Opowiadania


 

CK dezerterzy z Rudnika

   Zjawisko dezercji z szeregów znane jest od początku istnienia regularnych oddziałów wojskowych, od początku istnienia zorganizowanej armii. Od tysiącleci traktowane było jako największe przewinienie żołnierza i zawsze surowo karane - z karą śmierci włącznie. Dowódca na polu walki jest wyposażony w szczególne uprawnienia, a wobec dezerterujących może użyć wszelkich środków przymusu, po to, aby zapanować nad sytuacją, przywrócić ład i posłuszeństwo wśród podległych mu żołnierzy. Historia wojen dostarcza szereg na to przykładów.

   Powodów do dezercji było wiele. Pierwszym był zawsze strach przed śmiercią. Niebagatelną i chyba najczęstszą przyczyną był jednak brak odporności na trudy realiów wojskowych. Uciążliwości te były niekiedy wręcz koszmarne, nieludzkie, trudne do wytrzymania i zrozumienia dla zwykłego człowieka.

   W starożytnym Rzymie za dezercję lub tchórzostwo na polu walki wymierzano okrutną karę - dziesiątkowanie. Była to kara zbiorowa i bezwzględna. Oddział ustawiano na moście lub nad urwiskiem i co dziesiątego z szeregu strącano w przepaść. Taki sposób przywracania dyscypliny miał spowodować że żołnierze wzajemnie będą się pilnować.

   W czasie II Wojny Światowej za radzieckimi pierwszorzutowymi oddziałami podążały całe dywizje NKWD, których zadaniem było w pierwszej kolejności nie dopuścić do powstania paniki, odwrotu lub dezercji własnych żołnierzy. Miałem okazję wysłuchać opowiadań bezpośredniego uczestnika walk frontowych z Niemcami - dowódcy kompanii karnej - który wspominał: Większy był strach przed tymi którzy byli z tyłu, niż przed wrogiem. l jedni i drudzy byli bezwzględni, nie wiadomo którzy bardziej, ale do Niemców można było strzelać....

   W okresie zaborów Polacy imali się różnych sposobów, aby uniknąć szeregów armii zaborców. W Kongresówce poborowi wybijali sobie przednie zęby, bo tylko w taki sposób stawali się nieprzydatni do carskiej armii. Tak się okaleczając nie byli w stanie wykonać rosyjskiej komendy - Sześć kul w gębę weź! - a potem zębami zrywać spłonki naboju. Car potrzebował wielkiej armii do strzeżenia granic swojego ogromnego imperium. W kamasze brano tysiące mężczyzn, upiorna służba trwała niekiedy nawet 25 lat. W armii pruskiej obowiązywał straszliwy rygor, żołnierz był bity i poniewierany za byle co i stąd wzięło się powiedzenie: pruski dryl. I pod zaborem pruskim i w Galicji popularną metodą uniknięcia branki była emigracja do Ameryki. Co bogatsi próbowali wykupywać swoich synów od poboru, ale dla biedaków nie było ratunku.

   I wojna Światowa kończy okres potęgi trzech zaborców Polski. Walą się Austro - Węgry, upada Cesarstwo Niemieckie, rozsypuje się Rosja carska.

   Zanim jednak do tego doszło musiały zginąć miliony żołnierzy. Upadek tych mocarstw Naród Polski okupił niestety ogromnymi stratami. W każdym zaborze zdolni do noszenia broni mężczyźni musieli stawać do szeregów. Nie do szeregów własnej - polskiej armii - ale do szeregów wroga i iść walczyć. Znane są przypadki że niejednokrotnie Polak strzelał do Polaka, a było tak dlatego, że przyodziano ich w inne szynele. Straszny był los żołnierzy pognanych na tę wojnę. Zazwyczaj nie wiedzieli o co walczą. Bezpośredni dowódcy rozkazywali im walczyć i ginąć za cara lub cesarza

   Przez lata tej wojny wyczerpywały się zasoby ludzkie. Car "słał sołdaty na Karpaty", nad Marną zaległy w okopach setki tysięcy żołnierzy, pod Verdun doszło do niespotykanej dotąd masakry. Na frontach całej Europy zginęło lub zostało okaleczonych miliony żołnierzy. Zaczęto powoływać coraz młodsze roczniki. Doszło do tego, że ogłoszono pobór 16 - latków, dzieci prawie.

   Nie było od tego odwołania. Galicja, w tym i Ziemia Myślenicka musiała oddać straszliwy haracz nienasyconej wojnie. Oddać to co miała najlepszego - młodzież. Rozkazem cesarza Austrii Franciszka Józefa ogłoszono pobór 16 - 17 letnich chłopców. Niestawienie się do służby wojskowej zarządzenie cesarskie uznawało jako dezercję, a za to groziła najwyższa kara - kara śmierci. Kazamaty więzień w Krakowie, Wadowicach i w Myślenicach zapełniały się nieposłusznymi poborowymi. Po krótkim tam pobycie, sądy wojskowe skazywały niepokornych zazwyczaj na służbę w karnych oddziałach i pod eskortą wysyłały na front. Nic nie można było na to poradzić.

   Nie pamiętam niestety autora tej - jakże smutnej pieśni o losie żołnierskim, pieśni wyrażającej tragedię i beznadziejną rozpacz kobiet z powodu powołania ich mężczyzn na wojnę:

Niechaj każda w progu stanie,
Swoich chłopców
- śmierci na sprzedanie,
Nie dajcie! Nie dajcie!

   Płakały i rozpaczały miliony matek, żon, sióstr, narzeczonych. Na wojnę szły pułki, brygady, korpusy. Miliony żołnierzy. Bardzo wielu nie wróciło, bardzo wielu do końca swoich dni zostało kalekami, tylko szczęściarzom udawało się bez szwanku powrócić z wojny.

   Nie byłby jednak Polak sobą, gdyby nie próbował za wszelką cenę uniknąć przeklętego losu żołnierza Cesarska Królewskiej Armii JCM Franciszka Józefa I. Któż nie zna wspaniałego filmu CK Dezerterzy.

Ma i Ziemia Myślenicka swoich CK dezerterów.

   Wspomnienia te przywołuję z pamięci. Słuchałem ich jako dziecko, siedząc na kolanach uczestnika tamtych zdarzeń - żołnierza CK Armii. Jestem przekonany że wyraża odczucia i doznania tysięcy mężczyzn z okolic Myślenic, których powoływano do szeregów i wbrew ich woli pognano walczyć za cesarza Austrii.

  Trwała już I Wojna Światowa. Mieszkańcy wsi położonych w okolicach Myślenic tak naprawdę to nie mieli pojęcia o co ona się właściwie toczy. Coraz częściej zaczęły napływać tragiczne wieści o śmierci kolejnych mężczyzn. Od czasu do czasu wracał z frontu kaleka. Coraz więcej kobiet zakładało czarne żałobne ubiory. Nowymi rozkazami bezwzględny cesarz sięgał po następnych poborowych.

   W Rudniku w tamtym czasie mieszkało kilku kawalerów znanych z hardej i nieustępliwej postawy. Szczególnie jeden - Szczepan - uważany był za lokalnego baciara, a pozostali to też tęgie zawadiaki. Jak im się nie spodobała wiejska zabawa w sąsiedniej wsi - to ją rozgonili, jak gospodarz wesela nie uczęstował ich jak należy to wszczynali bójkę i już było po całej zabawie. Miejscowi policjanci znali ich dobrze i raczej nie starali się wchodzić im w drogę.

   Gdy ogłoszono pobór do wojska to oczywiście żaden z nich nie posłuchał cesarza. Urzędy ponaglały ich kolejnymi zawiadomieniami, aż wreszcie wysłano policjantów. Policjanci znali miejscowe nastroje i rozumieli w czym rzecz, a gdy popili trochę wódki i zakąsili co nieco, to pisali sążniste raporty: że polecenie wykonali jak należy, że szukali, dowiadywali się, ale żadnego poborowego w domu nie zastali i w związku z tym nic zrobić się nie dało.

   Szczepan - jako najstarszy - od dawna był na liście wzywanych na wojnę poborowych. Po wielu nieudanych próbach wysłano po niego żandarmów, których niestety nie udało się przekonać że rekrut jest nieobecny. Matka ze złami w oczach pożegnała syna i na drogę wsunęła pod pachę bochen chleba. Jako podejrzany o dezercję został zakuty w kajdany i poprowadzony do więzienia. Aby mógł nieść podarowany chleb ręce skuto mu z przodu. W tamtych czasach droga z Rudnika do Wadowic prowadziła leśną, stromą i krętą drogą przez Oblazek, miejsce odludne, ponure i cieszące się złą sławą. Niektórzy mówili że tam straszy, ze w nocy zjawy i duchy pojawiają się na drodze, że strach tamtędy chodzić. Nie wiedzieli o tym żandarmi, cóż - nietutejsi. Zapadał już wieczór, gdy po wejściu w las Szczepan upuścił chleb i pokornie poprosił o podniesienie go z ziemi. Któż by tego nie uczynił. Gdy żandarm się pochylił, Szczepan z całą siłą uderzył go masywnymi kajdankami w głowę, drugiego eskortującego zepchnął ze skarpy, a sam zniknął w lesie na Zielonej. W pobliskiej kuźni w Sułkowicach rozkuli mu kajdanki, a do końca wojny nikt go już nie znalazł.

- Nie będzie Szczepan z Rudnika walczył za cesarza Austrii. -

   W najbliższą sobotę po tym zdarzeniu zabawa w Sułkowicach rozkręciła się na dobre. Koledzy Szczepana tęgo opijali wyczyn kompana. Nikt nie zauważył że pod remizę podeszła grupa policjantów i żandarmów. Klasyczna obława na rekrutów powidła się -niestety wyłapali wszystkich. Po ustawieniu w szeregu pod ścianą rozpoczęło się spisywanie danych. Nagle jeden z zatrzymanych wyrwał się, wyskoczył przez okno i próbował uciec. Policjanci rzucili się za nim w pogoń, zapominając o innych zatrzymanych. Uciekinier wyraźnie utykając niezbyt daleko się oddalił. Cóż się okazało gdy go dopadli. Otóż złapali niezdolnego do służby wojskowej, bo sprawca - jako niepełnosprawny od dziecka - w ogóle nie był na liście powołanych do wojska. Zanim się wszystko wyjaśniło, pozostali rekruci ulotnili się jak kamfora.

- Nie będą Chłopcy z Rudnika mięsem armatnim, nie będą ginąć za cesarza Austrii. -

   Wystawieni po raz kolejny do wiatru żandarmi wściekłość swą skupili na złapanym. Obity na kwaśne jabłko sprawca całego zamieszania niewinnie oświadczył, że on się po prostu przestraszył i dlatego uciekał. Podobno przez długie lata - jeszcze po wojnie - zawsze znalazł się ktoś kto za ten czyn chętnie postawił mu kielicha.

   Nie wszyscy mieli jednak tyle tupetu czy szczęścia. Tysiące pomaszerowało na wojnę. Nie tylko w walkach wielu straciło zdrowie, czy życie. Wielotygodniowe marsze, złe umundurowanie, głód i choroby - dziesiątkowały oddziały CK Armii. W szeregach pojawiła się wszawica, czerwonka, ba - nawet tyfus.

   Józef z Rudnika został przydzielony do dywizjonu artylerii lekkiej. W wieku lat 17 i przy skromnej posturze wyglądał jak dziecko prawie. Jego pułk artylerii trafił gdzieś w górzyste tereny Hercegowiny. Nastała jesień. Przenikliwe zimno i słota dały się we znaki nie tylko ludziom. Konie zaczęły padać. Po kilku tygodniach nie było już żadnego, a to oznaczało że artyleria straciła całkowicie mobilność. W obozie umieszczonym na zboczu góry szybko wyczerpały się zapasy. Zaopatrzenie nie docierało, ludność okoliczna nie miała zamiaru dzielić się swoim pożywieniem z żołnierzami wroga. Biedni i głodni Polacy - ubrani niestety w austriackie szynele - tłumaczyli jak umieli, że oni nie wrogowie, że to cesarz austriacki przywlókł ich tutaj pod groźbą kary śmierci. Nie znajdowało to oczywiście żadnego zrozumienia. Żołnierze żywili się byle czym, zjedli wszystko co się dało, nawet skórę z uprzęży gotowali, łapali ślimaki, myszy, szczury. Jak łatwo przewidzieć - skończyło się to katastrofą. W szeregach pojawił się tyfus i czerwonka. Z wycieńczenia zmarła połowa stanu osobowego pułku Józefa. On sam z natury niewymagający, brzydzący się wszystkim co podejrzane - przeżył, ale ciężko się rozchorował. Nie pomogły lewatywy i płukania żołądka powszechnie stosowane w lazaretach najjaśniejszego pana. Jako rekonwalescenta wysłano go na urlop zdrowotny. Po powrocie do Rudnika postanowił nie wracać już do armii. Był niepokaźnej postury, a po chorobie zmizerniał jeszcze bardziej. Postanowił udawać 12-13 latka. Takich chłopców cesarz na razie nie powoływał do wojska. Udało się. Historia wymigania się Józefa od dalszej służby w CK Armii warta jest przypomnienia.

   Jest w Rudniku miejsce Pustką zwane - niedaleko od Dalina. Pewnego dnia tamże właśnie robił coś nasz dezerter w polu, w ziemniakach. Na polu ziemniaków wiadomo, co kawałek bruzda. Spostrzegł Józef że od wsi, w jego stronę, idzie dwóch żandarmów i skulił się w bruździe. Strach go obleciał bo już od kilku tygodni powinien był wrócić do wojska, a i ponaglenia sołtys przynosił. Cóż, na ucieczkę za późno. Żandarmi podeszli bliżej, ale w pole wchodzić im się nie chciało bo to rosa, badyle.

- Nie widziałeś tu gdzie żołnierza, Józef się nazywa, mieszka w tej okolicy! - hardo zapytali żandarmi.

- Rany boskie o mnie pytają - pomyślał pytany, a zimny pot polał mu się po plecach. Postanowił jednak nie tracić rezonu.

- A widziałem panocku, -widziałem, dopiero co posed do Dolina, jak pójdziecie szybci to go dojdziecie - odpowiedział jak tylko mógł najspokojniej i pokazał ręką na las.

   Żandarmi nie rozpoznali w nim poszukiwanego, wyglądał przecież jak dziecko, przyspieszyli kroku i ruszyli we wskazanym kierunku. Od tej pory był nasz bohater bardzo ostrożny i do końca wojny nie dał się złapać.

- Nie będzie Józef z Rudnika cierpiał więcej za cesarza Austrii. -

Skończyła się wojna, ale niestety nie sprawdziły się słowa pieśni:

Wrócą chłopcy z wojny,
- wszyscy jak należy
Niechaj każda wierzy,
Czekajcie! Czekajcie!

Kazimierz Dymek