyszedł po raz trzeci do swoich wojaków:
     - "Nieprzyjaciel" wam zaraz albo karki pogruchoce, albo gardła popodrzyna, gamonie jedne! Już trzy razy pokonał chronioną przez was strefę, czy wy oczu nie macie czy wszyscy śpicie!
     Stanisław oczyma wyobraźni zobaczył straszliwą postać "nieprzyjaciela" z wyciągniętym ku jego gardle nożem, a Janek usłyszał zapewne złowrogi gruchot kości swojego karku, ale mimo tego żadnego "wroga" nie dostrzegli, nie tylko oni zresztą. Wzmożono czujność. Na most wjechała arba po brzegi wyładowana chrustem, a Arab, drąc się w niebogłosy, bezlitośnie okładał kijem zapierającego się kopytami osła. Gdy znaleźli się na moście, jak na złość od arby odpadło koło i wóz się zatrzymał. Osioł zaczął ryczeć, a Arab biegać dookoła swojego dobytku, wymachując cały czas rękoma. Zwiadowcy, współczując biednemu zwierzęciu, z zainteresowaniem obserwowali zdarzenie. Nareszcie coś się działo.
     Nieoczekiwanie wśród okopów pojawił się nagle wściekły już porucznik i oznajmił, że wszyscy zwiadowcy już nie żyją, a most właśnie rozsypał się w kawałki.
     - Koniec ćwiczeń, wszyscy powstań! "Nieprzyjaciel", też! Zobaczcie gamonie jacy z was zwiadowcy! Straganów na bazarze byście nie upilnowali, a co dopiero strategicznego mostu!
     Ku kompletnemu zaskoczeniu i przerażeniu młodych żołnierzy wprost z ziemi powstały krzaki i kępy traw, uniosły się płachty do złudzenia przypominające piach i kamienie, a spod nich wychynęli żołnierze uzbrojeni po zęby. To jednak nie wszystko, z arby opadły boczne ściany z chrustu i ukazał się pokaźny stosik paczek udających pakiety dynamitu. A Arab co? Arab zrzucił okrywający go burnus i turban z głowy, i wszyscy zobaczyli rosłego żołnierza w polowej panterce. Zaskoczenie było kompletne.
     Ćwiczenia zakończyły się karą dla młodych zwiadowców. Do wieczora "odbudowywali" strategiczny most, nosząc kamienie z jednego brzegu wąwozu na drugi, nie korzystając oczywiście z istniejącego, a dodatkowym upokorzeniem było wyjęcie im pasków ze spodni. Starzy frontowi szperacze, ci którzy udawali "nieprzyjaciela", śmiali się do rozpuku z młodych żółtodzióbów rzemiosła wojennego.
     Podobnego rodzaju ćwiczeń było jeszcze wiele. Z czasem zdolności bojowe młodych żołnierzy znacznie wzrosły, rozpoczęły się ćwiczenia nocne, zadania podejmowano coraz poważniejsze. Jeszcze przed ukończeniem szkolenia unitarnego zakończyła się wojna, a pododdział Stanisława przetransportowano do Włoch, gdzie otrzymał zadanie ochrony składów zaopatrzeniowych 8 Armii, w skład której wchodził II Korpus Polski dowodzony przez gen. Władysława Andersa.


*


     Historia powrotu żołnierzy polskich do kraju i ich późniejsze losy, to oddzielna, niezwykle skomplikowana i czasem bardzo tragiczna epopeja.
     Dość będzie przywołać okrutny fakt, że wielu żołnierzy i oficerów walczących na froncie zachodnim, z których ogromna większość była weteranami Września 1939 r., i spośród których rekrutowali się wspaniali dowódcy wojskowi, władze PRL pozbawiły obywatelstwa polskiego. Wielu z nich postawiono nieprawdziwe zarzuty, oskarżono i wytoczono procesy o ..... zdradę ojczyzny i szpiegostwo, chcąc ich upokorzyć, a czasem pozbawić życia.
     Był taki czas, że w szkołach na lekcjach historii zakłamywano tę historię, nie uczono jak było naprawdę. Oficjalny program nauczania nie przewidywał równomiernego i sprawiedliwego przedstawiania wkładu i zasług żołnierskich obydwu armii, tej idącej ze wschodu i tej walczącej przez całą wojnę na zachodzie Europy. Niestety, ideologia przysłaniała też niektórym nauczycielom zdolność zdroworozsądkowego myślenia.
     Różne losy władza ludowa zgotowała po wojnie polskim żołnierzom. Ci od Berlinga dostawali odznaczenia i dodatki kombatanckie, a ci od Andersa często musieli ukrywać swoją żołnierską kartę, a i jedni i drudzy zasłużyli na szacunek. Na wielki i niekłamany szacunek.
     Jakież to smutne...... .

Kazimierz Dymek