Opowiadania


 

Z Rudnika na .... targ niewolników

 
     Już pierwsze godziny wojny okazały się tragiczne dla mieszkańców Rudnika. Wkraczające od strony Sułkowic oddziały niemieckie - wg źródeł historycznych 7 Dywizja Strzelców Alpejskich, zostały zaatakowane przez tylną straż oddziałów polskich, wycofujących się w kierunku na Myślenice i dalej na Bochnię. W potyczce z ariergardą sił polskich zginęło dwóch żołnierzy Wehrmachtu. W odwecie Niemcy rozstrzelali 21 osób cywilnych, w tym kobiety. Strach i trwoga padły na wieś i okolicę. Z ust do ust szeptano informację, że będą dalsze represje, że Niemcy aresztują i zdziesiątkują wszystkich mężczyzn powyżej 15 roku życia, że już wkrótce zaczną się publiczne egzekucje. Panika była tak duża, że większość mężczyzn uciekła lub zaszyła się w pobliskich lasach oczekując rozwoju wypadków, a co bardziej przezorne matki poprzebierały starszych synów za dziewczęta, nakazując im zakładać chustki i długie spódnice.
     Rodzina Stanisława mieszkała na Pustce, na skraju wsi, bardzo blisko Jawornika i Dalina. Na wszelki wypadek on też, tak naprawdę wbrew swojej woli, został przebrany za dziewczynę, ale szybko zrzucił babski przyodziewek, nie chcąc narażać się na ewentualne kpiny rówieśników.
     Do dalszych represji na szczęście nie doszło, ale rozwieszone zostały plakaty informujące że nastał czas wojny, że Polski już nie ma, a całą władzę przejęła administracja niemiecka, której zarządzeń należy przestrzegać bezwzględnie, pod karą śmierci włącznie za uchybienia lub nieposłuszeństwo.
     Wkrótce po zakończeniu działań wojennych utworzono Generalną Gubernię, składającą się początkowo z czterech dystryktów (krakowskiego, lubelskiego, radomskiego i warszawskiego), która wg zamierzeń ideologów nazistowskich stać się miała rezerwuarem darmowej siły roboczej dla gospodarki III Rzeszy. Prastarą siedzibę królów polskich na Wawelu generalny gubernator Hans Frank zamienił na swoją rezydencję. Ten dygnitarz hitlerowskiej partii NSDAP, były minister sprawiedliwości i prezes Akademii Prawa Niemieckiego, już 6 listopada 1939 r. nakazuje aresztować profesorów UJ i skazuje ich na brutalne represje i zesłanie do obozu koncentracyjnego. Wobec ludności podbitego kraju również rozpoczęto wydawanie coraz bardziej restrykcyjnych zarządzeń. Dotyczyły one początkowo tylko obowiązku oddawania kontyngentów produktów rolnych w postaci trzody chlewnej, bydła rzeźnego i zboża. Do egzekwowania tych zarządzeń zaangażowano niższych urzędników dawnej administracji polskiej oraz sołtysów. Nieposłuszeństwo lub opieszałość w realizacji zarządzeń nowych władz karane było śmiercią. Wyższe stanowiska w administracji i władzach objęli Niemcy lub Polacy deklarujący niemieckie pochodzenie - Volksdeutsche.
     Już jesienią 1939 roku wydano również i takie polecenie sołtysom, aby przygotowali imienne listy osób zdolnych do pracy w Rzeszy. Oczywiście liczba wyznaczonych osób uzależniona została od liczby mieszkańców danej wsi. Generalnie jednak wg tychże wytycznych, kandydatów należało wyznaczać z rodzin w której było więcej niż dwie osoby zdolne do pracy. Okupacyjne zarządzenie bardzo szybko dotarło do Rudnika.
     Niespełna szesnastoletni Stanisław był najstarszym dzieckiem w rodzinie. Gdy przyszło polecenie wyznaczenia kandydata na roboty do Reichu, nie zastanawiał się długo i uprosił ojca żeby ten pozostał w domu z uwagi na liczne młodsze rodzeństwo, i aby to jemu właśnie dane było wyjechać na roboty do Niemiec. Decyzja nie była łatwa, z jednej strony ogromna obawa przed wysłaniem młodocianego przecież Stanisława na niepewny los i poniewierkę, a z drugiej tragiczna wręcz perspektywa losu licznej rodziny pozbawionej ojca. Stanisław rozumiał doskonale rozterkę jaka targała ojcem i jak mógł starał się pomóc w podjęciu decyzji przekonując, że ojciec musi zostać w domu, a jemu samemu na pewno nic się nie stanie. Nie miał pojęcia na jaki los się skazuje i jakim wyzwaniom przyjdzie mu sprostać. Taki to był niestety czas, że młodzież dorastała bardzo szybko, a twarde realia czasu wojny stawiały bezlitosne wymagania. Kto nie umiał im sprostać, lub był za słaby, ten po prostu ginął.
     Obydwaj mężczyźni, ojciec i syn, odmiennie ale po swojemu, rozumieli sytuację. Stanisław wiedział że jego decyzja uchroni rodzinę od niechybnej nędzy z powodu utraty ojca, wiedział że gdyby ojciec ich opuścił, to razem z matką nie podołaliby wykarmić licznego rodzeństwa. Dla każdego ojca propozycja Stanisława zabrzmiałaby tragicznie, ponieważ była to decyzja dziecka, decyzja desperacka i tragiczna w swej wymowie, ale podjęta w imię najwyższego poświęcenia i odpowiedzialności. W ten ponury wojenny czas Stanisław po raz pierwszy okazał się w pełni dojrzałym mężczyzną. Jego ojciec, weteran dwóch ostatnich wojen, rozumiał jaki nadszedł czas i jaki los spotkać może jego syna. Milcząc zadawał mu zapewne w myślach pytanie:
     - Synu, dlaczego ten przeklęty los tak szybko postawił cię przed tak trudnym egzaminem, dlaczego nie dane ci było dorosnąć w spokoju, dlaczego ta okrutna wojna już mi ciebie zabiera? -
     Ten biedny ojciec wiedział, że ani odpowiedzi, ani innego, lepszego rozwiązania nie ma, nie ma, bo być nie niestety nie może. Tak samo było przed laty, jeszcze za czasów cesarza austriackiego, wtedy gdy to po niego przyszedł żandarm z austriackim powołaniem do wojska. I tak jak dziś, za niestawiennictwo groziła kara śmierci.

     Termin wyjazdu ogłoszono niebawem. Wszystkim zapisanym polecono zaopatrzyć się w niezniszczoną odzież i obuwie, a także zabrać zapas żywności na dwa dni. Wszyscy wyznaczeni z Rudnika mieli stawić się w Sułkowicach na placu przed kościołem, gdzie kilkakrotnie sprawdzono listę. Porządku pilnowała policja granatowa.
     Rozstanie Stanisława z rodziną było bardzo smutne. Matka cały czas pochlipując wręczyła mu na drogę niewielki drewniany kuferek, a w nim trochę jedzenia, koszulę, ręcznik, parę drobiazgów i mały obrazek Matki Boskiej Kalwaryjskiej. Obrazek ten to pamiątka po pieszej pielgrzymce, jaką w lecie odbyli razem do Kalwarii Zebrzydowskiej. Siostra Stefka, która swoją siostrzaną miłością bardzo kochała swojego najstarszego brata Stanisława, za nic nie chciała się z nim rozstać. Na koniec odprowadziła go aż do samych Sułkowic i cały czas płakała jak bóbr. Ojciec pożegnał syna w milczeniu, ucałował, pobłogosławił i bez słów wyszedł z domu. U tego niezwykle twardego mężczyzny, weterana i CK dezertera z czasów I wojny, zalśniły łzy w oczach. Nie poszedł do Sułkowic, bo być może bał się samego siebie, może nie był pewien czy w ostatniej chwili nie puszczą mu nerwy, czy zdoła się opanować i nie zareaguje spontanicznie, bo w przeciwnym razie jego ojcowski odruch broniący syna od wyjazdu na poniewierkę, tak naprawdę obróci się przeciwko całej rodzinie. Wyczuwał zapewne czym skutkować może jego jak najbardziej ojcowski i ludzki sprzeciw wobec totalitarnej i bezwzględnej władzy okupanta. Dwie spływające po twarzy ojca łzy, powiedziały Stanisławowi wszystko..... .
     W Sułkowicach na placu nie było Niemców, policja granatowa ustawiła wszystkich przybyłych w dwuszereg i zaczęło się wyczytywanie z listy. Wyczytanych kierowano bezpośrednio na samochody ciężarowe, pilnie strzeżone przez policjantów. Stanisław szybko zorientował się, że jest chyba najmłodszym i najszczuplejszym z przybyłych, ale nie przywiązywał do tego praktycznie żadnej wagi. Załadowane samochody przetransportowały wszystkich do Krakowa. Wyładunek na dworcu towarowym przebiegał bardzo sprawnie. Tu już dyrygowali Niemcy, a policja granatowa uwijała się jak w ukropie. Raz za razem słychać było gardłowe pokrzykiwanie Niemców. Stanisław po raz pierwszy zobaczył na czarno umundurowanych funkcjonariuszy Gestapo z charakterystycznymi blachami na piersiach. Niektórzy z nich trzymali w rękach szpicruty lub przy nodze duże psy bez kagańców.
     Podczas schodzenia z samochodu ktoś nadepnął na sznurowadło Stanisławowi i rozwiązany trzewik zaczął mu spadać z nogi. Stanisław przykucnął chcąc wepchnąć sznurówkę w ciasną dziurkę cholewki i dzięki temu nie zajął na czas miejsca w dwuszeregu. Trwało to może tylko kilka sekund, jednak wystarczająco długo aby zainteresował się nim gestapowiec. Pochylony nad butem Stanisław zauważył nagle, że obok stanęły mocno wyszmelcowane czarne oficerki. Pamiętał, że podobne mieli najbogatsi kowale ze Sułkowic, ale żadne nie lśniły tak jak te. Zamarł na moment bo domyślił się, że te mogą należeć tylko do Niemca.
     - Stehe auf! - usłyszał wrzask, ale nie zrozumiał o co chodzi i jeszcze bardziej nerwowo usiłował zawiązać buta.
     Stehe auf, sofort! - wrzasnął po raz drugi masywny Niemiec, a widząc że Polak nie wykonuje jego poleceń jedną ręką chwycił go za kark, uniósł w górę i pchnął z całej siły w kierunku dwuszeregu. Stanisław potknął się i upadł. Podnosząc się szybko zawrócił jednak po kuferek, którego nie zdążył wcześniej pochwycić. Rozwścieczony Niemiec nie pozwolił jednak zabrać skromnego dobytku. Wyszmelcowany but z całej siły kopnął w nieporadnie wykonaną skrzyneczkę, która natychmiast rozsypała się na pojedyncze deseczki. Zawartość wypadła w błoto. Mały obrazek Matki Boskiej Kalwaryjskiej potoczył się trochę po kocich łbach i upadł twarzą w dół..... Gestapowiec przechodzący wzdłuż szeregu nadepnął go jeszcze okutym obcasem, dał się słyszeć charakterystyczny trzask miażdżonego szkła i połamany, poświęcony kiedyś na Kalwarii obrazek, został wgnieciony w błoto. Granatowi policjanci nie pozwolili niczego pozbierać, szybko i usłużnie wepchnęli rozdygotanego Stanisława do szeregu.
     Rozpoczęła się wstępna selekcja. Kobiety ustawiono po jednej stronie placu, mężczyzn po drugiej. Kandydaci na robotników w Rzeszy szybko zorientowali się, że od tej pory stali się tylko pozycjami na liście. Po kilku godzinach grupę Stanisława liczącą około 350-400 osób załadowano do pociągu. Był to zwykły pociąg osobowy z drewnianymi ławami do siedzenia. Do każdego z wagonów wsiadło jeszcze po 4 policjantów - po dwóch z każdej strony. W nocy pociąg zatrzymał się na bocznicy dużej stacji. Jeden ze starszych mężczyzn orzekł że to Katowice.
     Przed południem, tym razem pod eskortą samych już tylko niemieckich policjantów i strażników kolejowych, cały transport Polaków przeprowadzono do dużej hali. Mogła to być hala magazynowa, lub świetlica kopalni. Tu nastąpiła faktyczna selekcja przyszłych robotników Rzeszy. Starszych i tęższych mężczyzn kierowano od razu do drugiej hali, a słabszych fizycznie i młodszych pozostawiono na miejscu.
     - Tamci pójdą do przemysłu albo do kopalni, a my to może dostaniemy się do bauerów. To nie takie najgorsze - poinformował półgłosem stojący obok starszy mężczyzna.
     Takich grup jak Stanisława przyprowadzono jeszcze kilka. Po przeprowadzeniu selekcji wszystkich, Stanisław znalazł się w grupie około 500 osób. Tłumacz mówiący po polsku z wyraźnym akcentem śląskim poinformował zebranych, że pozostaną na tej hali do dnia następnego. Wniesiono tylko kubeł z czarną kawą i zaryglowano drzwi. Nie było mowy o skorzystaniu z ubikacji, czy łaźni. W jednym z narożników zebrani ustawili kilka kartonów dykty i postała prowizoryczna latryna. Stanisław nie miał nic do jedzenia, ponieważ wszystko, a w tym i kawałek placka upieczonego przez matkę na drogę, stracił na dworcu w Krakowie. Jakiś starszy mężczyzna spod Nowego Sącza podzielił się nim kawałkiem chleba i suchego sera. Do rana przetrwali siedząc w kucki, drzemiąc i tuląc się do siebie nawzajem z powodu nocnego chłodu.
     Jeszcze było szaro, gdy poderwał ich szczęk otwieranych metalowych drzwi i do hali weszło kilkunastu umundurowanych Niemców. Rozpoczęto wyczytywanie z listy i podział na mniejsze grupki. Stanisław dołączony został do około 100 osobowej grupy mężczyzn. Ustawiono ich w trójszereg i poprowadzono do sąsiedniego budynku. Tam już przygotowane były stanowiska fryzjerów, którzy wszystkich przybyłych ostrzygli do gołej głowy. Stanisław zauważył, że w rogu sali gdzie był strzyżony, leżała pokaźna sterta włosów, zapewne z poprzedniego dnia. Około południa zarządzono przemarsz do budynku z którego dolatywał zapach gotowanego jedzenia. Stanisław, już porządnie głodny, z nadzieją myślał o jakimkolwiek jedzeniu. Rzeczywiście, każdy z przybyłych otrzymał metalową łyżkę i miskę do której kucharz wlał z kotła kartoflaną zupę. Ze stojącego kosza każdy mógł zabrać kromkę chleba. Pomny swojego nie tak dawnego głodu i świadom, że żadnych zapasów nie posiada, Stanisław ukradkiem zabrał dwie kromki. Jedną zjadł wraz z zupą, a drugą przezornie utknął w kieszeni. Po posiłku wszystkich poprowadzono do kolejnego budynku w którym zorganizowano coś na wzór łaźni połączonej z odkażalnią odzieży. Po raz pierwszy w życiu Stanisław musiał rozebrać się do naga w obecności obcych ludzi i przejść do zbiorowej łaźni. Była to najprawdopodobniej łaźnia kopalniana. Tu wszystkich poddano obowiązkowej kąpieli, po której każdemu wręczono kostkę przypominającą mydło, kostkę która straszliwie śmierdziała i nakazano nią wyszorować wszystkie owłosione miejsca.
     - To siwy kamień, trucizna przeciwko wszawicy, kiedyś dawali nam takie w wojsku - skwitował te zbiegi jeden z mężczyzn. Po tym zabiegu wszyscy, trzęsąc się z zimna, kilka godzin oczekiwali na swoje odzienie, które w tym samym czasie poddano odkażaniu. Stanisław po raz pierwszy stwierdził że "maszynka niemiecka" działa w sposób przemyślany i perfekcyjny. To przecież żadna tajemnica, że wielu ludzi w tamtych czasach miało wszy, a okupant sprowadzając robotników do Rzeszy, przeprowadził wstępną dezynfekcję zarówno ludzi jak i ich odzieży.
     Wreszcie wydano ubrania, cuchnące niemiłosiernie chlorem i skierowano wszystkich przed komisję lekarską. Żadna to była komisja, badanie skończyło się na zdalnym oglądzie delikwenta - nawet bez badania uzębienia, zapisania wagi czy wzrostu. Zapowiedziano że następnego dnia wyruszą do Rzeszy. Przed wieczorem Stanisław postanowił zjeść kromkę chleba, którą przezornie schował w południe do kieszeni. Mając wpojony szacunek do chleba niestety nie wyrzucił przesyconej chemikaliami kromki. Z domu rodzinnego wyniósł szacunek do chleba wyrażający się m.in. tym, że upuszczony na ziemię podnoszono z nabożnością i całowano na znak przeprosin. Bez wielkiego przekonania zjadł zachomikowaną pajdę chleba. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już po kilku godzinach piekący ból brzucha i torsje wyrwały go z odrętwiałego snu. Do rana nie zmrużył oka raz po raz wymiotując. Wkrótce pojawiła się biegunka. Powodem zatrucia była zapewne nasycona środkiem odkażającym nieszczęsna kromka chleba. Bez zbędnych ceregieli grupę Stanisława załadowano do wagonu. Pociąg ruszył. Podróż trwała trzy dni. Często gęsto wagon odczepiano od składu i ustawiano na bocznicy. Na kolejnych stacjach, wnoszono do wagonu kocioł z czymś co przypominało zupę i wydzielano po kromce chleba. Stanisław nie miał ani siły ani ochoty nic jeść. Już sam zapach jedzenia powodował u niego odruchy wymiotne, a nieopisany ból brzucha nie pozwalał na swobodne poruszanie się. Horror trwał całą podróż. Na koniec wagon wjechał na stację, a przez okno odczytano nazwę stacji: Wangen. Gdzie to jest nikt nie wiedział. Wkrótce wszystkich wyładowano z pociągu i przewieziono do budynku przypominającego więzienie lub stary szpital. Tam po raz pierwszy od wyjazdu z domu Stanisław mógł położyć się na pryczy i przykryć kocem, po najbardziej koszmarnej podróży w jego życiu. Wydanego posiłku też nie był w stanie zjeść. Czuł się coraz gorzej, tracił siły, z wyczerpania w oczach wirowały mu fioletowe płaty. Któryś z Polaków, zaniepokojony jego stanem, powiadomił widocznie niemieckich strażników, ponieważ wkrótce zabrano Stanisława na oględziny do izby chorych. Nie mogąc nawiązać kontaktu z Polakiem niemiecki felczer po swojemu uznał, że "symulantowi" wystarczy podać ... środki przeczyszczające. To spowodowało dalsze tortury Stanisława i jeszcze większe osłabienie.
     Tłumacz, prawdopodobnie Ślązak, poinformował przybyszów z Polski, że następnego dnia zostaną przydzieleni niemieckim rolnikom i rozpoczną pracę w bauerhofach. Nakazano oczyścić odzież, umyć się i wydano kolejny posiłek. Stanisław nie miał na to wszystko siły. Siedząc w kucki i trzymając się wpół myślał tylko o jednym, aby wreszcie przestało tak straszliwie boleć. Kolejna nieprzespana noc wydawała się nie mieć końca. Następnego dnia przeprowadzono wszystkich na obszerny dziedziniec, a po kilku godzinach, gdzieś koło południa, pojawili się tam pierwsi bauerzy. Niektórzy ubrani w skórzane kamizelki i krótkie portki, z zainteresowaniem obserwowali zebranych Polaków. Stanisław zapamiętał że pojawili się też ubrani w brązowo-żółte koszule z opaskami na rękawach. Po raz pierwszy na własne oczy zobaczył zwykłych gospodarzy niemieckich - członków hitlerowskiej NSDAP. Nikt z Polaków nie rozumiał o czym szwargocą coś szybko w swojej mowie, ich przyszli gospodarze.
     Jeden z Polaków, który już przed wojną wyjeżdżał "do Niemiec" zaczął sugerować że najlepiej dostać się do gospodarstwa gdzie są konie i zostać ich opiekunem. Szybko się jednak okazało, jak bardzo mylił się ten potomek dworskiego oracza. Zapomniał, że to już nie Polska i że w każdym bauerhofie jest co najmniej jedna para koni, a oprócz tego masa innej pracy.
     Wkrótce rozpoczął się przydział.
     Stanisław jako najmniejszy i najdrobniejszy stanął na końcu szeregu. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie, bo i tak nikt nie zwracał na niego uwagi. Do wyboru nowego robotnika przystąpił Niemiec w brunatnej koszuli, krzycząc coś chrapliwie na zebranych Polaków. Widząc że nie reagują na jego krzyki, zaczął brutalnie trącać i popychać ustawionych w szeregu. W ten sposób szukał najmocniej zbudowanego i najokazalszego z przybyłych. Gdy już znalazł właściwego, wyszarpnął go z szeregu i przy pomocy rękojeści od bata na konie otworzył mu usta badając widocznie stan uzębienia. Jak żywy stanął Stanisławowi obraz z jarmarku w Myślenicach, gdzie tak właśnie badano i oceniano kupowane zwierzęta. Na koniec nic nie rozumiejący Polak otrzymał jeszcze siarczyste uderzenie w twarz i został popchnięty w stronę bryczki jego nowego pana. Niemiec podpisał jakieś papiery i odjechał.
     Kolejni Niemcy, zapewne wg wcześniej ustalonej kolejności lub zasług, dokonywali wyboru robotnika z Polski. I tak jak za pierwszym razem, praktycznie jedynym kryterium wyboru była kondycja fizyczna Polaka.
     Polaków zebranych na dziedzińcu Niemcy potraktowali tak, jak tysiące lat temu traktowano niewolników na targach starożytnego Rzymu, lub nieszczęsnych Murzynów porywanych i przewożonych przez setki lat do Ameryki. Wtedy procederu tego dopuszczali się barbarzyńscy handlarze niewolników, ale teraz, w połowie XX wielu, w dobie elektryczności, telefonów i powszechnej w Niemczech mechanizacji, realizowali to przedstawiciele "rasy panów" - spadkobiercy twórczości Gethego, Schillera, Manna ...... .

      Stanisława nikt nie wybrał, a to zapewne z powodu jego mizernej postaci i żałosnego wyglądu.
      Już dawno przybyli na "targ niewolników" bauerzy rozjechali się z nowo pozyskanym "nabytkiem", a Stanisław nadal tkwił samotnie na dziedzińcu, czekając na swojego "pana". Widocznie przewidziany był do przydziału, ponieważ nikt nie miał zamiaru zabrać go z powrotem. Po kilku godzinach pojawił się wreszcie zdyszany gospodarz, który rzuciwszy okiem na zmizerniałego Stanisława skrzywił się z niesmakiem. Zapewne nie takiego robotnika z Polski się spodziewał, ale musiał go jednak zabrać.
      Gospodarzem tym był Gebhard Jarde z małego przysiółka Reute niedaleko Untermooweiler. Po dojechaniu na miejsce rozpoczął się nowy etap w życiu Stanisława. Był to etap niewolniczej pracy i ogromnej tęsknoty za domem. Jak każdy robotnik z Polski, Stanisław nie miał żadnych praw, a jego gospodarz, gdyby uznał, mógł go upokarzać, szykanować i wykorzystywać nawet w najbardziej wyrafinowany sposób. Wielu Polaków, buntujących się na taki sposób traktowania, trafiało na szubienicę lub do obozu koncentracyjnego. Stanisława na szczęście to ominęło, dane mu było jednak w pełni zaznać niewolniczego losu setek tysięcy Polaków, pracujących na rzecz nazistowskiej III Rzeszy.

Kazimierz Dymek